A A + -

Recenzja „Wilka z Wall Street”

20 stycznia 2014 Artykuły, Kultura

Murray Rothbard, wielki libertariański teoretyk i ekonomista, nienawidził „Chłopców z ferajny”. W szczególności nienawidził wizerunku gangsterów jako „psychopatycznych punków”, których przemoc jest „losowa, nieuzasadniona, bezsensowna”. Wolał trylogię „Ojca chrzestnego”, gdzie gangsterzy nie posługiwali się przemocą „dla zabawy lub dla przypadkowych bójek”, ale używali jej tylko do egzekwowania umów, gdyż nie akceptowali policji i sądów.
d1d0ec273ce05c7b61e08f8022859da5,641,0,0,0
Dla Rothbarda niepochlebny portret gangstera z „Chłopców z ferajny” był praktycznie atakiem na sam libertarianizm. Według niego „organizacja przestępcza jest w istocie anarchokapitalistyczna, gdyż skutecznie walczy przeciwko rządowi” oraz zapewnia konsumentom produkty, takie jak hazard, narkotyki, prostytucja, przemyt – rzeczy, które zostały arbitralnie i niesprawiedliwie zdelegalizowane przez rząd. Dlatego był zdegustowany „Chłopcami z ferajny”, gdzie zorganizowani przestępcy niewiele różnią się od ulicznych złoczyńców i na końcu zostają pokonani przez policję.

Niektórzy libertarianie mogą nie lubić ostatniego dzieło twórcy „Chłopców z ferajny” Martina Scorsese z podobnych powodów. Film opowiada historię maklera giełdowego, Jordana Belforta (Leonardo Di Caprio), który nie dba o nic oprócz pieniędzy i osobistej satysfakcji. Jego maklerski start-up Long Island zaczyna się, kiedy on i jego wspólnicy naciskają na inwestorów, manipulując nimi, że mogą się szybko wzbogacić poprzez inwestowanie w rzekomo perspektywiczne kompanie, które są tak naprawdę trefne. Belfort zdobywa masę pieniędzy przy pomocy stron trzecich namawiając ludzi do inwestowania w niektóre firmy, których akcje wypuszcza i ukrywa zyski na kontach szwajcarskich.

W międzyczasie, Belford i jego koledzy, w swoim pożądaniu pieniędzy doprowadzają się szybko do kompletnie dekadenckiego stylu życia, pozbawionego jakichkolwiek zahamować, przy ciągłym towarzystwie seksu i narkotyków.

Podobnie jak „Chłopcy z ferajny” nigdy nie przyznały mafii wartościowych usług, który, jak wierzył Rothbard, historycznie wykonywała, „Wilk z Wall Street” nie uznaje zasadniczych zasług, które oddają maklerzy w gospodarce rynkowej. Postać grana przez Matthew McConaugheta, która, podobnie jak Alec Baldwin w „Glengarry Glen Ross” pojawia się tylko raz, na początku, aby dokonać niezapomnianego przemówienia wychwalającego chciwość, twierdzi, że maklerzy niczego nie tworzą, ale tylko bezużytecznie przenoszą pieniądze z miejsca na miejsce, zabierając przy tym część dla siebie. W tym momencie niektórzy libertarianie mogliby się zbierać do wyjścia z kina w przekonaniu, że reszta filmu będzie atakiem na kapitalizm. Jednak byłby to błędem i krytyka filmu za wypowiedź tej postaci również jest błędem, podobnie jak niesłuszna było krytyka „Chłopców z ferajny” w wykonaniu Rothbarda.

Rothbard nie zauważył, że „Chłopcy z ferajny”, w przeciwieństwie do „Ojca chrzestnego”, to prawdziwa historia. Ci ludzie robili takie rzeczy, w mniejszym lub większym stopniu. W rzeczywistości, mafia nie tylko angażuje się w heroiczną obronę niezależnego stylu życia, poprzez dostarczanie czarnorynkowych dóbr i usług, ale angażuje się też w kradzieże, oszustwa ubezpieczeniowe, haracze, zabójstwa i inne rodzaje bandytyzmu. I kto prowadzi tę działalność? Bandyci, oczywiście; miernoty, które widzą gangsterkę jako szansę stania się kimś wielkim, jak Henry Hill grany przez Raya Liottę oraz psychopaci, którzy widzą tam ujście dla swoich brutalnych skłonności, jak grany przez Joe Pesci’ego Tommy DeVito (jeśli chcemy rozpatrywać ten film z wolnościowego punktu widzenia możemy zaobserwować, że rząd przyciąga podobnych osobników z tych samych powodów).

Gdziekolwiek chcesz zobaczyć film ukazujących prawdziwe, pełne przemocy życie, tak to właśnie będzie wyglądać. Obiektywiści, zakładam, stwierdziliby, że sztuka nie powinna przedstawiać czegoś tak brzydkiego, ale powinna ukazywać w człowieku to, co w nim najlepsze – więc oni nie chcieliby pewnie tego oglądać. Ale według mnie warto uzyskać wgląd w to, jak tacy ludzie myślą i żyją – i Scorsese nie mógł zrobić tego lepiej, niż opowiadając tę historię. Ciężko więc zarzucić coś „Chłopcom z ferajny”.

„Wilk z Wall Street” nie jest takim arcydziełem jak „Chłopcy z ferajny”, jednak pochwalam go z podobnych powodów. Również jest oparty na mniej lub bardziej prawdziwej historii. Nie wiemy, który fakty z życia Belforta zostały zafałszowane lub wyolbrzymione w jego pamiętnikach, na na czym opiera się film – gdyby ukazane orgie biurowe rzeczywiście miały miejsce, można by pomyśleć, że pozwy odnośnie wrogiego środowiska pracy zamknęłyby to miejsce, zanim zrobiłoby to FBI.

I nie ma wątpliwości, że wizerunki maklerów, których poglądy niewiele różnią się w filmie od McConaugheya, zostały lekko nadszarpnięte. Chociaż większość z nich to nie są ekonomiści, więc dlaczego mieliby rozumieć, jak ważną rolę odgrywają i jak działa gospodarka – poza tym, co jest im niezbędne do wykonywania swojej pracy? I w rzeczywistości mamy tam wielki chaos, w którym sprytni sprzedawcy wciskają trefne akcje nieświadomym ludziom. Libertarianie nie są zobowiązani do pochwalania takich rzeczy lub udawania, że one nie istnieją. Możemy za to wskazać, że są one wyjątkiem i nie mogą trwać zbyt długo w prawdziwej gospodarce rynkowej.

Więc co jest złego w robieniu filmu o takich ludziach? Nic, tak długo, jak utrzymuje on zainteresowanie widza i nie próbuje obrać szerszego punktu widzenia, twierdzącego, że cała giełda jest zła.

„Wilk z Wall Street” przechodzi ten test. Są niejasne aluzje do roli „jednego procenta” (najbogatszych – przyp. tł.) i roli Wall Street w naszych ostatnich problemach gospodarczych, ale nie ma agitacji, oprócz pokazania oczywistych faktów, że chciwość może doprowadzić ludzi do krótkowzroczności i okrucieństwa. Więc nie sądzę, żeby film był szczególnie naganny z wolnościowej perspektywy.

Z artystycznego punktu widzenia, jest tu miejsce do dyskusji. Można mieć poczucia, że film aspiruje do bycia „Chłopcami z ferajny” w świecie finansów, ale mu to nie wychodzi. Podobnie jak „Chłopcy ferajny” otwiera się podglądem na późniejszą scenę filmu. Również wykorzystuje efekt stop-klatki, znany każdemu, kto wdział „Chłopców z ferajny”. Można powiedzieć, że Scorsese próbuje odtworzyć efekt z tamtego filmu, ale nie do końca mu się to udało.

Chociaż opowieść w szerokim ujęciu może być prawdą, wiele szczegółów zalatuje fałszem. Bohaterowie zbyt szybko zmieniając się z przeciętniaków w skandalistów, a sceny biurowe wydają się nieprawdopodobne w latach 80. i 90., niedługo po powstaniu pozwów o molestowanie seksualne i politycznej poprawności. Podczas gdy „Chłopcy z ferajny” pokazywali włosko-amerykańską subkulturę, którą Scorsese znał z pierwszej ręki, świata „Wilka” może się on tylko domyślać.

Mimo to, jeśli nie razi cię film, który ukazuje przestępczość i ludzi anagażujących się w nią, warto go zobaczyć. DiCaprio zagrał wspaniale, jak zawsze zresztą; również bardzo dobrze wypadł Jonah Hill, jako jego nieudolny partner. Pomimo pewnej przesady doceniam ukazanie tego, jak ludzie mogą się zachowywać – wbrew swoim dalekowzrocznym interesom – kiedy wierzą, że odkryli drogę do bogactwa i szczęścia. Drogę, która nie wymaga od nich myślenie o tym, jakie konsekwencje będą musieli ponieść.

Tłumaczenie: seeker
za http://bastiat.mises.org/2014/01/review-the-wolf-of-wall-street/

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress