A A + -

Zapiski z Libertarische Borrel, czyli o ruchu wolnościowym w Holandii

26 września 2014 Publicystyka, Wywiad

Utrecht, środa wieczorem, główny kanał starego miasta otoczony piwiarniami i restaruracjami w wysokich kamienicach z czerwonej cegły, a między nimi King Arthur’s cafe specjalizująca się w śniadaniach i guinessie. Holenderscy członkowie i sympatycy Partii Libertariańskiej (Libertarische Partij) spotykają się tam co miesiąc na borrel – co oznacza po prostu rozmowy przy piwie i jest jednym z najważniejszych nowych słów dla początkujących emigrantów. W tym samym czasie w Lejdzie szef brytyjskiej Libertarian Party, Andrew Withers, prowadzi wykład on Tyranny, a za dwa tygodnie odbędzie się kolejne spotkanie w Rotterdamie. Co więcej, amsterdamski teatr Stadsschowburg przygotowuje się do wystawienia The Fountainhead Ayn Rand: za 30 euro holenderski libertarianin dostanie cztery godziny widowiska, catering, after- i before party. Działacze LP nie próżnują, a wspólne piwo w ostatnią środę miesiąca stało się utrechcką tradycją. Zazwyczaj przychodzi na nie kilkanaście osób, ale rozpoznaję tylko dwie twarze – widocznie za każdym razem jest to inne kilkanaście osób; zresztą, jak dowiedziałam się w rozmowie, ludzi określających się jako libertarian przybywa i Holendrzy patrzą z optymizmem na rozwój ich ruchu wolnościowego (a ja, Słowianka, zastanawiam się w jakim stopniu jest to ich niepoprawny zachodni optymizm).

Utrecht

Utrecht

Siedzimy na ulicy nad kanałem Oudegracht (Starym Kanałem), rozmawiam z przewodniczącym utrechckiej sekcji LP – Rikiem Kleinsmitem, Johanem Jongepierem, członkiem LP, szefem kampanii wyborczej i radia Vrijheid, i Otto Vrijhofem, który pamięta same początki Libertarische Partij i pierwsze spotkania holenderskich libertarian w latach siedemdziesiątych.

Agnieszka Płonka: Powiedzcie, jak wszystko się zaczęło?
Rik Kleinsmit:  Partia Libertariańska została zarejestrowana w 1993, ale aż do 2012 roku była mało aktywna, podobnie jak mało było ludzi określających się jako libertarianie. Dopiero w ostatnich latach zaczął się pewnego rodzaju wolnościowy boom. Mieliśmy nadzieję zostać zauważeni w wyborach parlamentarnych w 2012, bo wielu ludzi usłyszało wtedy o Ronie Paulu, ale na 17 milionów uprawnionych do głosowania dostaliśmy 4163 głosów i rozczarowaliśmy się.
AP: Mimo to z nadzieją patrzycie w przyszłość. Skąd  ten optymizm?
RK: W tym roku postawiliśmy na marcowe wybory samorządowe, zaczęliśmy po prostu przekonywać ludzi na ulicy. Startowaliśmy w dziewięciu największych okręgach (Amsterdam, Haga, Rotterdam, Utrecht, Groningen, Leeuwarden, Lejda, Oegstgeest, Almelo).
AP: Jednak z tego, co pamiętam, w Utrechcie dostaliście kilkaset głosów, co oznaczało poparcie rzędu 1%…
RK: No cóż, sama liczba głosów nie jest imponująca: było to 347, czyli 0,25%. Popatrzmy jednak, jaką tendencję wzrostową odnotowaliśmy w niecałe dwa lata : średnio dostaliśmy 4,5 raza więcej głosów w skali całego kraju. W Utrechcie wzrost był czterokrotny, w Groningen – jedenastokrotny. Jeśli utrzymamy podobne tempo,  za parę lat możemy liczyć na kilka miejsc w parlamencie. Ciężko nad tym pracujemy. Obecnie skupiamy się na pracy u podstaw. Ludzi libertarianizm naprawdę zaczyna interesować, szczególnie, że dobrze widzą, jak zadłużona jest Holandia…
AP:Właśnie, jak?
RK: Dług publiczny wynosi około 500 miliardów euro, średnio 28 tysięcy na osobę (licznik dostępny jest na http://www.destaatsschuldmeter.nl/)
AP: W Polsce podobny licznik znajduje się w centrum Warszawy i nie można przeczytać ostatnich cyfr, zmieniają się płynnie.
RK: My mamy go tylko w internecie, ale ludzie zaczynają być świadomi zadłużenia. I widzą, że potrzeba innego rozwiązania (król Wilhelm Alexander w poprzednim roku, po objęciu tronu, wypowiadał się o końcu państwa opiekuńczego). Rząd zaczął ograniczać swoje wydatki i tworzyć projekty w rodzaju społeczeństwa partycypacyjnego, w których ludzie pomagają sobie nawzajem bez przepływu pieniędzy przez system podatkowy. Ale nie w porządku jest to, że nie obniżono przy tym samych podatków, więc do pewnego stopnia zostaliśmy oszukani: jako metodę zmniejszenia długu wybrano cięcia wydatków bez żadnej rekompensaty.
Jednak libertarianizm stopniowo zaczyna być widoczny. Ludzie chcą wolności i nie podoba im się konieczność wyboru między wolnością ekonomiczną i osobistą. Dlatego przechodzą do nas zwolennicy wszystkich partii.
AP: Wszystkich? Naprawdę?
RK: Tak. Głównie mamy dawnych sympatyków VVD (Partia Ludowa na Rzecz Wolności i Demokracji, należąca do Międzynarodówki Liberalnej, obecnie najbardziej wolnorynkowa w holenderskim parlamencie), D66 (Demokraci 1966, partia centrowa z lekkim ukłonem w stronę socjalistów, określana jako „socjalliberalna”), partii Wildersa (Partia Wolności; Wilders z liberała przekształcił się w populistę żerującego na nastrojach antyimigracyjnych), GroenLinks, a nawet Partii Socjalistycznej. Do pewnego stopnia przyciągamy też elektorat protestu, ludzi, którzy po prostu mają dosyć wysokich podatków. A także anarchistów, którzy nigdy nie głosowali. (Jakkolwiek nie przedstawię holenderskiej sceny politycznej, libertarianie zgodnie twierdzą, że partie te zasadniczo nie różnią się między sobą, gdyż ich idee- o ile jakiekolwiek istniały – pochłonęła zbyt rozbudowana struktura władzy. Johan wspominał, że z dwóch partii parlamentarnych mających słowo „wolność” w nazwie – i odwołujących się swojego czasu do liberalizmu w sferze ekonomicznej – żadna obecnie nie ma wiele wspólnego z wolnością – AP).
AP: Czekaj… Co? Przecież GroenLinks powstała z połączenia partii zielonych i partii komunistycznej! A socjaliści?…
RK: Powiedziałbym po prostu, że wolność jest ponad podziałami i partiami. Nie mamy z nimi problemu. Jest u nas dużo ludzi z GroenLinks, którzy zaczynali od anarchizmu lub są byłymi anarchosyndykalistami.  Ja sam czytałem kiedyś Marksa (głównie chodziło mi o Komunę Paryską), Proudhona i Kropotkina. Zawsze byłem anarchistą sprzeciwiającym się jakiejkolwiek formie przymusu, w młodości popierałem GroenLinks oraz pewną małą partię pacyfistów. Jednak zastanawiałem się stale nad kwestiami regulacji i nad naturą własności, a kiedy ktoś zjadł moje warzywa, które trzymałem we wspólnej lodówce, odkryłem, że jestem anarchokapitalistą. Kiedy w jednym z internetowych testów politycznych okazało się, że moje poglądy najlepiej pasują do libertarian, zacząłem czytać Rothbarda, Bastiata, von Misesa et cetera. Póżniej wstąpiłem do LP i  w niecałe dwa lata zostałem szefem oddziału. A skąd socjaliści? Ich jest najmniej, ale zdarzają się ludzie pierwotnie popierajacy SP dla wolności obyczajowych, ale mający dość ograniczeń ekonomicznych. Widzisz, kiedy ja tłumaczę libertarianizm, zazwyczaj używam zestawienia dwóch kolumn – wolności w obu tych sferach.
AP: Jak łatwe jest takie tłumaczenie ludziom idei? Rozumiem, że duża częśc pracy i kampanii wyborczej to mozolne dyskusje ze znajomymi i nieznajomymi?
RK: Wyborcy są wymagający. Chcą przykładów: nawet, jeśli podoba im się idea, chcą zobaczyć, że może działać w praktyce. Nie zagłosują na program, który wydaje się im (anty)utopijnymi marzeniami. Muszę wyjaśnić im przede wszystkim to, czego rozumienie (jak pisał Palmer) odróżnia libertarian od reszty: że rząd to też ludzie, nie żaden osobny gatunek, a państwo nie jest superbytem i składa się z jednostek takich jak my. Obecnie koordynuję prace nad programem wyborczym na wybory parlamentarne w 2017 roku, szukam specjalistów którzy napiszą jego konkretne części. Chcę  uczynić libertarianizm czymś widocznym i realnym, pokazać kapitalizm od etycznej strony jak robi to książe Liechtensteinu. Program musi być solidny. Ludzie chcą przykładów wyjaśnionych prostym językiem i nieraz znalezienie odpowiednich słów zrozumiałych dla każdego jest największą trudnością, zwłaszcza, że – niestety! – libertarianie uwielbiają zbyt mocne sformułowania.
AP: Prostych słów? Co się dzieje, jeśli po prostu powiesz im „Ej, zostawimy was w spokoju!”
RK: Niektórzy oczywiście odpowiedzą, że ludzi nie można zostawić w spokoju, że są tacy, którymi państwo powinno się opiekować. Wtedy wystarczy pokazać, że to wcale nie jest rola państwa. Możesz wytłumaczyć takiej osobie, że wystarczy zmienić przepływ pieniędzy, które ostatecznie trafiają do potrzebujących: nie przechodzą przez urzędników i cały system podatkowy, a pomoc bez pośredników jest efektywniejsza. Tłumaczymy ludziom, że dobrowolna dotacja, przy której widzisz bezpośredni efekt Twojego działania i jesteś w stanie zweryfikować, co dzieje się z Twoimi pieniędzmi, jest jedynym trwałym systemem pomocy. Podczas kampanii w 2012 i 2014 roku rozmawiałem na ten temat z socjalistami. Ostatecznie uznali te pomysły za interesujące, ale byli święcie przekonani, że tylko oni będą troszczyć się o potrzebujących.
Właśnie tego rodzaju praca u podstaw, w połączeniu z pracą nad kampanią i ustalaniem programu, pochłania całą moją obecną działalność.
AP: Najbliższe wybory za trzy lata. Pamiętam, kiedy spotkałam się z Wami tuż po wyborach samorządowych. A co z wyborami do Parlamentu Europejskiego?
RK: Spotkałaś się z nami w marcu, tuż po tym, kiedy bezpodstawnie uwięziono Toinego Mandersa, szefa LP. Kampania nie wystartowała z powodu tych wydarzeń.
AP: To kolejna rzecz, o którą muszę Was dokładnie wypytać. Co się stało?
RK: Toine miał na Cyprze firmę specjalizującą się w udzielaniu ludziom porad podatkowych, a dokładniej – porad dotyczących zgodnego z prawem unikania podatku. Pomagał innym przenosić swoje firmy na Cypr, co jest praktykowane choćby przez holenderski oddział Apple’a. Działał jak najbardziej legalnie, jednak podejrzewam, że jako szef Libertarische Partij był bardzo dokładnie sprawdzany. Tuż przed startem kampanii wyborczej do europarlamentu zaczęto podejrzewać, że jego licencja nie jest ważna. Został zamknięty w areszcie prewencyjnie, na czas śledztwa: dwa miesiące bez prawa do wizytacji, bez żadnych dowodów i oczywiście bez wyroku. Bez niego LP w ogóle nie zarezerwowała swojej listy, a libertarianie startowali z list partii „Article 50″, klasycznych liberałów i eurosceptyków (Article 50 odnosi się do artykułu z traktatu lizbońskiego, który gwarantuje możliwość wystąpienia państwa członkowskiego z UE na podstawie jego konstytucji). W maju Toine został wypuszczony z aresztu, żyje teraz spokojnie z rodziną, ale nie może wrócić na Cypr. Komitet sędziowski w Hadze zaczął badać całą jego działalność i nie może jej już wznowić; musiałby zaczynać od samego początku. Natomiast na pewno nie dostanie wyroku, zarzuty odnośnie do jego licencji były bezpodstawne. Prawdopodobne jest też, że pozwolą temu procesowi się przedawnić. Zresztą napisz do niego i zapytaj osobiście o szczegóły, ucieszy się.
AP: Czy ta sprawa odbiła się w jakikolwiek sposób na wizerunku partii? Była obecna w mediach? Jak zdołano ukryć przed opinią publiczną fakt, że człowiek jest więziony bez dowodów ani wyroku?
RK: No cóż, podejrzewano niesłusznie, że jego biznes jest nielegalny, i dokładnie to o nim pisano. W mediach głównego nurtu, u tych mistrzów od wywoływania emocji, został czarną owcą, która korzysta z dobrodziejstw społeczeństwa, a nie chce oddać należnego podatku. Ale sprawa ucichła: kiedyś był negatywnym bohaterem, teraz nikt już o nim nie mówi. Wszystko to, co teraz dzieje się dookoła LP, dzieje się poza publicznymi mediami, ale jest zdecydowanie pozytywne: mamy coraz więcej członków, coraz większy zasięg naszych stron na portalach społecznościowych, więcej polubień…
AP: Właśnie, jak wygląda wasza działalność internetowa poza LP (www.libertarischepartij.nl)?
RK: Przede wszystkim współpracujemy ze Students of Liberty, jak zresztą większość środowisk libertariańskich. Mamy holenderski oddział Instytutu Misesa (www.mises.nl) , portale takie jak www.vrijspreker.nl, www.meervrijheid.nl, www.libertarian.nl (sprawdzam, aż roi się od odnośników: http://libertarian.nl/wp/links/) publikujemy dużo własnych tekstów. Johan ma radio Vrijheid (Wolność, http://www.vrijheidradio.nl/). Portal młodzieży liberalnej LIJP (www.lijp.org) prowadzi regularne dyskusje, często o bardziej akademickim profilu. Jego członkowie pomagają mi właśnie w napisaniu części programu dotyczącej opieki zdrowotnej.
AP: Czyli stajecie się głośni. Co Was w tym napędza? Jaka jest Wasza główna motywacja?
RK: Frustracja. Głębokie przekonanie, że coś jest nie tak, jak być powinno. Złość, kiedy widzę, jak ludzie tworzący propagandę nawet nie wiedzą, że ją tworzą. Zresztą, to samo denerwuje nie tylko mnie, jest u nas wiele sfrustrowanych działaczy, którzy po prostu dłużej nie mogą wytrzymać tego, jak świat wygląda.
AP: Ja też teraz rozmawiam z Tobą przede wszystkim ze złości. Powiedzcie jeszcze, jakie macie podstawy ideowe i filozoficzne?  Więcej jest anarchokapitalistów czy minarchistów? Kim kierowaliście się na początku?
RK: O, o to musisz się zapytać Otta.
Otto Vrijhof: W 1993 roku, przy zakładaniu partii, najwięcej było obiektywistów i to Ayn Rand miała na nas największy wpływ, podobnie jak na samym początku, w 1975, kiedy libertarianie w Holandii zaczęli się spotykać.
RK: Później przeszło do nas wielu anarchistów i obecnie wielu odwołuje się do Rothbarda. Jeśli chcesz wiedzieć, ilu jest anarchokapitalistów, a ilu minarchistów… Ciężko stwierdzić, tworzymy zgraną mieszankę, jednak powiedziałbym, że nieznaczna większość to ideowi anarchokapitaliści. Ja sam wiedziałem, że jestem anarchistą, od kiedy w wieku 15 lat odmówiłem mamie. Zawsze przyjdzie pewien moment objawienia: ostatnio słuchałem wykładu Yernaza Ramautarsingha, holenderskiego obiektywisty bardzo dobrze znającego się na filozofii Ayn Rand. Powiedział, że odkrył obiektywizm, kiedy jego mama poprosiła go, żeby zagotował wodę na herbatę. Zaczął zastanawiać się, dlaczego miałby to zrobić, skoro sam nie będzie jej pić.
Osobiście, jako anarchokapitalista, uważam, że tylko anarchokapitalizm jest spójny w swoich zasadach – w minarchizmie zawsze pozostaje problem postawienia granicy i pytanie, ile rządu to już za dużo rządu. A na podobnie postawione pytanie prowadzący ostatnią konferencję członkowską odpowiedzał: „Jestem prawdziwym anarchokapitalistą, ale pociąg do pełnej wolności zatrzymuje się na wielu przystankach. Możesz wysiąść, kiedy chcesz, ja zapraszam Cię do podróży.”
AP: To byłoby bardzo romantyczne zakończenie, ale powiedz jeszcze co wiecie o libertarianach w Polsce, poza Poland for Ron Paul?
RK: Niewiele. Wiemy, że istniejecie. Skontaktujcie się z nami przez stronę LP (www.libertarischepartij.nl)!

O północy odpinam swój rower spod kanału i zastanawiam się, jak bardzo się różnimy. Wiadomość o tym, że Rik swojego czasu był wyborcą GroenLinks wprawiła mnie w osłupienie niezrozumiałe na Zachodzie. Obecną LP tworzą w większości anarchokapitaliści wzroujący się na Rothbardzie – i właściwie dlaczego nie mieliby swojej ścieżki zaczynać od różnie rozumianej anarchii i skupiać się dookoła czarnej części czarno-żółtej flagi? Co więcej, nikt wśród nich nie wiąże  negatywnych uczuć z czyjąkolwiek, także swoją przeszłością – otwarcie mówią, jak powoli doszli do libertarianizmu, choć przez lata z różnych przyczyn głosowali na socjalistów, zielonych, centrowe partie parlamentarne bez konkretnego programu… I dalej mówią, jak Rik, że przekonać można każdego, wystarczy pokazać, że w rządzie siedzą ludzie, nie wszystkowiedzący kosmici. A potem cieszą się z trzykrotnego wzrostu wyborców, nawet jeśli to wzrost z 200 do 600 osób. Może za kilka lat zasiądziemy w parlamencie! Niektórzy są nawet głęboko przekonani, że w przeciągu stu lat będziemy żyć w woluntarystycznym społeczeństwie, ładować swój mózg do komputera i będziemy nieśmiertelni. I dotrzemy do końca galaktyki.

Nie znam żadnego byłego anarchosyndykalisty w polskim środowisku wolnościowym (nie mówiąc o byłych socjalistach), ale intuicja podpowiada mi, że na początku każdy z nich byłby traktowany z pewną rezerwą. Czy nie jest tak, że mamy jedną przetartą drogę – przez część żółtą, czyli liberalizm gospodarczy i (co było niejednokrotnie poruszane w artykułach o fascynacjach z młodości) środowiska około-KNP? Rozmowa z Rikiem przekonała mnie o jednym: warto się otworzyć. Zaczynam sobie wyobrażać lekcje ekonomii dla punków i zastanawiam się, gdzie jeszcze Partia Libertariańska ma potencjalny elektorat. Ludzie, bądźmy dla siebie mili! Kto wie, komu jeszcze spodoba się „Manifest libertariański”! Ale szybko uświadamiam sobie, że wszystkich, którzy stali się wyborcami, sympatykami czy członkami Partii Libertariańskiej łączy jedno: uznanie dążenia do wolności jako pierwszej zasady jakiejkolwiek działalności politycznej. Wcale nie różnią się tak bardzo ani nie są z przeciwnych obozów; najwyżej dopiero niedawno stali się tego świadomi. Żaden socjalista o fundamentalnie innym poglądzie na rolę państwa nie stanie się libertarianinem. A to nowe optymistyczne podejście do świata i ludzi jest dla mnie zbyt dziwne. Szybko wchodzę na polskie strony internetowe. Uff, ludzie obrażają się nawzajem i prorokują szybki koniec cywilizacji. Wracam do równowagi.

Autor: Agnieszka Płonka

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress