A A + -

Wspomnienia o Rothbardzie i Hayeku

9 stycznia 2015 Artykuły, Libertarianizm

Przedruk ze strony mises.pl, artykuł pochodzi z 3 lipca 2003 r.

Autor: Ronald Hamowy
Źródło: lewrockwell.com
Tłumaczenie: Marcin Moroń
Źródło polskie: mises.pl

Biograficzne sylwetki Murraya N. Rothbarda i F. A. Hayeka traktujące o ich życiu i pracy — wymieniające ich osiągnięcia, nagrody i tytuły — można zdobyć bez trudu. Ja jednak chciałbym przywołać kilka z wielu ciepłych wspomnień, jakie wiążę z tą dwójką, co może pozwolić choć w niewielkim stopniu zrozumieć, jacy byli i jakie żywiłem wobec nich uczucia.

M. N. Rothbard

Po raz pierwszy spotkałem Murraya i Joey (Joann Schumacher była żoną Rothbarda — przyp. tłum.) w połowie lat 50., wkrótce po tym, jak zacząłem uczęszczać do college’u, dzięki George’owi Reismanowi, który był moim przyjacielem od czasów gimnazjum. Razem z Georgem należeliśmy do grupy nieco zdziwaczałych dzieciaków, których niewiele łączyło z resztą uczniów. Chociaż wszyscy posiadaliśmy podobnie skrzywione poczucie humoru, dzięki któremu pokładaliśmy się ze śmiechu za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, każdy z nas miał także swoje osobiste dziwactwa. George na przykład jeszcze w 9 klasie przeczytał od deski do deski Bogactwo Narodów Adama Smitha. Reismanowi udało się dostać na odbywające się w czwartkowe wieczory seminarium Ludwiga von Misesa na Uniwersytecie Nowojorskim, na które zacząłem uczęszczać wraz z nim po przeprowadzce z Ithaca w 1956 r. To właśnie tam poznałem Murraya i Joey, co wkrótce zaowocowało bardzo bliską przyjaźnią.

Od tego czasu aż do śmierci Murraya w 1995 r. ich mieszkanie na skrzyżowaniu 88. Ulicy i Broadwayu było dla mnie drugim domem za każdym razem, gdy tylko odwiedzałem Nowy Jork. Czułem się tam równie swobodnie jak w mieszkaniu mojej matki w Queens. Nie tylko ja byłem tam regularnym gościem — do częstych bywalców należeli George Reisman, Ralph Raico czy Leonard Liggio, którzy wraz z Murrayem i Joan przez większą część wspólnie spędzonego czasu zwijali się ze śmiechu pod wpływem naszych parodii socjaldemokratycznej lewicy i prawicy spod znaku „National Review”.

Część Kręgu Bastiata, od lewej: Ralph Raico, Murray Rothbard, George Reisman, Leonard Liggio, oraz Robert Hessen.

Większość Kręgu Bastiata, od lewej: Ralph Raico, Murray Rothbard, George Reisman, Leonard Liggio, oraz Robert Hessen.

Goście państwa Rothbardów, szczególnie ci pojawiający się tak często jak my, byli zawsze ciepło przyjmowani i mogli czuć się mile widziani, bez względu na to, jak długo zostawali — zdarzało się, że nawet do piątej lub szóstej rano. Joey była szalenie hojną gospodynią — nieważne, jak często pojawiałem się ja lub inni członkowie naszej paczki, zawsze przynosiła tacę obładowaną alkoholami i przekąskami.

Ponieważ wszyscy byliśmy zapalonymi fanami kina, często odwiedzaliśmy sale projekcyjne na Broadwayu, a w szczególności New Yorkera — kino retro, które wtedy było dla nas czymś na kształt kanału Turner Classic Movies. Wydawało się, że gdy nie parodiowaliśmy naszych przeciwników lub nie komponowaliśmy prześmiewczych oper (opus magnum Murraya była randiańska operetka pt. „Mozart był Czerwony”), spędzaliśmy wspólne wieczory, grając w gry planszowe (zauważcie, że nie było to nic tak intelektualnego jak szachy, ale raczej gry zwyczajowo oznaczane „od 8 do 80 lat”) takie jak Mille Borne, Monopol, Scrabble lub, jeśli czuliśmy się nadzwyczaj dojrzali, Dyplomacja. Naszym faworytem było jednak Ryzyko, z którego wziął się wiecznie żywy, powtarzany przez nas w nieskończoność, komentarz Murraya: „Harry him in the Congo!” (chodzi prawdopodobnie o kryzys kongijski, w który zaangażowało się ONZ, co popierał prezydent Harry Truman — przyp. red.).

Wszyscy byliśmy zapalonymi miłośnikami polityki, choć Murray przewyższał pod tym względem każdego z nas — codziennie czytał po trzy lub cztery nowojorskie dzienniki, więc czas pomiędzy wyjściami do kina a grami planszowymi spędzaliśmy na dyskutowaniu bieżącej polityki i teorii libertariańskiej. Ciągle stawialiśmy sobie teoretyczne pytania opierające się na jakiejś niewiarygodnie złożonej kwestii odpowiedzialności i próbowaliśmy rozwikłać jej skutki w oparciu o libertarianizm. „Czy w świetle prawa powinienem być winny za zniszczenie czyjejś własności, jeśli kazano mi to zrobić pod groźbą skrzywdzenia mojej żony?”, „Kto ponosi odpowiedzialność, jeśli rzucisz mnie przez czyjeś okno?”. I tak dalej, i tak dalej. Spędzaliśmy godziny, próbując rozwikłać najdrobniejsze szczegóły libertariańskiej teorii, nie uciekając od trudnych tematów, takich jak prawa dziecka czy prawa własności intelektualnej.

A kiedy nie dyskutowaliśmy na temat teoretycznych problemów, zaczynaliśmy dyskutować na temat historii, ekonomii, socjologii czy nagłówków z gazet. Wszyscy szybko przekonaliśmy się, jak zachwycająco głęboka i szeroka jest wiedza Murraya. Sprawiał wrażenie, jakby przeczytał wszystko i potrafił cytować odpowiednią bibliografię do prawie każdego tematu, jaki tylko się pojawił. Jedna z naszych najbardziej uczonych zabaw odbywała się przy pomocy działu recenzji książek w niedzielnym „New York Times”. Jeden z nas podawał tytuł książki oraz, jako wytyczne, krótki opis (na jaki pozwalało mu pobieżne przejrzenie jej recenzji). Zadaniem reszty z nas było odgadnięcie, komu powierzono napisanie recenzji, biorąc pod uwagę polityczne afiliacje redakcji. Gdy patrzę wstecz na tamte dni, zadziwia mnie, jak często udawało nam się trafić.

Każdy, kto zaznajomił się z dziełami Rothbarda, wie, że napisał ich naprawdę wiele. To, co jednak nie jest powszechnie znane, to fakt, że sprawiał wrażenie, jakby opanował całkowicie literaturę z tych dziedzin, którymi się interesował. Posiadał obszerną bibliotekę i — w przeciwieństwie do książek w mojej bibliotece — wszystkie znajdujące się tam pozycje zostały przez niego przeczytane, i to przeczytane z uwagą. Wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek z tych książek, aby trafić na pisane ręką Murraya na każdej stronie komentarze („Gówno prawda!”; „Oh!”; „Słusznie!”) oraz aby zauważyć, że podkreślono niemal wszystkie linijki. Jedną z największych tajemnic dla tych, którzy go znali (przynajmniej z początku), było to, jak u licha znajdywał czas na tworzenie tuzinów książek, setek artykułów, tysięcy listów, a do tego na czytanie tak wielu książek. W dodatku, poza stworzeniem ogromnej ilości dzieł, wydawało się, że czytał, co tylko wpadło w jego ręce — dzienniki, magazyny, czasopisma, biuletyny, ulotki, a nawet ogłoszenia.

Na rozwiązanie tej zagadki wpadłem, czytając pewnego dnia wywiad z W. Somersetem Maughamem, którego zapytano, jak udało mu się stworzyć tak wiele powieści i opowiadań, skoro imprezował każdego wieczora. Odpowiedział, że jeśli poświęciłby na pisanie jedynie cztery godziny dziennie, byłby w stanie napisać trzy – cztery strony. Oznaczało to, jak zauważył, że jeśli trzymałby się tego planu regularnie, byłby w stanie napisać nie mniej niż 1000 stron rocznie! Nie mam zamiaru sugerować, że Murray stosował tę samą rutynę co Maugham, ale z pewnością poświęcał znaczną część prawie każdego dnia na czytanie i pisanie, więc nawet jeśli wieczory spędzał na rozmowach lub ciesząc się towarzystwem przyjaciół, wciąż miał do dyspozycji każde popołudnie, które mógł przeznaczyć na pracę, co robił z religijnym zapałem. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek odwiedzając jego mieszkanie, nie zastał go czytającego lub piszącego.

Murray tworzył na maszynie do pisania, tworząc przypisy w obrębię samego tekstu. W czasie mojego ostatniego roku studiów licencjackich w City College zgodziłem się podjąć przepisywania na maszynie drugiego tomu Ekonomii Wolnego Rynku. Muszę przyznać, że była to jedna z przyjemniejszych posad, jakie kiedykolwiek miałem. Nie tylko dostarczano mi nieograniczonych ilości Pepsi-Coli oraz chipsów, ale także dostałem okazję pracy dla dwóch dobrodusznych i uprzejmych pracodawców, którzy usprawiedliwiali każde potknięcie swojego pracownika, jednocześnie mając okazję do czytania i omawiania pierwszorzędnego tekstu z zakresu teorii ekonomicznej. Jednym z moich przedmiotów na studiach była ekonomia, ale przyznaję, że więcej ekonomii nauczyłem się podczas sześciu miesięcy przepisywania rękopisu Murraya niż w czasie całej mojej studenckiej kariery.

Niewiele rzeczy irytuje bardziej niż bronienie jakiegoś twierdzenia przed zarzutami kogoś, kto zupełnie nie przemyślał danego problemu i mówi, co mu ślina na język przyniesie — Murray, jak większość z nas, miał niewiele tolerancji dla takich ludzi. Jednakże zapytany o coś, co było niezrozumiałe lub niejasne, Murray był wybitnie cierpliwy i nieskarżący się, co niewątpliwie musiało się przyczynić do tego, że był uważany za dobrego akademika zarówno na Brooklyn Poly, jak i na Uniwersytecie Nevady w Las Vegas, jednocześnie nie będąc w stanie ścierpieć głupców.

Ci, którzy znali Rothbarda w latach 50., byli świadomi faktu, że nie lubił podróży, bał się latać. Tak jak i w wielu innych, tak i w tym przypadku wyrozumiałość Joey, która powoli powiększała świat Murraya, włączając do niego miejsca tak odległe jak Europa Wschodnia, Azja i Ameryka Południowa, była niemal nadludzka. Wciąż dokładnie pamiętam, jak otrzymałem od niego kartkę pocztową z Waszyngtonu po tym, jak odbył swój pierwszy lot samolotem, na której napisał wielkimi literami: „W końcu to zrobiłem!”

Silny sprzeciw Murraya wobec wojny wietnamskiej oraz dzielony z Nową Lewicą brak zaufania do rządu skończył się zaproszeniem go w listopadzie 1970 r. do wygłoszenia mowy w Los Angeles w trakcie czegoś, co — jeśli dobrze pamiętam — było reklamowane jako Festival of Light and Freedom (Festiwal Światła i Wolności — przyp. tłum.) lub pod jakąś inną new age’ową nazwą. Wśród mówców, jeśli pamięć mnie nie myli, można było znaleźć Thomasa Szasza, będącego czołowym autorytetem w dziedzinie związków psychiatrii z prawem; Tima Leary’ego, apostoła LSD; Paula Goodmana, autora jednej z najbardziej wpływowych książek lat 60. poświęconych krytyce społecznej i guru Nowej Lewicy, oraz Nathaniela Brandena, który wtedy był arcybiskupem kościoła randiańskiego. Celem organizatorów było najwyraźniej zebranie razem głównych krytyków establishmentu w nadziei stworzenia wielkiej koalicji, która połączyłaby elementy kultury narkotykowej, libertarianizmu i opozycji wobec kompleksu militarno-wojskowego w nowy, niepokonany sojusz. Ale pomimo wielu krzyków „Słusznie!” przerywających przemówienie Murraya, wkrótce stało się jasne, że on i większość publiczności nadają na różnych falach i że próby połączenia Rothbarda z Grateful Dead były z góry skazane na niepowodzenie.

Większość uczestników festiwalu nie była w stanie docenić tego, jak bardzo konserwatywne było podejście Murraya do kwestii społecznych oraz tego, że ani on, ani Joey nie nosili ze sobą własnych pęset do przypalania marihuany (ang. roach clip, czyli pęseta używana, gdy skręt był zbyt krótki aby chwycić go w ręce bez przypalenia sobie palców — przyp. tłum.), żadne z nich nie było też gotowe częstować się brownies z marihuaną. Murray być może i sympatyzował z niektórymi antyortodoksyjnymi hasłami kontrkultury, ale ci, którzy go znali, doskonale zdawali sobie sprawę, jakie było jego stanowisko na temat zgromadzeń promujących wzajemną miłość (love-ins — przyp. tłum.), brania kwasu czy odwracania się od industrializmu na rzecz świata dziewiczej natury.

Gdy w 1974 roku Stowarzyszenie Mont Pellerin odbywało swoje zjazdy w Brukseli, postanowiliśmy wraz z Murrayem i Joey zorganizować tam wspólne spotkanie. Przyleciałem do południowej Francji, aby odwiedzić Lee Brozen, która posiadała tam swój domek letniskowy. Razem z dwójką synów planowała wypoczynkowy wyjazd do Brukseli, a ja zgodziłem się im towarzyszyć. Była to cudowna wycieczka, którą umililiśmy sobie jeszcze bardziej, decydując się na użycie gastronomicznego Przewodnika Michelin przy wyborze naszej trasy.

W międzyczasie Murray i Joey spotkali się w Niemczech z Ralphem Raico i dotarli do Brukseli na własną rękę samochodem. Zgodnie ze zwyczajem Stowarzyszenie obradowało w jednym z najdroższych hoteli w mieście, co było jak najbardziej na miejscu, biorąc pod uwagę, że prawie wszyscy uczestnicy byli albo kierownikami think-tanków, podróżującymi na ich koszt; albo południowoamerykańskimi właścicielami latyfundiów, dla których kilkusetdolarowe rachunki były drobnymi, albo funkcjonariuszami samego Stowarzyszenia, stanowiącymi samonapędzającą się oligarchię, która dzięki składkom członków podróżowała dookoła świata w pierwszej klasie.

Jednym z najmilszych wspomnień z naszego wspólnego pobytu w Brukseli był pierwszy wieczór. Po obiedzie część z nas znalazła się w pokoju hotelowym Murraya i Joey, śmiejąc się i żartując z opowiadanych po raz kolejny europejskich przygód. Wraz z trwaniem wieczoru do pokoju napływały kolejne osoby, aż w końcu zaczął wyglądać jak kajuta w „Nocy w operze” braci Marx. Zaczęliśmy śpiewać i w nagłym przypływie brawury postanowiliśmy wykonać cały kanon Cole’a Portera. Ktoś — wydaje mi się, że był to John O’Sullivan — utrzymywał, że potrzebuje czegoś do zwilżenia gardła, jeśli chce być w pełni sił głosowych.

W związku z tym, że Cole Porter miał oczywiste pierwszeństwo, Joey otworzyła pokojowy minibar i wszyscy zaczęliśmy sobie dogadzać wszystkim, co było tam pod ręką. Nie trzeba chyba wspominać, że gdy opuściliśmy pokój, barek był kompletnie pusty. Ani Murray, ani Joey nie zastanawiali się nawet nad tym, ile będzie kosztować ich gościnność, ale wyobrażam sobie, że rachunek musiał opiewać na oszałamiającą wysokość. Wiem to, gdyż podczas pobytu w tym samym hotelu popełniłem błąd, oddając obsłudze do prania i czyszczenia stos moich brudnych rzeczy z ostatnich ośmiu czy dziewięciu dni. Nie miałem ku temu okazji, podróżując na północ od Morza Śródziemnego, więc pomyślałem, że zaszaleję, zamiast czekać z tym, aż wrócę do Nowego Jorku. Nie było możliwości, abym przewidział, ile będę musiał zapłacić za tę usługę. Nigdy nie zapomnę wysokości ostatecznego rachunku — podczas gdy spory koszt pokoju był do przewidzenia, za pranie i czyszczenie zapłaciłem 225 USD!

F. A. Hayek

F. A. Hayek rozpoczął swoją amerykańską karierę na Uniwersytecie w Chicago jesienią 1950 roku i w czasie swojego urzędowania związany był z Komitetem Myśli Społecznej, interdyscyplinarnym departamentem kierowanym przez wybitnego historyka gospodarki Johna Ulricha Nefa. Departament Ekonomii niechętnie odnosił się do kwestii zatrudnienia Hayeka ponieważ, jak wspomina Milton Friedman (a wszystko wskazuje na to, iż można mu wierzyć), jego podejście do teorii kapitału stało w sprzeczności z ortodoksyjnym stanowiskiem departamentu. Równie ważny był także fakt, że pensja Hayeka w czasie jego pobytu w Chicago była opłacana przez Fundusz Volkera, a według Friedmana departament nie chciał zaakceptować członka mianowanego przez kogoś z zewnątrz.

Pierwszy raz spotkałem Friedricha Hayeka jesienią 1960 r., kiedy dołączyłem do Komitetu Myśli Społecznej, aby pracować z nim nad moją pracą dyplomową. Rok wcześniej trafił tam także mój bliski przyjaciel Ralph Raico, którego poznałem w Nowym Jorku i który był stałym bywalcem w domu Murraya i Joey. Gdy dołączyłem do komitetu, Hayek był w Chicago od 10 lat, ale miał zostać jeszcze tylko na dwa kolejne. Pomimo tego, że jego kadencja nie trwała długo, wywarł on istotny wpływ nie tylko na Komitet Myśli Społecznej, ale także na reputację uniwersytetu jako centrum myśli wolnorynkowej.

Hayek był swego rodzaju formalistą, człowiekiem o dobrym usposobieniu, zawsze myślącym o innych. Był niezmiernie wykształcony, posiadał dogłębną wiedzę w dziedzinie literatury dotyczącej ekonomii oraz społecznej i politycznej filozofii — zarówno historycznej, jak i współczesnej — zdobytą podczas lektury książek i artykułów w kilku językach. Główne dziedziny zainteresowań Hayeka w czasie, gdy dotarł do Chicago, dotyczyły myśli społecznej, aczkolwiek cały czas pozostawał aktywny jako ekonomista i regularnie prowadził świetny kurs podyplomowy na temat historii ekonomii przed czasami Adama Smitha.

Hayek zawsze imponował mi jako człowiek opanowany i zrównoważony, chociaż czasami pozwalał sobie na chwilę odprężenia, co nastąpiło co najmniej dwa lub trzy razy w mojej obecności. Jego biuro, tak jak biura wszystkich członków Komitetu Myśli Społecznej, mieściło się na piątym, najwyższym, piętrze Budynku Nauk Społecznych, starego, gotyckiego gmachu stojącego na rogu University Avenue i 59. Ulicy. Z jakiejś przyczyny, zapewne z powodu najniższego starszeństwa wśród departamentów tworzących Wydział Nauk Społecznych, komitet został relegowany na ostatnie piętro i jego ciasne i ponure gabinety były stłoczone na poddaszu. Pokój Hayeka był szczególnie małych rozmiarów, mieszcząc jedno biurko, trzy krzesła, szafkę na dokumenty i stół wciśnięty pod ścianę naprzeciwko drzwi.

Studiowanie pod egidą Komitetu przebiegało w postaci seminariów, w czasie których studenci zgłębiający dane dzieło lub autora spotykali się osobiście z tym członkiem Komitetu, który posiadał największą wiedzę w danym temacie. Zazwyczaj ten tryb pracy nie powodował żadnych problemów, ponieważ, biorąc pod uwagę zróżnicowanie tematów, które studiowaliśmy, zazwyczaj widywaliśmy się z naszymi prowadzącymi pojedynczo. Jednak w tym jednym konkretnym przypadku, z jakiegoś powodu, w gabinecie znajdowało się co najmniej trzech studentów, odbywających spotkanie z Hayekiem — trzech studentów i tylko dwa krzesła!

Ponieważ przyszedłem jako ostatni, byłem zmuszony usadowić się na stole, na który próbowałem wejść, używając odwróconego do góry nogami kosza jako stopnia, podczas gdy Hayek kontynuował wyjaśnianie kwestii, którą poruszał, gdy wchodziłem. Zapewne nie będzie zaskoczeniem, gdy powiem, że moja próba wejścia na stół zakończyła się katastrofalnie. Kosz przewrócił się i poturlał. Ja upadłem na ziemię, a stół, nie mogąc utrzymać nacisku, jaki na niego wywarłem, próbując go chwycić, wywrócił się do góry nogami, popychając krzesło jednego ze studentów wprost na biurko Hayeka. Koniec końców gabinet wyglądał jak pobojowisko, ale, ku memu wielkiemu zaskoczeniu, sam Hayek śmiał się do rozpuku, aż jego oczy zaczęły łzawić. Przywrócenie stosownej atmosfery zajęło kilka minut, ale moje okropne zakłopotanie zostało znacząco uśmierzone przez to, w jak dobry nastrój wprowadził Hayeka ten incydent.

W ciągu wielu lat znajomości z Hayekiem przypominam sobie tylko jeden raz, gdy widziałem go naprawdę rozzłoszczonego. Wydarzyło się to wkrótce po śmierci Daga Hammarskjölda, ówczesnego Sekretarza Generalnego ONZ, który zginął w katastrofie lotniczej w Kongu we wrześniu 1961 r., próbując przywrócić choć trochę pokoju w kraju pogrążonym w chaosie. Hammarskjöld, ekonomista z wykształcenia, był tak jak Hayek zainteresowany cyklami koniunkturalnymi. Jego praca doktorska na Uniwersytecie w Uppsali była poświęcona właśnie temu tematowi. W przeciwieństwie do Hayeka był on stanowczym zwolennikiem gospodarek planowych oraz potrzeby rządowej interwencji na rynku. Mimo dzielących ich różnic ideologicznych obaj pozostawali jednakże w całkiem przyjaznych stosunkach.

Wkrótce po śmierci Hammarskjölda w komentarzach, które ukazywały się, jak mi się wydaje, w „National Review”, William Buckley utrzymywał, że były sekretarz nie był uczciwym człowiekiem i oszukiwał w kartach. Ten atak na uczciwość Hammarskjölda tak rozwścieczył Hayeka, że napisał on do Buckleya druzgocący list, w którym potępiał jego złośliwość i prosił, aby „National Review”przestał dostarczać mu kolejne wydania magazynu. Buckley w swojej odpowiedzi wyraził żal z powodu reakcji Hayeka. Jednak dla Hayeka nie miało to żadnego znaczenia i do końca życia pozostawał z nim w chłodnych stosunkach.

Wspominałem, że Hayek był do pewnego stopnia formalistą, co odbijało się na jego wyglądzie. Zawsze wyglądał wyjątkowo dystyngowanie, a otaczająca go aura wytwornej elegancji zniechęcała, przynajmniej w moim wypadku, do bliższej znajomości. Za każdym razem, gdy rozmawialiśmy, nazywałem go „profesorem”, pomimo tego, że podczas naszego ostatniego spotkania byłem po czterdziestce, a nasza znajomość trwała już ponad 20 lat.

Hayek nie był wylewną osobą, ale podejrzewam, że naprawdę mnie lubił. Dwa razy zdarzyło mu się publicznie okazać swoje pozytywne uczucia względem mojej osoby. Pierwszy raz zdarzyło się to w czasie pożegnalnego obiadu, który wydał dla niego Komitet Myśli Społecznej w wieczór przed jego wyjazdem z Chicago wiosną 1962 r. Zostałem wybrany, aby przemawiać w imieniu jego studentów, i wśród wielu rzeczy, za które mu podziękowałem, było użyczenie swojego imienia dla „New Individualist Review”, publikacji stworzonej przez kilku jego podopiecznych z Komitetu.

Byłem wtedy redaktorem naczelnym tego czasopisma i to na moje barki spadło zadanie odrzucenia artykułu przedłożonego przez Johna Nefa, przewodniczącego Komitetu. Nef, który wykonał doskonałą robotę, jeśli chodzi o historię gospodarczą Europy, i został jednym z wiodących badaczy w swojej dziedzinie, był wtedy w momencie swojego życia, w którym całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Podejrzewam, że pozwolono mu pozostać na stanowisku przewodniczącego Komitetu, ponieważ na tym stanowisku nie mógł wyrządzić wielu szkód, jeśli w ogóle jakieś. Było to jednak swego rodzaju źródłem napięć dla tych kilku studentów Komitetu, którzy musieli się z nim zadawać. Pewnego razu przesiedziałem z nim całe seminarium, w czasie którego nazywał mnie imieniem innego studenta. Gdy opuściłem jego gabinet, zorientowałem się, że zostawiłem w nim swoją parasolkę, i jeszcze raz zapukałem do niego. Tym razem przywitał mnie moim prawdziwym imieniem, pomimo tego, że minęło zaledwie kilka minut od kiedy wyszedłem.

Sytuacja z jego artykułem dla „New Individualist Review” postawiła redaktorów czasopisma w sytuacji bez wyjścia. Nic nie usprawiedliwiało publikacji szalonego artykułu Nefa, który był apelem do narodów świata o zastąpienie na stanowisku Sekretarza Generalnego ONZ Daga Hammarskjölda Jezusem Chrystusem. Wydawało się, że autor dość dobrze zniósł przekazaną przeze mnie wiadomość, że redaktorzy uznali naszą małą, studencką gazetkę za nieadekwatne miejsce dla tego typu tekstu, który zasługiwał na miejsce w dużo bardziej poczytnej publikacji.

Jednakże Nef wyraził swoje uczucia całkowicie jasno w miesiąc później, na pożegnalnym obiedzie Hayeka, nazywając jego seminarzystów — tj. tę grupę, która redagowała NIRbezdusznymi, wyrachowanymi maszynami, których zainteresowania kręciły się wokół kwestii zysków i strat i z których nikt nie jest godny bycia uczniem Hayeka. Nie muszę dodawać, że wszyscy na sali, szczególnie Hayek, byli zszokowani tymi uwagami. W swoim przemówieniu Hayek wychodził z siebie, aby mówić o nas jak najbardziej pochlebnie, a szczególnie, ku mojemu zadowoleniu, o mojej osobie.

Drugi raz, gdy Hayek okazał nadzwyczajną życzliwość wobec mnie, nastąpił w czasie spotkania Stowarzyszenia Mont Pelerin, które odbywało się w Berlinie w 1982 r. Choć utrzymywaliśmy sporadyczną korespondencję, nie widziałem wtedy Hayeka od pięciu, sześciu lat, więc było mi szczególnie miło zobaczyć go aktywnego i w dobrym zdrowiu. Obaj weszliśmy do głównej sali przyjęć, w której miały się odbywać spotkania, mniej więcej w tym samym czasie, ale z przeciwnych stron tego wielkiego pomieszczenia i obaj zauważyliśmy się najwyraźniej w tym samym momencie. Żwawo zaczęliśmy zmierzać ku sobie. Hayek wyglądał na szczerze zachwyconego tym, że mnie widzi — gdy się spotkaliśmy promieniał i, ku memu zaskoczeniu, gdy podawaliśmy sobie ręce, objął mnie po przyjacielsku i zaczął opowiadać, jak bardzo miło jest mu widzieć mnie ponownie, i że często myślał o mnie. Był to ostatni raz, gdy go widziałem, i wspominam to spotkanie z dużym sentymentem i uczuciem.

Gdy opisywałem te wspomnienia, zorientowałem się, jak wiele miałem szczęścia, mogąc poznać zarówno Murraya, jak i Hayeka. Obaj byli wybitnymi ludźmi i niezmiernie wiele skorzystałem z ich geniuszu. W rzeczywistości ukształtowali oni — wraz z trójką innych wielkich ludzi, których miałem szczęście znać, lub studiować z nimi — wszystko, co kiedykolwiek napisałem. Nie mogę rościć sobie praw do bycia oryginalnym, gdyż wszystko, co kiedykolwiek stworzyłem, ma swoje korzenie w dziełach tych myślicieli. Żałuję, że nie dane było mi poznać lepiej jednego z tej trójki — Ludwiga von Misesa. Wraz z moim starym profesorem historii idei, Hansem Kohnem, oraz z sir Isaiahem Berlinem, pod którego opieką studiowałem w Oxfordzie, są odpowiedzialni za sposób, w jaki postrzegam świat. Ale największy wpływ mieli na mnie Murray Rothbard i Friedrich Hayek, których znałem najlepiej, i najmocniej kochałem.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress