A A + -

Wojna o słowa

16 czerwca 2012 Bez kategorii

Autor: Wojciech Mazurkiewicz

„Umieszczony obrazek, nie ma na celu propagowanie nazizmu, komunizmu, ani żadnego innego systemu totalitarnego. Został użyty w celach artystycznych, na potrzeby niniejszego artykułu. Zamieszczony film, nie ma na celu obrazy niczyich uczuć, ale został zaprezentowany w celach instruktażowy. Cytowana wypowiedź, nie ma na celu szerzenia rasizmu, została podana tylko jako przykład”.

Niestety, ale takimi mglistymi tłumaczeniami muszą się za każdym razem zasłaniać redaktorzy, publicyści, artyści czy różni aktywiści, kiedy tylko chcą do jakiś celów użyć swastyki, sierpa i młota, czy też jakiegoś innego, kontrowersyjnego znaku. Dzieje się tak z prostych powodów – w Polsce nie obowiązuje pełna wolność słowa i według naszego prawa, za propagowanie systemów totalitarnych grozi kara grzywny, a nawet pobawienia wolności do dwóch lat. Niestety, do dziś nie wiadomo co dokładnie oznacza „propagowanie systemów totalitarnych” i jakie konkretne działania pod nie podchodzą. W efekcie każdy, kto w jakimkolwiek celu posługuje się sierpem i młotem, swastyką czy nawet samą twarzą komendanta Che Guevara, bądź każdą inna rzeczą, która jest w jakiś sposób związana z ustrojami totalitarnymi, musi liczyć się z tym, że może mieć problemy sądowe.

„Sierpem i młotem czerwoną hołotę!”

Ostatnio jesteśmy świadkami ostrej dyskusji na temat dozwolonej symboliki w życiu publicznym (i nie tylko). Wybuchła ona po meczu Polska-Rosja, na którym miała pojawić się flaga byłego ZSRR. Rzeczywiście są zdjęcia, które przedstawiają kibica rosyjskiego trzymającego taką flagę. Czy było to sprzeczne z polskim prawem? Czy wolno w przestrzeni publicznej umieszczać symbole komunistyczne?

Opinie na ten temat są mocno podzielone. „Nie znaki powinny być zakazane, ale ideologie” – mówił Adam Szejnfeld z PO w „Kawie na Ławie” (wszystkie kolejne cytaty za TVN24).

„Ryszard Kalisz z SLD podkreślał, że w Polsce można chodzić z symbolami sierpa i młota, a przepis tego zakazujący został zlikwidowany. Zakazane jest propagowanie ideologii totalitarnych.”

Zostało to natychmiast skrytykowane przez posła PiS Zbigniewa Girzyńskiego, który stwierdził: „Uważam, że takiego prawa nie powinno być. Szkoda, że ten przepis został uchylony, bo wówczas mielibyśmy porządek”. Poparł go Jacek Kurski, który powiedział: „Ja osobiście nie będę się dobrze czuł i uważam, że obnoszenie się ze swastyką czy sierpem i młotem jest jednak propagowaniem systemów totalitarnych”.

Należy też zwrócić uwagę, że temat jest bardzo świeży, gdyż podobny problem mieliśmy w maju. Sierp i młot pojawił się na 1-majowym pochodzie zorganizowanym przez SLD i OPZZ. Także wtedy posłowie PiS rozważali, czy nie udać się do prokuratury.

Kłopoty miała także Magda Gessler, kiedy to czerwony znak widniał przez moment w jej programie „Kuchenne rewolucje”. O wykroczeniu została powiadomiona prokuratora, a prawnik Edward Stępień uzasadnił, że: „To nie żart, a łamanie prawa. To dokładnie tak samo, jakby w lokalu powiesić swastykę” (portal deser.pl).

Wszystkie te wypowiedzi są bardzo ciekawe, jednak nie dotykają podstawowego problemu. Otóż, wracając do słów Adama Szejnfelda i Ryszarda Kalisza – dlaczego tak właściwie ideologie powinny być zakazane? Na wstępie przyznam, że ani w głowie mi bronić ideologii komunistycznej czy nazistowskiej, samej w sobie. Moje poglądy leżą całkiem na przeciwległym biegunie i czuję głęboką niechęć do wszystkiego, co socjalistyczne czy faszystowskie. Tyle że, jak mówił Wolter: „Nie zgadzam się z tym co mówicie, ale do końca życia będę walczył, abyście mogli głosić swoją prawdę”.

Należy zadać sobie podstawowe pytanie: kto ma prawo mówić innym, jakie poglądy wolno im głosić, a jakie nie? Jak to obiektywnie ocenić? Kto miałby to zrobić? Rząd? Nie wydaje mi się, zwłaszcza, że jest on niesamowicie niejednomyślny. Ciekawe jest to, że z reguły posłowie prawicowych ugrupować opowiadają się za likwidacją sierpa i młota, za to lewica zacięcie go broni. Za to ci z lewicy bardzo chętnie zajmują się innymi symbolami: ciężej im zaakceptować swastykę, ponadto robią całą wyliczankę znaków których należy zakazać, gdyż są: rasistowskie, antysemickie, seksistowkie, homofobiczne, antyfeministyczne, islamofobiczne, ksenofobiczne, szowinistyczne, nacjonalistyczne, antyekologiczne, i Bóg wie jakie jeszcze (niepotrzebne skreślić). Niektórym też przeszkadzają nawet (a może przede wszystkim) symbole religijne, czego dowodem są ciągle powracające awantury o krzyż. Na szczęście nikt nie posunął się tak daleko, jak ma to miejsce we Francji, gdzie katolikom próbowano zabronić noszenia (na własnej szyi!!) krzyży, a muzułmankom (na własnej twarzy!!) burki, czy co one tam jeszcze mają.

Z tego wniosek, że ustawodawcy nie kierują się obiektywizmem, ale swoimi prywatnymi preferencjami. Każdy walczy o to co swoje: pragnie za wszelką cenę chronić poglądów, które są bliskie jego sercu, a przy tym skutecznie zamknąć usta przeciwnikom politycznym. Sama idea swobody wypowiedzi nie ma tu racji bytu, gdyż chodzi tylko o własny interes, nie o dobro społeczeństwa. Jest to myślenie typu: „Popieram wolność słowa dla każdego, byle tylko mówił to co ja chcę usłyszeć.” Widzimy więc, jak mocno niestabilny jest system, w którym to władza decyduje o tym, co aktualnie wolno, a co nie. Wszystko zależy jedynie od tego, która opcja znajduje się aktualnie przy sterach. Trudno mówić w takich warunkach o jakiekolwiek rozsądnej debacie. Za to zawsze będzie występować, mniejsza bądź większa, cenzura.

Widzimy więc, że nie możemy pozwolić decydować o wolności słowa politykom – musi to być prawo ponad wszystkimi, któremu każdy musi się podporządkować. Prawo zapisane w konstytucji. Tylko, czy konstytucja powinna czegoś zabraniać? A jeśli tak, to czego? I jakimi kryteriami powinna się kierować?

Można postulować, że żyjemy w demokracji, więc wybór powinien być demokratyczny. Zakazać powinno się tego, czemu większość się sprzeciwia i co powszechnie jest uważane jako coś niepożądanego i niegodziwego. Według mnie jest to absurdalny pomysł i do tego niesamowicie niebezpieczny. Po pierwsze: z góry zakładamy aksjomat, że demokracja jest najsłuszniejszym sposobem rozstrzygania sporów, ale nie mamy żadnego powodu, żeby tak sądzić. Jest to założenie a priori, które już samo w sobie odrzuca jakąkolwiek polemikę i zaprzecza idei o którą chce walczyć – osoby, które są przeciwnikami demokracji i nie chcą takiego systemu, już na samym starcie zostają ocenzurowane. Ich poglądy zostają odrzucone bez żadnego uzasadnienia i wyklucza się ich z dalszej debaty. Tym samym zakładamy też (znów aksjomatycznie), że demokracja sama w sobie jest nieskalana i nie może należy do „worka ideologii”, których należałoby się pozbyć. Nie da się przecież na drodze demokracji zlikwidować demokracji, gdyż to by oznaczało, że należałoby zabronić też samego zabronienia (wybór dokonany przy pomocy błędnej metody też musi być błędny). W takim razie musimy się zgodzić na to, że demokracji przysługują jakieś specjalne przywileje i jest ona ideologią ponad innymi. Ale na jakieś podstawie mamy tak sądzić? I dlaczego akurat demokracja, a nie coś innego?

Do tego należy zwrócić uwagę na to, do jakiś absurdów prowadzi konsekwentne stosowanie zasad demokratycznych. W praktyce oznacza to nic innego, jak zwykły dyktat większości nad mniejszości, która musi się w drastyczny sposób podporządkować, tylko dlatego, że dysponuje mniejszą siłą przebicia. Czy to jest merytoryczny argument? Jak można mówić o jakiejkolwiek dyskusji; jak można mówić o jakimkolwiek prawie do wypowiedzi, w sytuacji, kiedy to jedna strona jest siłą zmuszana do zmiany swoich poglądów?

Wyobraźmy sobie społeczeństwo, które składa się z 51% muzułmanów i 49% chrześcijan (albo na odwrót), i które robi referendum, mające rozstrzygnąć, której religii należy zakazać. Nie muszę chyba tłumaczyć do czego by to doprowadziło…

Można też postulować argument historyczny, który by mówił, że należy zakazać tych ideologii, które wyrządziły w przeszłości jakąś krzywdę. Wydaje się to racjonalnym rozumowaniem: skoro przez jakieś poglądy w przeszłości ginęli ludzie, to równie dobrze może się to stać w przyszłości, więc prewencyjnie i dla dobro ogółu, należy tych poglądów zakazać.

Tylko czy takie coś byłoby w ogóle możliwe? Teraz zabraniamy komunizmu i nazizmu – nikt nie ma wątpliwości, że wyrządziły one w przeszłości olbrzymie krzywdy – ale czy ten zakaz nie obowiązuje tylko dlatego, że są to nurtu stosunkowo świeże? Przecież jak się przyjrzymy historii, to niemal każda ludzka myśl ma krew na rękach. Gdyby zasadę historyczną chciano stosować konsekwentnie, to należałoby zakazać niemal każdej religii, zakazać nacjonalizmu i patriotyzmu (nie mam nic przeciwko religii czy patriotyzmowi, sam jestem człowiekiem wierzącym i kochającym swój kraj, ale niestety zawsze zdarzały się ewenementy społeczne, które usprawiedliwiały nimi swoje zbrodnie), zakazać niektórych teorii naukowych, wyrzucić na śmietnik sporą część filozofii i ogólnie stać się społeczeństwem niemal bezideowym – koszmar, którego nie da się (na szczęście) zrealizować!

Mniej więcej tym jest postulowana w całej Europie „neutralność światopoglądowa”. Bo co to w ogóle, do cholery, znaczy być neutralnym światopoglądowo? Jak można osiągnąć coś takiego? I w jakim celu? Żeby twój światopogląd był naprawdę neutralny (wobec wszystkiego), to musiałbyś (musiałabyś) nie mieć go w ogóle. Czyli innymi słowy, to co postulują eurokraci, to nic innego jak stworzenie społeczeństwa bezmyślnych idiotów, którzy nie posiadają własnego zdania. Tego chcemy w nowoczesnym świecie?

A nawet, gdyby udało nam się znaleźć ten ideał i jakimś cudem dojść do konsensusu, że to jest właśnie ta rzecz, której tak bardzo pragniemy; gdybyśmy uznali, że właśnie znaleźliśmy zbiór poglądów, które są bezpieczne i nigdy nie zostały użyte do wyrządzenia żadnego zła, to jak możemy być ich w stu procentach pewni? Przecież wystarczy, że w przyszłości znajdzie się chociaż jeden szaleniec, który w wyniku jakiś matactw logicznych, uzasadni tymi poglądami zbrodnie których się dopuścił i wtedy nasz „raj” przestał być cokolwiek warty. I co wtedy zrobimy? Szukamy od nowa?

Należy też zwrócić uwagę na fakt, że polska konstytucja zakazuje jakiekolwiek dyskryminacji. Tymczasem każda cenzura jest zawsze też dyskryminacją, gdyż dyskryminujemy grupę, która z takiego czy innego powodu znalazła się pod ostrzałem. W naszym przykładzie dyskryminacji są poddani wszyscy komuniści i neonaziści, którzy nie mogą głosić swoich poglądów na równi z innymi.

Oczywiście można tłumaczyć, że te osoby są w jakiś sposób szczególnie szkodliwe dla społeczeństwa, gdyż sieją wyjątkowy zamęt, ale co w takim razie mamy z nimi zrobić? Czy należy próbować je jakoś siłą zmieniać? Z pewnością takie jednostki są – gdyby ich nie było, to nie byłoby też żadnych takich ustaw, bo po co zakazywać czegoś, czego nie ma? A skoro są, to jesteśmy zmuszeni z nimi żyć. Ale fakt, że zakażemy im głoszenia swoich poglądów nie oznacza jeszcze, że przestaną je wyznawać – nie da się nikogo do tego zmusić. Taka osoba, nawet postawiona pod ścianą, nie jest wstanie wyrzec się swoich własnych myśli! Z prostych przyczyn – wolność słowa (i myśli) jest prawem niezbywalnym. Jeśli w coś wierzę, to nie mogą tak nagle przestać wierzyć, bo ktoś mnie o to prosi (lub mi każe). Jest to tak samo niemożliwe, jak niemożliwe jest bycie dobrowolnym niewolnikiem – sprzeczne per se. Nazista w głębi serca pozostanie nazistą, a komunista komunistą, obojętnie od tego co napiszemy w konstytucji. Człowieka nie da się zmienić w ten sposób.

Być może się mylę, ale ja nie widzę innego rozwiązania, jak jeden, mały, prosty zapis w konstytucji: „Wolność słowa w Polsce nie może być w żaden sposób ograniczona”.

„Pańska twarz obraża moje uczucia estetyczne – domagam się odszkodowania!”

Absurdalne? Z pewnością… Ale właśnie taką logiką kieruję się wszyscy ci, którzy twierdzą, że obecność (bądź nieobecność) danego symbolu ich obraża. Wróćmy jeszcze raz do wypowiedzi naszych posłów.

„Szkoda, że ten przepis został uchylony, bo wówczas mielibyśmy porządek” – jak powiedział pan Zbigniew Girzyński. Oczywiście, że byłby porządek, bo każdy przepis i każda kolejna restrykcja powoduje, że porządek jako tako się zwiększa. Im obywatel ma mniej swobody, tym mniej może nabałaganić. Tylko, czy to jest naszym celem? Dlaczego to ma stać tak wysoko w hierarchii wartości, że mamy się zrzekać swoich praw? Jest taki jeden kraj, w którym porządek jest niemalże absolutny: nie ma tam przestępstw, kradzieży, nikt nikogo nie obraża, nie ma graffiti na murach ani hipisów wymachujących pacyfkami. Ten kraj nazywa się Korea Północna. Niestety, ale ludzie nie są idealni, popełniają błędy i mają swoje wady. Żeby tego uniknąć, musieliśmy odebrać im swobodę decydowanie o samym sobie, a to jest domeną systemów totalitarnych. Jeśli pan Girzyński tak bardzo pragnie porządku, to zawsze może się tam przenieść – z pewnością nie pogardzą dodatkową parą rąk do pracy w obozie koncentracyjnym.

Przyznam szczerze, że nie lubię dyskutować z ludźmi, którzy chcą oddać swoją wolność w zamian za ład społeczny i bezpieczeństwo. Wiem, że nigdy nie znajdę z nimi wspólnego języka, a tylko widzę w nich zagrożenie dla samego sobie. Gdyż, jak mawiał noblista ekonomii F.A. Hayek: „Ci, którzy chcą poświęcić swą wolność w zamian za bezpieczeństwo, zawsze domagają się, aby odebrać ją także tym, którzy ku temu skłonności nie przejawiają”.

Dlatego wszystkim tym „porządkowcom” radziłbym, żeby razem stworzyli dla siebie swoją autonomię, w której będą żyli w „ładzie, miłości i równości”, ale niech się, za przeproszeniem odwalą od innych ludzi.

Nie mniej kuriozalna jest wypowiedź Jacka Kurskiego. Stwierdził on: „Ja osobiście nie będę się dobrze czuł i uważam, że obnoszenie się ze swastyką czy sierpem i młotem jest jednak propagowaniem systemów totalitarnych”. Co to za argument: „nie będę się dobrze czuł”? Kogo, do diabła, obchodzi samopoczucie pana Kurskiego? Czy to ma być wyznacznik prawa w tym kraju? To jest merytoryczna argumentacja osoby, która podobno jest na tyle kompetentna, żeby rządzić 40-milionowym narodem? I tacy ludzie mają decydować o tym co mi wolno, a co nie?

A przecież w ten sam sposób myślą wszyscy ci, którzy twierdzą, że jakiś symbol ich obraża i domagają się za to odszkodowania. Bardzo ciężko mi znaleźć racjonalne rozumowanie w tym wszystkim. Przecież jeśli mamy dowolny znak, obrazek, piktogram, cokolwiek, to został on stworzony po to, żeby służyć tym, którzy go używają. Krzyż służy chrześcijanom, biały orzeł Polakom, sierp i młot komunistom, znak dolara „$” – ekonomistom, itd. Jakim prawem osoby „z poza” mają się do tego wtrącać? Jeśli ktoś używa określonego symbolu, to ten symbol ma znaczenie głównie dla niego. Dla osoby która nie wierzy w ową ideologię, znak ten powinien pozostać „pusty”, całkowicie obojętny. Nie jestem muzułmaninem, więc półksiężyc jest dla mnie bez znaczenia – dlaczego więc jego obecność miałaby mnie w jakikolwiek sposób razić? Tyczy się to dosłownie wszystkiego!

Niektórzy mogą zarzucać, że dany symbol wyrządził im jakąś krzywdę, teraz bądź w przeszłości. Jest to oczywiście absurd, gdyż żaden przedmiot martwy (ani informacja, która też jest martwa), nie może nikogo skrzywdzić. Krzywdę wyrządzają tylko ludzie i to nich należy skarżyć. To nie wina symboli, że kiedyś zostały przez kogoś splamione krwią.

Trudno też bronić tezy, że dany symbol jest obraźliwy. Nie przeczę, że różna znaki mogą wywoływać mieszane uczucia, ale w ten sposób można zabronić niemal wszystkiego. Wystarczy, że ktoś sobie np. uroi, że z jakiegoś powodu obraża go logo konkurencyjnego przedsiębiorstwa, bo z czymś mu się tam kojarzy. I już możemy mieć proces sądowy w którym chodzi nie o samą obrazę, ale o grę polityczną. A ja, jako antysocjalista, mogę stwierdzić, że drażni mnie kolor czerwony, dlatego domagam się usunięcia go z przestrzeni publicznej. Żegnajcie cegły, znaki zakazu i czerwone światła! Redukuję do absurdu? Owszem, ale dlaczego nie? Dlaczego jedne symbole mogą kogoś obrażać, a inne nie? Bo jedne mają poparcie większości, a inne nie? Bo jedne mają barwniejszą historię od drugich? Ten problem już został wcześniej rozważony. Nie powinno się zakazywać ideologii, nie powinno się zakazywać też używania symboliki.

Do tego, jeszcze tak na marginesie, wielu osób wpada w pułapkę semantyczną, która do tego jest tak powszechna, że mało kto zwraca na nią uwagę. Otóż, wielu ludzi powołuje się na tzw. „obrażanie uczuć” – mówią o obrażaniu uczuć religijnych, patriotycznych, historycznych i komu co tam jeszcze przyjdzie do głowy. Tylko kto mi wytłumaczy, jak można obrazić uczucie? Przecież, żeby ktoś został obrażony, to musi się wcześniej POCZUĆ obrażony. Czyli musi dysponować swoimi własnymi uczuciami. Czy w takim razie ktoś sugeruje, że nasze uczucia posiadają jeszcze jakieś inne uczucia? Przecież to nie ma żadnego sensu! Można obrazić tylko poszczególne osoby, ale nie da się obrazić uczuć, którymi one dysponują. Mogę znieważyć pana A i panią B, ale nie jestem wstanie zrobić tego w stosunku do miłości między nimi. Tak naprawdę termin „obrażanie uczuć” jest tylko sprytnym wybiegiem, pod który można podciągnąć niemal wszystko i który skutecznie hamuje debatę publiczną

Dlatego jeśli kogoś coś obraża, to jest to raczej jego problem. To on sobie tak wymyślił i następnie próbuje narzucić to innym. Czy może to doprowadzić do czego dobrego? Bo według mnie głównie do podżegania konfliktów i nakręcanie spirali nienawiści.

Wracając jeszcze do naszej Magdy Gessler. Nie wiem po jaką cholerę wywieszała w kuchni sierp i młot i niewiele mnie to obchodzi. Ale absurdalne jest tłumaczenie jej oskarżyciela: „To dokładnie tak samo, jakby w lokalu powiesić swastykę” – no i co z tego? Gdyby wywiesiła swastykę, to rynek zaraz wywaliłby ją z interesu, bo ludzie byliby oburzeni i nikt nie chciałby tam jeść. Wiele osób zwraca uwagę (w sumie dosyć słuszną), że sierp i młot jest „niedoceniony”, a swastyka „przereklamowana”, gdyż komuniści zabili o wiele więcej ludzi niż hitlerowcy (według Czarnej Księgi Komunizmu nawet sto milionów na całym świecie). Zgadzam się, to trochę dziwne, że wiele osób reaguje z przerażeniem na widok swastyki, a są całkowicie obojętni wobec „czerwonych” symboli. Ale czy te statystyki są jakimś argumentem? Problemem nie jest tu, że jedno jest zabronione, a drugie nie. Problemem jest to, że w ogóle się czegokolwiek zabrania. Dlatego kłótnia nie powinna polegać na tym, czy prawo zostało złamane, czy nie, ale na tym, czy samo prawo jest dobrze napisane.

„Moralnie obrzydliwe, prawnie dozwolone”

W tym artykule nie chciałem bronić nazistów, komunistów, rasistów ani innych osób niebezpiecznych dla społeczeństwa. Tym bardziej nie stawałem w obronie ich działalności, ani nie chroniłem poglądów, które oni głoszą. Nie uważam wcale, że obnoszenie się swastykami czy sierpami i młotami jest czymś dobrym. Ale sądzę, że żadne zakazy nie prowadzą do niczego korzystnego, a tylko pogarszają sprawę. Życie jest okrutne i musimy się z tym pochodzić – może kiedyś uda się to zmienić, ale z pewnością nie zrobimy tego przy użyciu cenzury i argumentów siły. Tylko wolność słowa i uczciwy, otwarty dla każdego człowieka dialog, może zmienić świat na lepsze. Dlatego z dwojga złego, twardo optuję za brakiem regulacji i zostawieniem ludzi w spokoju. Problemy słowne powinno się rozwiązywać przy użycia słów, a nie kajdan i taśmy klejącej.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress