A A + -

Zwierzęta u kresu historii, czyli filozofia polityki dla owiec i lwów

5 lipca 2016 Artykuły, Kultura

Autor: Marcin Chmielowski

[UWAGA! SPOJLERY!]

Tradycja opowiadania o ludziach przy pomocy zwierząt ma bardzo długą tradycję, a Ezop jest chyba jej najbardziej znanym przedstawicielem. Zwierzogród jest za to najnowszym rozdziałem tej trwającej od najdawniejszych czasów maskarady, w której to ludzkie problemy sprowadzamy na cztery łapy. Z punktu widzenia kogoś, kto nawet dla zabawy lubi myśleć o myśli politycznej, jest to rozdział bardzo ciekawy.

Już w pierwszych minutach filmu dowiadujemy się, że historię zwierząt można podzielić na dwie bardzo wyraźne części. Pierwsza to historia przed historią, czasy niecywilizowane, kiedy to życie jest samotne, biedne, bez słońca i krótkie. I oczywiście też zwierzęce. Czasy namacalnego doboru naturalnego jednak się kończą, bo oto na horyzoncie majaczy Lewiatan, Zwierzogród wraz ze swoimi przyległościami, w którym to na mocy umowy społecznej wszystkie zwierzęta umawiają się, że są równe, nie będą się już zjadać nawzajem, a każde z nich ma prawo do poszukiwania szczęścia, wyrażonego tutaj jako wielokrotnie powtórzona w filmie fraza o byciu tym, kim się chce.

Zwierzogród jest więc w swoim zamierzeniu próbą realizacji liberalnej utopii zbudowanej na wzajemnym poszanowaniu praw przyrodzonych każdemu zwierzęciu i zabezpieczonych przez istnienie namacalnej władzy, uosabianej przez burmistrza i jego zastępcę, para lew i jagnię jest zresztą symboliczna. Nie jest to władza absolutna, hamowana jest przez jakąś formę prawa o którym wprost z filmu się nie dowiadujemy, ale jeżeli nawet burmistrz, pierwszy obywatel Zwierzogrodu, może w kajdankach na łapach wejść do radiowozu, to każdy może, o ile obiektywne prawo tak stanowi. Samo miasto ma też swój bliżej nieokreślony system partyjny („Partia Koryto”) i narzędzia służące społecznemu wyrównywaniu szans o których dowiadujemy się podczas zaprzysiężenia nowych policjantów. Świat przedstawiony odpowiada temu, czego my ludzie doświadczamy żyjąc w społeczeństwach zachodu.

Dzięki spojrzeniu na Zwierzogród oczyma króliczki o nazwisku dziwnie podobnie brzmiącym do nazwiska pewnego teoretyka umowy społecznej, dostrzegamy jednak, że żadna utopia nigdy nie może być w pełni zrealizowana i funkcjonuje zawsze jako latarnia nadająca kierunek naszym staraniom o stworzenie dla nas samych i naszego społeczeństwa świata jeżeli nie najlepszego z możliwych, to choćby nie najgorszego z dostępnych. Umowa społeczna w Zwierzogrodzie działa z grubsza. Jest raczej użytecznym kłamstwem, które pozwala nie pozabijać się zwierzętom, bardzo od siebie przecież różnym. To dzięki umowie społecznej mogą one czerpać oczywiste zyski ze współpracy, na co dowodem jest istnienie zaawansowanej technologii pozwalającej utrzymać w jednym mieście cztery strefy klimatyczne. W nie do końca zupełnie zgodnym porównaniu, Judy Hopps jest jednak trochę jak Dorotka przybywająca do Szmaragdowego Miasta o którym ma wyobrażenia na wyrost. Widzi rysy na murach prawie tak głębokie, jak szramy na facjacie burmistrza lwa, widocznym znaku tego, że agresji nie da się do końca i zawsze przykryć umową. Zwierzęta w mieście dyskryminują się, istnieją gatunki pogardzane (lisy), gatunki samogettoizujące się, w obiegu funkcjonują liczne stereotypy i tym, którzy je łamią, na przykład króliczce rozpoczynającej pracę w policji, wcale nie jest łatwo. Kultura popularna uosabiana przez Gazelę co prawda stale powtarza, że każdy może być kim chce, ale pewne naturalne różnice są nie do zasypania. Opłaca się jednak udawać, że jest inaczej. Ale nawet ta nieidealna choć zdecydowanie znośna realizacja utopii którą jest Zwierzogród, dość dobrze opierający się uprzedzeniom i niedoskonałościom swoich obywateli, zostaje wystawiony na próbę.

U końca historii, a właśnie tam toczy się opowiedziana bajka, pojawia się ryzyko powrotu do jej początku. Drapieżniki, stanowiące 10% populacji miasta nagle zaczynają dziczeć co oczywiście wywołuje uzasadnioną obawę roślinożernej większości. Same zmagania z tym, co początkowo wygląda jak zaraza, zmusza burmistrza do odejścia od litery prawa, a samych Zwierzogrodzian do przemyślenia na nowo tego, na czym oparte jest ich miasto. Aby ono powstało, każde ze zwierząt musiało zrezygnować z cząstki swojej wolności. Drapieżniki, których jest mniejszość, musiały jednak zrezygnować z większej dozy wolności niż króliki, bawoły czy leniwce. Wybrały sto lat jako owca zamiast jednego dnia jako lew. Uzasadniona jest obawa o to, że z jakichś powodów mogą porzucić umowę i że na gruzach Zwierzogrodu zagości ponownie walka wszystkich ze wszystkimi, w której to decydować będą kły i pazury. A te akurat ma mniejszość, choć póki co przeważnie ich nie używa.
Ryzyko historii, która zatacza koło zostaje jednak oddalone, kiedy to dzięki biegowi akcji dowiadujemy się o intrydze uknutej przez wiceburmistrz. Ta owca w przebraniu wilka pokazuje, że agresja, rządza dominacji, chęć niszczenia są nieusuwalne, ale w rywalizacji politycznej zabicie kogoś można zastąpić zabiciem go w życiu publicznym, wyeliminowania ze wspólnoty, w której przestrzegamy umowy. Zakusy złej wiceburmistrz udaje się na szczęście powstrzymać. Historia Zwierzogrodu nie stacza się do swojego początku, nadal tkwi w punkcie przewidzianym nie tak dawno temu przez Fukuyamę.

To, co uratowało Zwierzogród, było wiarą w utopię podzielaną przez główną bohaterkę filmu. Z postheroicznego liberalizmu życia codziennego potrafiła ona choć na chwilę myśleć o liberalizmie jako liberalizmie heroicznym, w którym autentycznie ponosi się dobrowolne wyrzeczenia i walczy o to, by każdy miał prawo do bycia tym, kim chce – czyli szczęścia. Od siebie poczynając, ponieważ to właśnie wiara w utopię każe Judy marzyć o zostaniu policjantką. Króliczce bliżej jest do Ojców – Założycieli USA, niż do współczesnych nam liberałów po przejściach. Podjęła ona bowiem ryzyko walki o liberalną utopię wiedząc, że nigdy do niej nie dotrze, poznała już bowiem Zwierzogród po zdjęciu szmaragdowych okularów. Jej wysiłek pozwolił jednak uratować względnie działającą realizację pokoju doczesnego świata.

Koniec bajki to oczywiście festyn, podczas którego zwierzęta wspólnie celebrują to, że mogą być ze sobą razem bez strachu – zupełnie jak w „Dżumie” Alberta Camus, kiedy to ci, którzy przeżyli epidemię zużywają pośpiesznie nagromadzone zapasy życia. Czy przyjdzie kolejna epidemia? Tego jeszcze nie wiemy.

Na razie wilki są w skórach owiec.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress