A A + -

Widzieć niewidoczne

26 października 2014 Artykuły, Ekonomia

Nawet teraz ludziom łatwo przychodzi sentymentalne przyznawanie się do socjalistycznej ideologii na zakrapianych spotkaniach w restauracjach podających wykwintne jedzenie i oddawaniu się przyjemnościom w najdroższych restauracjach i apartamentach, jakie ludzkość widziała. Nadal popularne jest bycie socjalistą, a w niektórych kręgach związanych ze sztuką czy filmem – nawet wymagane. Nikogo to nie odrzuca. Ktoś ci nawet publicznie pogratuluje twojego światopoglądu. Tak samo jak możesz liczyć na tani poklask, gdy ujawniasz „zło” poczynione przez Microsoft czy Wal-Mart.

1capitalism1

Czy to nie cudowne? Socjalizm (prawdziwa jego wersja) upadł prawie 20 lat temu – okrutne reżimy zbudowane na pryncypiach marksizmu obalone zostały przez wolę ludzi. Spoglądając na to zjawisko widzieliśmy jak zgrzybiałe społeczeństwo wróciło do życia i stało się głównym źródłem rozwoju świata. Handel się rozszerzył. Technologiczna rewolucja osiąga poziom cudowności niemalże z dnia na dzień, pod naszymi nosami. Miliony ludzi radzą sobie coraz lepiej w ciągle rozszerzających się kręgach. Przypisać to można całkowicie wolnemu rynkowi, który posiada moc twórczą niedocenianą nawet przez jego najbardziej zagorzałych orędowników.

Co więcej, upadek socjalizmu nie był wymagany do zademonstrowania tego. Socjalizm ponosił porażki od starożytności. Książka Misesa „Socjalizm”(1922) pozwoliła nam za pomocą precyzyjnej logiki zrozumieć, że ekonomiczną niemożliwością jest wytworzenie porządku społecznego bez prywatnej własności środków produkcji. Nie znam nikogo, kto by to obalił.

W dodatku nawet teraz, po tym wszystkim, profesorowie potrafią stanąć naprzeciwko swoich studentów i potępić „zło wyrządzone przez kapitalizm”. Najlepiej sprzedające się książki mają wydźwięk antykapitalistyczny. Politycy na wiecach mówią jak cudowne rzeczy zostaną osiągnięte, kiedy tylko zostaną wybrani do rządu. Każdy codzienny problem, nawet ten bezpośrednio wywołany przez rząd (opóźnienia lotnicze, kryzys na rynku domów, niekończący się kryzys w szkolnictwie, brak opieki medycznej dla każdego) jest zrzucany na karb gospodarki rynkowej.

Jako przykład: administracja Busha znacjonalizowała każdą agencję ochrony lotnictwa po 11 września i właściwie każdy – za wyjątkiem Rona Paula oczywiście – nawet nie kwestionował czy było to potrzebne. Wynikiem był niesamowity bałagan zauważalny dla każdego podróżującego ze względu na piętrzące się informacje o opóźnieniach lotów oraz upokarzające kontrole. Obydwa stały się normą. I kogo za to winią? Przeczytajcie listy do redaktora. Przeczytajcie góry tekstów napisanych przez dziennikarzy opisujących tę sprawę. Winą zostały obarczone prywatne linie lotnicze. Jako rozwiązanie zaproponowano jak zwykle to samo: więcej regulacji, więcej nacjonalizacji.

Jakie są powody takiego przerażającego przedstawienia? Są dwa główne czynniki. Pierwszym jest niemożność zrozumienia ekonomii przez ludzi i wyjaśnienia jej wpływu na społeczeństwo. Drugi to brak reakcji na narastającą ignorancję. Jeżeli nie wiesz co powoduje co w społeczeństwie, niemożliwym jest intelektualne wychwycenie dobrych rozwiązań czy wyobrażenia sobie jak świat wyglądałby bez uczestnictwa państwa.

Edukacyjna luka może zostać wypełniona. Żeby myśleć w ekonomicznym pojęciu trzeba zrozumieć, że bogactwo nie jest dane ani nie jest przypadkowym wypadkiem historii. Nie jest to deszcz z nieba. Bogactwo to produkt ludzkiej kreatywności wyzwolonej w środowisku wolności. Wolność posiadania, podpisywania kontraktów, oszczędzania, inwestowania, zrzeszania się, handlu – to są klucze prowadzące do dobrobytu.

Gdzie byśmy bez nich byli? W prehistorii, gdzie zdziesiątkowana ludzkość chowałaby się w jaskiniach i żyła z tego co zbierze i upoluje. To jest rzeczywistość, w której znalazłaby się ludzkość, gdybyśmy nic z tym nie zrobili. Jednocześnie nasza rzeczywistość jest zagrożona właśnie takim wariantem, jeżeli jakiekolwiek rząd zdecyduje się na odebranie wolności i praw własności całkowicie.

Być może wydaję się to mało wyrafinowane, ale ten pogląd uchodzi przed pręgierzem nawet edukacji państwowej. Ciężko jest zrozumieć, że niedostatek jest wszechobecną cechą świata i potrzeba takiego systemu, który racjonalnie alokowałby zasoby w taki sposób, by korzystało na tym społeczeństwo. Jest tylko jeden taki system, który to czyni i nie jest to centralne planowanie. Jest to wolny rynek oparty na systemie cenowym.

Rząd zniekształca system cenowy na niezliczone sposoby. Subsydiuje krótkowzroczne inicjatywy. Zakaz obrotu pewnymi produktami powoduje zasyp dóbr i usług mniej pożądanych nad tymi pożądanymi. Regulacje spowalniają koło biznesu blokując sny przedsiębiorców oraz niweczą plany konsumentów oraz inwestorów. Ponadto jest jeszcze najbardziej zwodnicza forma cenowej manipulacji – bank centralny.

Im większy jest rząd, tym bardziej nasz standard życia się obniża. Na szczęście, jako cywilizacja doświadczamy generalnie rozwoju wolnej przedsiębiorczości, której impet przeważa nad rządowym regresem. Gdyby nie to, bylibyśmy znacznie biedniejsi każdego roku nie tylko w znaczeniu względnym, ale także absolutnym. Rynek jest mądry a rząd głupi – i dzięki tym atrybutom zawdzięczamy cały nasz ekonomiczny dobrobyt.

Drugą częścią naszego edukacyjnego zadania jest wyobrażenie sobie świata „rządzonego” wolnorynkowo, wyobrażenia jak mógłby on funkcjonować. Jest to zadanie znacznie trudniejsze. Murray Rothbard wskazał kiedyś, że jeżeli jedynym producentem obuwia byłby rząd to większość ludzi nie mogła by sobie wyobrazić jak mógłby sobie z tym poradzić wolny rynek. Jak rynek uwzględniłby wszystkie rozmiary? Czy nie byłoby nagannym produkować buty wedle gustów każdego konsumenta? Co z butami z przemytu i kiepskimi szewcami? Buty są zbyt ważnym dobrem, aby oddawać je zmienności rynkowej anarchii.

Jest jeszcze wiele takich kwestii pozornie trudnych do wyobrażenia, na przykład zapomogi. Pośród pierwszych sprzeciwów pomysłu oddania tego rynkowi był argument, że biedni będą cierpieć i nikt o nich nie zadba. Odpowiedzią na to są prywatne usługi charytatywne, które sobie z tym poradzą. Rozejrzyjmy się wokół i dostrzeżmy jak radzą sobie z relatywnie małymi zadaniami. Sektor ten jednak nie jest na tyle duży by [w obecnych warunkach] konkurować z monopolem państwa.

To jest właśnie sytuacja, gdzie wyobraźnia jest potrzebna. Problem z rządowymi usługami jest taki, że zalewa on usługi prywatne redukując cały sektor i równając go poniżej poziomu jaki miałby on na wolnym rynku.

Przed czasami „państwa opiekuńczego”, dziewiętnastowieczna prywatna charytatywność była rozległym obszarem działań, porównywalnym do największych branż. Działacze charytatywni rozszerzali ten obszar w zależności od potrzeb. Te „charytatywne przedsiębiorstwa” utrzymywane były głównie przez kościoły i dobrowolne dotacje. I to było etyczne: każdy dawał część rodzinnego budżetu na prywatny sektor charytatywny. Na przykład Matka Cabrini – zakonnica – prowadziła całe imperium charytatywne.

Później w „erze postępu” zmienił się światopogląd. Charytatywność zaczęła być utożsamiana z dobrem publicznym i jako taka „powinna” być sprofesjonalizowana. Państwo zaczęło wrzynać się w teren zdominowany dotychczas przez sektor prywatny. Wraz z rozwojem „państwa opiekuńczego” w wieku dwudziestym, ówcześnie znaczny rozmiar prywatnego sektora zmalał. Zły stan prywatnej charytatywności w USA jest niczym w porównaniu z tym co się dzieje w Europie, kolebki tejże. Dzisiaj garstka europejczyków daje grosze na charytatywność, ponieważ każdy wierzy, że jest to usługa rządowa – a co więcej, po odjęciu od pensji podatków oraz uwzględnieniu wysokich cen już niewiele im zostaje do podzielenia się.

Dzieje się tak w każdej dziedzinie, którą rząd monopolizuje. Dopóki Fed-Ex i UPS nie wykorzystał luki w prawie pocztowym ludzie nie zdawali sobie sobie sprawy, że prywatny sektor może sobie poradzić z rozwożeniem poczty. Jest wiele podobnych przypadków w dziedzinach takich jak: sądownictwo, bezpieczeństwo, edukacja, służba zdrowia, polityka monetarna i druk pieniądza.

Kiedy w końcu pojmiesz ekonomię to otaczająca Cię rzeczywistość nabiera innego znaczenia. Wal-Mart nie jest wyrzutkiem, ale wielkim osiągnięciem cywilizacyjnym. Instytucją, która przezwyciężyła strach, który owładnął nas na przestrzeni historii człowieka – strach, że zabraknie nam jedzenia. Właściwie nawet niewielkie produkty mogą olśnić rozumy kiedy zrozumiesz jak niesamowicie złożony jest proces produkcji i jak wolny rynek radzi sobie ze skoordynowaniem tego wszystkiego dla poprawy życia. Osiągnięcia rynku stają się natychmiast ulgą we wszystkim co cię otacza.

Wtedy widzisz to, co jest niewidoczne: jak bardzo bylibyśmy bezpieczni w prywatnych agencjach ochrony, jak bardzo społeczeństwo skorzystałoby na sprywatyzowanym sądownictwie, jak dobroczynni moglibyśmy się stać z myślą, że nasza pomoc wynika z dobroci serca i własnych doświadczeń, a nie z rządowego przymusu.

Co powoduję taką różnicę? Wszak socjalista i obrońca wolnego rynku obserwują takie same zdarzenia – ale tylko osoba z wiedzą ekonomiczną zrozumie ich znaczenia oraz konsekwencje. Ze wszystkich rządowych oficjeli tylko Ron Paul rozumie ekonomię. Fakty zawsze będą z nami. Ale tego wszystkiego trzeba ludzi nauczyć. Osiągnięcie poziomu, gdzie idea wolności i jej konsekwencje są rozumiane, nigdy nie było bardziej ważne.

Autor: Llewellyn H Rockwell, JR.

Tłumaczenie: Wojciech Siwiera

Korekta: Damian Karaszewski

Źródło: http://www.lewrockwell.com/rockwell/people-dont-get-it.html

Źródło polskie: libertarianin.org

Źródło zdjęcia: LINK

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress