A A + -

Realistyczny libertarianizm

5 sierpnia 2016 Artykuły, Libertarianizm

Autor: Hans-Hermann Hoppe
Źródło: lewrockwell.com
Tłumaczenie: Przemysław Hankus

„Libertarianizm jest logicznie spójny z niemal każdą postawą względem kultury, społeczeństwa, religii lub zasad moralnych. Na gruncie czystej logiki doktryna polityczna libertarianizmu może zostać oczyszczona z wszelkich pozostałych czynników; logicznie rzecz ujmując można być – i w rzeczy samej większość libertarian jest: hedonistą, libertynem, osobą niemoralną, bojowniczym wrogiem religii w ogólności a chrześcijaństwa w szczególności – i w dalszym ciągu być konsekwentnym zwolennikiem libertariańskich idei. W rzeczywistości, na gruncie czystej logiki, można być konsekwentnym miłośnikiem, wyznawcą praw własności prywatnej na gruncie politycznym oraz być żebrakiem, naciągaczem i drobnym kanciarzem i oszustem na poziomie praktycznym, jak to miało miejsce w przypadku bardzo dużej liczby libertarian. Na gruncie czysto logicznym można robić te rzeczy, lecz psychologicznie, socjologicznie i w praktyce, to po prostu tak nie działa[1]. [podkreślenie moje – HHH]

Zacznę  od kilku uwag na temat libertarianizmu jako teorii dedukcyjnej w czystej postaci.

Gdyby na świecie nie występowała rzadkość [dóbr], konflikty byłyby niemożliwe. Konflikty międzyludzkie zawsze i wszędzie są konfliktami o rzadkie zasoby. Gdy ja chcę zrobić z danym dobrem X, ty chcesz zrobić z tym samym dobrem Y.Z powodu tego rodzaju konfliktów – oraz z uwagi na to, że jesteśmy w stanie argumentować i komunikować się między sobą – poszukujemy norm zachowań, które mają na celu uniknięcie tego rodzaju konfliktów. Celem norm jest unikanie konfliktów. Gdybyśmy nie chcieli ich unikania, poszukiwanie norm postępowania byłoby bezsensowne. Po prostu walczylibyśmy ze sobą.

W sytuacji braku idealnej harmonii wszystkich interesów, konfliktów o rzadkie zasoby można uniknąć jedynie wtedy, gdy wszystkie rzadkie zasoby są przypisane jako prywatna, wyłączna własność pewnych określonych jednostek. Jedynie wówczas mogę działać z zastosowaniem moich własnych dóbr w sposób niezależny  od innych, którzy działają używając ich dóbr, gdzie obie strony nie wchodzą ze sobą w konflikt.

Jednak kto posiada rzadkie zasoby jako swoją własność prywatną, a kto nie? Po pierwsze, każda osoba jest właścicielem swojego ciała i jedynie ona, a nie ktoś inny, kontroluje je bezpośrednio (mogę kontrolować cudze ciało jedynie pośrednio, uprzednio kontrolując moje ciało i vice versa), oraz wyłącznie ona bezpośrednio kontroluje je w szczególności, kiedy dyskutuje i argumentuje na dany temat. W przeciwnym przypadku, gdyby tytuł własności do ciała był przypisany jakiejś osobie kontrolującej ciało (body-controller), konflikt byłby nieunikniony, jako że bezpośredni kontroler ciała nie mógłby zrzec się swojej bezpośredniej kontroli nad swoim ciałem dopóty, dopóki żyje. W przeciwnym przypadku niemożliwym byłoby, aby dowolne dwie osoby, jako uczestnicy dowolnego sporu o własność, kiedykolwiek argumentowały i debatowały na temat tego, czyja wola i racja przeważy, ponieważ argumentowanie i debatowanie zakłada, że zarówno zwolennik, jak i oponent, mają wyłączną kontrolę nad ich ciałami, w związku z czym dochodzą samodzielnie, nie walcząc ze sobą, do prawidłowych sądów (w bezkonfliktowej postaci interakcji).

Po drugie, jako że rzadkie zasoby mogą być kontrolowane jedynie pośrednio (muszą być wzięte w posiadanie za pomocą naszych własnych, danych przez naturę, tj. nieposiadanych wcześniej, ciał), wyłączna kontrola (własność) jest nabywana przez i przypisana tej osobie, która wzięła dane dobro w posiadanie jako pierwsza, lub która nabyła je w wyniku dobrowolnej (bezkonfliktowej) wymiany  od jego poprzedniego właściciela. Jedynie ten, kto jako pierwszy przywłaszczył dane dobro (the first appropriator) (oraz wszyscy następni właściciele, powiązani z nim łańcuchem dobrowolnych wymian), może zdobyć i uzyskać nad nim kontrolę bez popadania w konflikt, tj. pokojowo. W przeciwnym razie, gdyby wyłączna kontrola była przypisana spóźnionym (latecomers), konfliktu nie dałoby się uniknąć. W przeciwieństwie do podstawowego celu norm, stałby się on nieunikniony i permanentny.

Chciałbym podkreślić, że uważam tę teorię za niepodważalną, za a priori prawdziwą. W mojej ocenie teoria ta reprezentuje jedno z największych – jeśli nie największe – osiągnięć myśli społecznej. Formułuje i kodyfikuje ona niezmienne, podstawowe zasady dla wszystkich ludzi, w każdym miejscu, w którym chcą żyć wspólnie i pokojowo.

Mimo to teoria ta nie mówi nam zbyt wiele na temat rzeczywistości. Mówi nam, że wszystkie społeczności, na tyle, na ile charakteryzują je pokojowe stosunki, świadomie lub podświadomie przestrzegają tych reguł i w związku z tym kierują się racjonalnymi przesłankami. Nie mówi nam jednak ani do jakiego stopnia tak właśnie jest, ani – nawet gdyby przestrzeganie tych reguł było całościowe – jak faktycznie ludzie by ze sobą żyli. Nie mówi nam jak blisko lub jak daleko  od siebie by żyli; czy, kiedy, jak często i na jak długo, z jakich powodów wchodziliby ze sobą w interakcje etc. By posłużyć się analogią: znajomość teorii libertariańskiej – zasad pokojowych interakcji – jest jak znajomość reguł logiki – reguł poprawnego myślenia i rozumowania. Jednakże, podobnie jak wiedza z zakresu logiki, niezbędna dla poprawnego myślenia, nie mówi nam nic o obecnym stanie ludzkiej myśli, o aktualnych słowach, koncepcjach, argumentach, używanych i powstających wnioskach i konkluzjach, tak logika pokojowych interakcji (libertarianizm) nie mówi nam nic o obecnym ludzkim życiu i ludzkim działaniu. Zatem tak, jak każdy logik, który pragnie zrobić dobry użytek ze swojej wiedzy, musi skierować swoją uwagę na rzeczywistą myśl i rozumowanie, tak każdy libertariański teoretyk musi skierować swoją uwagę na działania rzeczywistych ludzi. Zamiast być jedynie teoretykiem, musi również stać się socjologiem i psychologiem i wziąć pod uwagę „empiryczną” społeczną rzeczywistość, tj. świat taki, jakim jest.

Prowadzi mnie to do tematu „lewicy” i „prawicy”.

Różnica między prawicą a lewicą, jak częstokroć odnotowywał to Paul Gottfried, polega na fundamentalnej niezgodności co do kwestii empirycznej. Prawica uznaje jako fakt istnienie indywidualnych różnic i różnorodności między ludźmi i akceptuje je jako naturalne, podczas gdy lewica zaprzecza istnieniu takich różnic i różnorodności lub stara się je wyjaśnić, w każdym przypadku postrzegając je jako coś nienaturalnego, co musi zostać skorygowane, by ustanowić naturalny stan ludzkiej równości.

Prawica uznaje istnienie indywidualnych różnic między ludźmi nie tylko w odniesieniu do fizycznego położenia i kształtu (make-up) ludzkiego otoczenia oraz indywidualnych ludzkich ciał (ich wysokości, siły, wagi, wieku, płci, koloru skóry, włosów lub oczu, cech twarzy etc., etc.). Co ważniejsze, prawica uznaje również istnienie różnic w umysłowej, psychicznej naturze ludzi (make-up of people), tj. w ich zdolnościach poznawczych, talentach, usposobieniu i motywacjach. Uznaje istnienie bystrych i tępych, mądrych i głupich, krótko- i dalekowzrocznych, pracowitych i leniwych, agresywnych i pokojowych, pomysłowych i prostodusznych, impulsywnych i cierpliwych, dokładnych i niedbałych ludzi, etc., etc. Prawica uznaje, że owe psychiczne różnice spowodowane są czynnikami zarówno środowiskowymi, jak i fizjologicznymi i biologicznymi. Ponadto, prawica uznaje, że ludzie są ze sobą powiązani (lub odseparowani  od siebie) zarówno fizycznie w przestrzeni geograficznej, jak i emocjonalnie poprzez więzy krwi (biologiczne związki i podobieństwa), język i religię, a także zwyczaje i tradycje. Co więcej, prawica nie tylko uznaje istnienie tych różnic i tej różnorodności. Zdaje sobie również sprawę z tego, że różne nakłady dadzą ponownie różne rezultaty, skutkujące tym, że jedni ludzie będą mieli więcej lub mniej własności, że jedni będą bogaci a drudzy biedni, oraz że jedni będą posiadali wyższy a drudzy niższy status społeczny, pozycję, wpływ lub autorytet. Prawica akceptuje również owe różne rezultaty różnych nakładów jako normalne i naturalne.

Lewica z kolei jest przekonana o fundamentalnej równości ludzi, o tym, że wszyscy ludzie są „stworzeni równymi”. Nie zaprzecza oczywiście temu, co oczywiste: że istnieją środowiskowe i fizjologiczne różnice, tj. że pewni ludzie żyją na obszarach górskich a inni na przybrzeżnych lub że niektórzy ludzie są wysocy a inni niscy, niektórzy biali a inni czarni, niektórzy są mężczyznami a inni kobietami itd. Jednak lewica zaprzecza istnieniu różnic psychicznych lub, jako że jak dotąd są one zbyt oczywiste, by mogły zostać w całości odrzucone, stara się wytłumaczyć je jako „przypadkowe”. Oznacza to, że lewica albo tłumaczy te różnice jako zdeterminowane jedynie środowiskowo, tzn. że zmiana warunków środowiskowych (przykładowo przeniesienie się danej osoby z obszaru górskiego na obszar nadmorski i vice versa lub poświęcenie każdej osobie takiej samej uwagi przed i po urodzeniu) da taki sam rezultat, zaprzeczając również temu, że owe różnice spowodowane są (również) przez pewne – względnie skomplikowane i zawiłe – czynniki biologiczne, albo, w tych przypadkach, w których nie da się zaprzeczyć temu, że czynniki biologiczne odgrywają rolę w determinowaniu czyjegoś życiowego sukcesu lub życiowej porażki (pieniądze i sława), jak niemożność zdobycia złotego medalu olimpijskiego w sprincie przez dwumetrowego człowieka czy wygrania konkursu Miss Universe przez grubą i brzydką dziewczynę, lewica tłumaczy i postrzega te różnice jako zwykłe szczęście, a rezultaty indywidualnych sukcesów lub porażek jako niezasłużone. W dowolnym przypadku, czy to spowodowanym przez korzystne bądź niekorzystne warunki środowiskowe lub cechy biologiczne, wszelkie indywidualne różnice między ludźmi powinni zostać wyrównane. Tam, gdzie nie da się tego uczynić dosłownie, jako że nie możemy przenieść gór i mórz lub uczynić wysokich niskimi bądź czarnych białymi, lewica upiera się, że niezasługujący na swój los „szczęściarze” muszą zadośćuczynić tym, którzy „szczęścia nie mają” tak, aby każda osoba miała zapewniony „równy życiowy start”, w nawiązaniu do naturalnej równości wszystkich ludzi.

Po tej krótkiej charakterystyce prawicy i lewicy chciałbym teraz powrócić do tematu libertarianizmu. Czy teoria libertariańska jest kompatybilna z prawicowym postrzeganiem świata? Czy libertarianizm jest kompatybilny z poglądami lewicy?

Co do prawicy, odpowiedzią jest zdecydowane „tak”. Każdy libertarianin mający choćby mgliste pojęcie o rzeczywistości społecznej nie będzie miał żadnych trudności z uznaniem podstawowej prawdy prawicowego postrzegania świata. Może, a w świetle dowodów empirycznych musi, zgodzić się z prawicowym empirycznym twierdzeniem odnoszącym się do fundamentalnej, nie tylko fizycznej, ale i psychicznej, nierówności ludzi. Może również, w szczególności, zgodzić się z prawicowym twierdzeniem normatywnym o „laissez faire”, tj. że ta naturalna ludzka nierówność w sposób nieunikniony doprowadzi również do nierównych rezultatów, i że nic nie można oraz nie powinno się z tym robić.

Jednakże jest jedno istotne zastrzeżenie. Podczas gdy prawica może zaakceptować wszystkie ludzkie nierówności, czy to dotyczące punktów początkowych (starting-points) czy też rezultatów jako naturalne, libertarianin utrzymywałby, że jedynie te nierówności są naturalne i nie powinny być zaburzane, które powstały w wyniku przestrzegania wspomnianych na początku podstawowych zasad pokojowych interakcji międzyludzkich. Nierówności będące rezultatem naruszeń tych zasad wymagają jednakże działań naprawczych i powinny zostać wyeliminowane. Co więcej, libertarianin twierdziłby, że jest faktem empirycznym istnienie całkiem sporej liczby pośród niezliczonych, obserwowalnych ludzkich nierówności, które są rezultatem takich naruszeń zasad, jak zawdzięczanie swojej fortuny przez bogaczy nie ciężkiej pracy, przewidywalności, talentom przedsiębiorczym czy innym uzdolnieniom lub dobrowolnemu podarunkowi bądź dziedziczeniu, ale rabunkowi, oszustwu lub nadanemu przez państwo przywilejowi monopolistycznemu. Działanie naprawcze wymagane w tego typu sytuacjach nie może jednakże być motywowane egalitaryzmem, lecz pragnieniem restytucji: ten (i tylko ten), kto jest w stanie wykazać, że został okradziony, oszukany lub bezprawnie pozbawiony własności (disadvantaged), powinien otrzymać ją ponownie i w całości  od tych (i tylko  od tych), którzy dopuścili się tych przestępstw przeciwko niemu i jego własności, wliczając w to sytuacje, w których restytucja prowadziłaby do jeszcze większych nierówności (jak wtedy, gdy biedak oszukał bogatego, tym samym będąc winien mu restytucję).

Z drugiej strony, w przypadku lewicy odpowiedzią jest zdecydowane „nie”. Empiryczne twierdzenie lewicy, że nie istnieją znaczące psychiczne różnice między jednostkami oraz, przez implikację, pomiędzy różnymi grupami ludzi; że to, co wydaje się być tymi różnicami jest spowodowane wyłącznie czynnikami środowiskowymi i zanikłoby gdyby tylko środowisko było jednakowe [dla wszystkich], jest sprzeczne z codziennym, życiowym doświadczeniem i górą empirycznych badań społecznych. Ludzie nie są i nie mogą być uczynieni równymi. Cokolwiek ktoś starałby się uczynić w tej kwestii, nierówności i tak zawsze ponownie się wyłonią. Jednakże to ukryte normatywne twierdzenie i aktywistyczna agenda lewicy w szczególności czynią ją niekompatybilną z libertarianizmem. Lewicowy cel zrównania wszystkich lub wyrównania „rangi społecznej”, „statusu życiowego” każdemu jest niekompatybilny z własnością prywatną, zarówno w odniesieniu do czyjegoś ciała, jak i dóbr zewnętrznych. W miejsce pokojowej współpracy przynosi niekończący się konflikt, prowadząc do zdecydowanie nieegalitarnego ustanowienia trwałej klasy rządzącej, władającej (lording) pozostałymi, by ich „materiały” zostały zrównane. „Jako że – jak sformułował to Murray Rothbard – nie ma dwóch jednakowych lub »równych« ludzi ani w dowolnym rozumieniu co do natury, ani co do rezultatów w dobrowolnej społeczności, by ustanowić i utrzymać taką równość, potrzeba narzucenia stałej elity wyposażonej i uzbrojonej w niszczącą siłę i przymus”[2].

Istnieje niezliczona ilość jednostkowych różnic między ludźmi; istnieje również nawet więcej różnic między różnymi grupami jednostek, jako że każda jednostka może przynależeć do niezliczonej ilości różnych grup. To rządząca elita określa, które z tych różnic, jednostkowe czy grupowe, mają być zaliczane jako korzystne i wynikające ze szczęścia albo jako niekorzystne i wynikające z jego braku. To rządząca elita określa jak – spośród niezliczonych możliwych sposobów – faktycznie przeprowadzić „zrównywanie” mających szczęście z niemającymi szczęścia, tj. określa co i jak wiele „wziąć”  od szczęściarzy i „dać” pechowcom, by osiągnąć równość. To rządząca elita, definiująca samą siebie jako pechowców, określa w szczególności co i jak wiele wziąć  od szczęściarzy i zatrzymać dla siebie. Jakiekolwiek wyrównanie zostanie wówczas osiągnięte, jako że niezliczona ilość nowych różnic i nierówności będzie się stale, ponownie pojawiała, praca na rzecz zrównywania (equalizing-job) ze strony rządzącej elity nigdy nie dotrze do naturalnego końca i musi być kontynuowana już zawsze, bez końca.

Jednakże egalitarne postrzeganie świata przez lewicę jest niekompatybilne nie tylko z libertarianizmem. Jest ono tak bardzo oderwane  od rzeczywistości, że można się zastanawiać, jak ktokolwiek może je brać na poważnie. Zwykły człowiek na ulicy z pewnością nie wierzy w równość wszystkich ludzi. Zwykły zdrowy rozsądek oraz solidne uprzedzenia stoją temu na przeszkodzie. Jestem nawet przekonany, że żaden z obecnych zwolenników egalitarnej doktryny rzeczywiście, głęboko [w sercu] nie wierzy w to, co głosi. Lecz jak w takim razie lewicowe postrzeganie świata stało się dominującą ideologią naszych czasów?

Przynajmniej dla libertarianina odpowiedź powinna być oczywista: egalitarna doktryna osiągnęła ten status nie dlatego, że jest prawdziwa, lecz dlatego, że dostarcza idealnej intelektualnej przykrywki dla dążeń w stronę totalitarnej kontroli społeczeństwa przez rządzącą elitę. Rządząca elita pozyskała zatem wsparcie „inteligencji” (lub „klasy paplającej”) (chattering class). Została wpisana na listę płac lub była w inny sposób subsydiowana, by w zamian dostarczyć pożądanego, egalitarnego przekazu (co do którego ma świadomość, że jest fałszywy, lecz jest niewyobrażalnie korzystny w kontekście szans na zatrudnienie). Najbardziej entuzjastycznych zwolenników egalitarnego nonsensu można znaleźć pośród klasy intelektualistów[3].

Mając na uwadze, że libertarianizm i egalitaryzm wyznawany przez lewicę są w oczywisty sposób niekompatybilne, musi wydać się zaskakującym – i jest to świadectwem wielkiej ideologicznej siły rządzących elit i ich nadwornych intelektualistów – że wielu z tych, którzy nazywają się dziś libertarianami, jest i uważa się za część lewicy. Jak to możliwe?

Tym, co ideologicznie jednoczy lewicowych libertarian, jest ich aktywne promowanie różnych „antydyskryminacyjnych” polityk oraz ich poparcie dla polityki „wolnej i niedyskryminacyjnej” imigracji[4].

Ci „libertarianie – odnotował Rothbard – namiętnie podzielają mniemanie, że podczas gdy każda jednostka może nie być »równa« każdej innej jednostce, to każda wyobrażalna grupa, grupa etniczna, rasa, płeć lub, w pewnych przypadkach, gatunek, są w zasadzie i muszą być uczynione »równymi« tak, że każda z nich ma »prawa«, które nie mogą zostać poddane ograniczeniom z powodu jakiejkolwiek formy »dyskryminacji«”[5].

W jaki jednak sposób można rozwiązać to antydyskryminacyjne stanowisko za pomocą własności prywatnej, którą wszyscy libertarianie w założeniu winni uznawać za kamień węgielny i fundament ich filozofii, który, bądź co bądź, oznacza wyłączną własność, a zatem logicznie pociąga za sobą dyskryminację?

Tradycyjni lewicowcy, rzecz jasna, nie mają takiego problemu. Nie myślą o własności prywatnej lub nie zastanawiają się nad nią. Jako że każdy jest równy, świat i wszystko co się na nim znajduje, należy do każdego jednakowo, w równym stopniu – każda własność jest własnością „wspólną” – i jako równy innym współwłaściciel świata każdy ma rzecz jasna równe „prawo dostępu” wszędzie i do wszystkiego. Jednakże w sytuacji braku idealnej harmonii interesów nie można dać każdemu równej własności i równego dostępu do wszystkiego i do każdego miejsca nie prowadząc do permanentnego konfliktu. Tak więc, by uniknąć tego kłopotliwego położenia, potrzebne jest wprowadzenie państwa, tj. terytorialnego monopolu na ostateczne podejmowanie decyzji. „Własność wspólna” wymaga państwa i staje się „własnością państwową”. Ostatecznie to państwo określa nie tylko, co kto posiada; to również państwo ostatecznie określa wówczas przestrzenną alokację i rozmieszczenie wszystkich ludzi: gdzie kto ma mieszkać, z kim może się spotykać oraz do kogo mieć dostęp – a własność prywatna zostaje potępiona. Zresztą, to oni, lewicowcy, będą kontrolowali państwo.

Jednak ta droga ucieczki nie jest otwarta dla każdego, kto nazywa siebie samego libertarianinem. Taka osoba musi traktować własność prywatną poważnie.

Psychologicznie i socjologicznie, pociąg libertarian do polityk niedyskryminacyjnych można wyjaśnić poprzez fakt, że nieproporcjonalnie duża liczba libertarian nigdy tu nie pasowała – lub, używając opisu Rothbarda, to „hedoniści, libertyni, ludzie niemoralni, wojowniczy przeciwnicy religii, pasożyty, naciągacze oraz drobni kanciarze, bandziory i oszuści” – którzy zostali przyciągnięci do libertarianizmu z powodu jego rzekomej „tolerancji” względem niedopasowanych i czarnych owiec, którzy pragną teraz użyć go jako narzędzia do uwolnienia siebie samych  od wszelkiej dyskryminacji, dotykającej im podobnych w codziennym życiu. Jak jednak dokonują tego „logicznie”? Lewicowi libertarianie, libertarianie o krwawiących sercach (bleeding heart libertarians) i humanitarno-kosmopolityczni libertarianie nie są zwykłymi lewicowcami. Zdają sobie sprawę z ważności i centralnej roli własności prywatnej. Lecz w jaki sposób mogą pozornie logicznie pogodzić pojęcie własności prywatnej z promowanymi przez nich politykami antydyskryminacyjnymi, w szczególności z propagowaniem przez nich polityki wolnej  od dyskryminacji imigracji?

Krótka odpowiedź brzmi: poddając każdą obecną własność prywatną i jej dystrybucję między różnymi ludźmi w moralną wątpliwość. Twierdzeniem tym lewicowi libertarianie popadają w odwrotny rodzaj błędu, popełnianego przez nielibertariańską prawicę. Jak zaznaczono, nielibertariańska prawica popełnia błąd uznawania wszystkich (lub prawie wszystkich) obecnych tytułów własnościowych, w tym w szczególności również tytułów własnościowych państwa, jako naturalnych i sprawiedliwych. W odróżnieniu i w opozycji do niej libertarianin uzna i podkreślał będzie, że niektóre z obecnych zasobów własności oraz wszystkie (lub co najmniej większość) państwowych zasobów własności są ewidentnie nienaturalne i niesprawiedliwe i jako takie wymagają restytucji i rekompensaty. Lewicowi libertarianie twierdzą, wręcz przeciwnie, że nie tylko wszystkie lub prawie wszystkie państwowe zasoby własności są nienaturalne i niesprawiedliwe (z uznania tego czerpią swój tytuł „libertarianina”), ale również, że wszystkie lub prawie wszystkie prywatne zasoby własności są nienaturalne i niesprawiedliwe. Na poparcie tego drugiego twierdzenia przywołują fakt, że wszystkie obecne prywatne zasoby własności i ich dystrybucja między różnymi ludźmi zostały zaburzone, zmienione i zniekształcone przez wcześniejsze działanie państwa i ustawodawstwo, oraz że wszystko wyglądałoby inaczej, i  że nikt nie znajdowałby się w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, które obecnie zajmuje, gdyby nie wcześniejsze państwowe ingerencje.

Bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że ta obserwacja jest poprawna. Państwo w swojej długiej historii uczyniło niektórych ludzi bogatszymi a innych biedniejszymi niż byliby czy mogliby być w przeciwnym przypadku. Pewni ludzie zginęli z ręki państwa a inni zostali ocaleni. Państwo przenosiło ludzi z miejsca na miejsce. Promowało pewne zawody, gałęzie przemysłu lub regiony, zapobiegając, opóźniając bądź zmieniając rozwój innych. Pewnym ludziom nadało przywileje i monopole, prawnie dyskryminując i działając na niekorzyść innych i tak bez przerwy. Lista przeszłych niesprawiedliwości, wygranych i przegranych, sprawców i ofiar, jest listą niemającą końca.

Jednak z tego niezaprzeczalnego faktu nie wynika, że wszystkie lub prawie wszystkie obecne zasoby własności są moralnie podejrzane, i że potrzebne jest ich skorygowanie. Pewnym jest, że państwowa własność musi zostać zwrócona w formie restytucji, ponieważ została niesprawiedliwie nabyta. Powinna zostać zwrócona jej pierwotnym (naturalnym) właścicielom, tj. ludziom (lub ich potomkom i spadkobiercom), którzy zostali zmuszeni do „ufundowania” takiej „publicznej” własności, oddając część swojej własności prywatnej państwu. Nie zamierzam jednak rozwodzić się tutaj nad tą konkretną kwestią „prywatyzacji”[6]. Z pewnością nie jest prawdą jeszcze dalej idące twierdzenie, że przeszłe niesprawiedliwości poddają również wszystkie obecne prywatne zasoby własności w moralną wątpliwość. Faktem jest bowiem, że większość prywatnych zasobów własności zdaje się być sprawiedliwymi niezależnie  od ich historii – chyba że i z wyjątkiem takich przypadków, w których konkretny poszkodowany jest w stanie udowodnić, że takowymi nie są. Ciężar dowodu spoczywa jednakże na każdym, kto kwestionuje obecne tytuły własności i ich dystrybucję. Musi wykazać, że jest w posiadaniu starszego tytułu do danej własności niż jej obecny właściciel. W przeciwnym razie, jeśli poszkodowany nie jest w stanie tego udowodnić, wszystko pozostaje takim, jakim jest obecnie.

Lub, by być bardziej precyzyjnym i realistycznym: z faktu, że Piotr lub Paweł lub ich rodzice, jako członkowie dowolnej wyobrażalnej grupy ludzi, zostali zamordowani, przesiedleni, okradzieni, postrzeleni bądź prawnie dyskryminowani w przeszłości, a ich obecne zasoby własności i pozycja społeczna byłyby inne, gdyby nie przeszłe tego typu niesprawiedliwości, nie wynika, że dowolny obecny członek tej grupy posiada usprawiedliwione roszczenie (kompensacyjne) względem obecnej własności kogokolwiek innego (niezależnie czy z, czy spoza jego grupy). W każdej sprawie to raczej Piotr lub Paweł musiałby wykazać, że to on osobiście posiada lepszy, ponieważ starszy, tytuł własności do określonej części własności niż pewien obecny, nazwany i zidentyfikowany właściciel i rzekomy sprawca. Z pewnością istnieje znaczna ilość spraw, w których można by tego dokonać, gdzie restytucja i rekompensata są należne. Z pewnością, z ciężarem dowodu spoczywającym na dowolnej osobie kwestionującej dowolny akt obecnej dystrybucji własności, niewiele można jednak skorzystać z dowolnej niedyskryminacyjno-egalitarnej agendy. Przeciwnie, we współczesnym zachodnim świecie, pełnym praw o „akcji afirmatywnej”, które przyznają prawne przywileje różnym „grupom chronionym” na koszt wielu różnych innych, analogicznie niechronionych i dyskryminowanych grup, pojawi się więcej – a nie mniej – dyskryminacji i nierówności, jeśli, czego wymaga sprawiedliwość, każdy, kto faktycznie może dostarczyć taki indywidualny dowód swojej krzywdy, był rzeczywiście uprawniony przez państwo by to uczynić, wszczynając proces i domagając się zadośćuczynienia ze strony tego, kto go skrzywdził.

Jednak lewicowi libertarianie – libertarianie o krwawiących sercach i humanitarno-kosmopolityczni libertarianie – nie są znani jako „wojownicy” walczący przeciwko „akcji afirmatywnej”. Przeciwnie: po to, by dojść do wniosku, do którego pragną dojść, raczej osłabiają lub całkowicie zawieszają wymóg, aby osoba pragnąca udowodnić, że jest ofiarą, przedstawiła zindywidualizowany dowód w tej sprawie. Zwyczajowo, by podtrzymać swój intelektualny status jako libertarianie, lewicowi libertarianie robią to po cichu, niejawnie lub nawet nieświadomie, lecz w efekcie rezygnując z podstawowego wymogu sprawiedliwości, zastępują własność prywatną, prawa własności i prawa regulujące naruszenia tych praw, mętnym pojęciem „praw obywatelskich” oraz „naruszeń praw obywatelskich”, a prawa indywidualne zastępują „prawami grupowymi”, stając się tym samym osobami utrzymującymi swój socjalizm w tajemnicy, socjalistami z szafy (closet-socialists). Mając na uwadze, że to państwo zaburzyło i zniekształciło wszystkie prywatne tytuły własności i ich dystrybucję, lecz bez wymogu zindywidualizowanego dowodu bycia ofiarą, każdy i każda wyobrażalna grupa mogą w łatwy sposób i bez większego intelektualnego wysiłku stwierdzić jakiś rodzaj „pokrzywdzenia” (victimhood) vis-à-vis kogokolwiek innego lub innej grupy[7].

Uwolnieni  od ciężaru dostarczenia zindywidualizowanego dowodu bycia ofiarą, lewicowi libertarianie są właściwie nieograniczeni w „odkrywaniu” przez nich nowych „ofiar” i „oprawców” zgodnie z ich własnymi, zakładanymi, egalitarnymi założeniami. Trzeba im oddać, że uznają oni państwo za instytucjonalnego oprawcę i gwałciciela praw własności prywatnej (ponownie, z tego czerpią swój tytuł do bycia „libertarianami”). Widzą jednak znacznie więcej instytucjonalnych i strukturalnych niesprawiedliwości i społecznych zniekształceń, znacznie więcej ofiar i oprawców oraz znacznie większą potrzebę restytucji, rekompensaty i towarzyszącej im redystrybucji własności w obecnym świecie, niż jedynie te niesprawiedliwości i zniekształcenia popełnione i spowodowane przez państwo, które powinny zostać rozwiązane i skorygowane poprzez zmniejszanie, a w ostateczności zdemontowanie i sprywatyzowanie wszystkich państwowych aktywów i funkcji. Utrzymują oni, że nawet jeśli państwo zostałoby zdemontowane, zarówno trwałe efekty jego długiego wcześniejszego istnienia lub istnienia pewnych warunków przedpaństwowych, tak również inne instytucjonalne zniekształcenia pozostałyby w mocy. Wymagałoby to skorygowania, by stworzyć sprawiedliwe społeczeństwo.

Poglądy lewicowych libertarian w tej kwestii nie są jednakowe, jednak zwyczajowo niewiele różnią się one  od tych, które promowali kulturowi marksiści. Zakładają oni jako „naturalne”, bez większego lub jakiegokolwiek empirycznego wsparcia oraz wbrew przytłaczającemu materiałowi dowodowemu przeczącemu ich tezom, w znacznym stopniu „jednolite” i „horyzontalne” społeczeństwo „równych”, tj. istnienie w zasadzie uniwersalnie i na światową skalę homogenicznych, podobnie myślących i obdarzonych podobnymi umiejętnościami ludzi o mniej lub bardziej podobnym statusie społecznym i ekonomicznym. Uznają oni wszystkie systematyczne odchylenia  od tego modelu jako rezultat dyskryminacji i jako podstawę do pewnych form rekompensaty i restytucji. Hierarchiczna struktura tradycyjnych rodzin, role płciowe oraz podział pracy między mężczyznami a kobietami, są uznawane przez nich odpowiednio za nienaturalne. Istotnie, wszelkie społeczne hierarchie i tytuły wynikające z wertykalnej struktury władzy, takie jak głowy rodzin i szefowie klanów, patroni, szlachcice, arystokraci i królowie, biskupi i kardynałowie, generalnie rzecz biorąc „szefowie” oraz odpowiednio im podlegli, postrzegane są z podejrzliwością. Wszelkie ogromne lub „nadmierne” różnice w dochodach i bogactwie – w tzw. „sile ekonomicznej” – oraz istnienie zarówno uciskanej klasy niższej, jak i wyższej klasy obrzydliwie bogatych, również uznawane są przez nich za nienaturalne. Także wielkie przemysłowe i finansowe korporacje i konglomeraty uznawane są przez nich za sztuczne wytwory państwa. Podejrzane, nienaturalne i wymagające naprawy są także wszelkie ekskluzywne stowarzyszenia, społeczności, kongregacje, kościoły i kluby, oraz wszelka terytorialna segregacja, separacja i secesja, czy to oparte na klasie, płci, rasie, etniczności, pochodzeniu, języku, religii, zawodzie, zainteresowaniach, zwyczajach czy tradycji.

Z tego punktu widzenia łatwo jest zidentyfikować „ofiary” i „oprawców”. Okazuje się, że „ofiary” stanowią zdecydowaną większość rodzaju ludzkiego. Każdy i każda wyobrażalna grupa jest „ofiarą”, wyłączając tę niewielką część ludzkości składającą się z białych (w tym północnoazjatyckich), heteroseksualnych mężczyzn, żyjących w tradycyjnych, burżuazyjnych rodzinach. To oni, a w szczególności ci najbardziej kreatywni i odnoszący największe sukcesy (wyłączając, co ciekawe, jedynie bogatych sportowców czy gwiazdy przemysłu rozrywkowego), są „oprawcami” wszystkich pozostałych.

Takie postrzeganie historii ludzkości uderza swą dziwacznością w świetle niesamowitych, cywilizacyjnych osiągnięć i dokonań, mających swe źródło właśnie w tej mniejszościowej grupie „oprawców”, zbiegając się jednocześnie niemal w całości z propagowaną również przez kulturowych marksistów wiktymologią. Obie grupy różnią się jedynie co do przyczyn tego podobnie zidentyfikowanego, opisanego i potępianego „strukturalnego stanu pokrzywdzenia”. Dla kulturowych marksistów przyczynami takiego stanu rzeczy są własność prywatna i nieokiełznany kapitalizm oparty na prawach własności prywatnej. Odpowiedź na to, jak naprawić wyrządzone szkody, jest dla nich jasna i prosta. Wszelka wymagana restytucja, rekompensata i redystrybucja musi zostać wykonana przez państwo, przypuszczalnie przez nich kontrolowane.

Lewicowych libertarian taka odpowiedź nie satysfakcjonuje. W założeniu powinni być za własnością prywatną i prywatyzacją własności państwowej. Nie mogą powierzyć państwu zadania restytucji, ponieważ jako libertarianie w założeniu powinni demontować, a ostatecznie zlikwidować państwo. Jednak pragną oni więcej restytucji niż by to wynikało z prywatyzacji tzw. własności publicznej. Likwidacja państwa nie wystarczy im do stworzenia sprawiedliwego społeczeństwa. Potrzeba czegoś więcej, aby uczynić zadość wspomnianej przytłaczającej większości ofiar.

Ale czego? I na jakich podstawach? Gdy tylko istnieje zindywidualizowany dowód potwierdzający pokrzywdzenie, tj. gdy osoba A może wykazać, że osoba B naruszyła lub zabrała własność osoby A lub vice versa, nie ma żadnego problemu! Sprawa jest oczywista. Jednak w przypadku braku takiego dowodu, co takiego jeszcze „oprawcy” winni są swoim „ofiarom” i na jakich zasadach? W jaki sposób określić, jak wiele i czego ktoś jest komuś winien? Oraz jak wprowadzić ten model restytucji w przypadku braku państwa i tym samym bez podeptania czyichś praw własności prywatnej? Stanowi to kluczowy problem intelektualny dla każdego samozwańczego lewicowego libertarianina.

Nie jest zaskoczeniem, że udzielana przez nich odpowiedź na to wyzwanie okazuje się wymijająca i niejasna. Z tego, co udało mi się zebrać i ustalić, sprowadza się ona do niewiele więcej niż namawiania i przekonywania. Jak podsumował to zapalony obserwator sceny intelektualnej: „Bądź miły”! Bardziej precyzyjnie: Wy, grupko „oprawców”, musicie zawsze być szczególnie „mili”, pełni wybaczenia oraz inkluzyjni vis-a-vis wszystkich członków zdecydowanej większości „ofiar”, tj. długiej i znanej listy złożonej z każdego z wyjątkiem białych, heteroseksualnych mężczyzn! Wzmacniając przekaz: Wszyscy „oprawcy”, którzy nie okazują należytego szacunku niektórym z członków klasy ofiar, tj. oprawcy, którzy są „paskudni”, niezdolni do wybaczenia, wykluczający lub którzy mówią o członkach klasy ofiar „nieprzyzwoite”, pozbawione szacunku rzeczy, muszą być publicznie unikani, upokarzani i zhańbieni tak, że sami staną się posłuszni!

Na pierwszy rzut oka czy przy pierwszym zetknięciu się z tą propozycją jak dokonać restytucji, wydaje się ona – jak można oczekiwać, ponieważ pochodzi  od „miłych” ludzi” – dobra, gdzie dobra oznacza nieszkodliwa i po prostu „w porządku”. W rzeczywistości jednak wcale nie jest ona „dobrą” i nieszkodliwą propozycją. Jest błędna i niebezpieczna.

Po pierwsze, dlaczego ktoś powinien być w szczególny sposób miły względem innych – nie licząc poszanowania dla czyichś praw własności prywatnej do określonych, fizycznych środków (dóbr)? Bycie miłym jest zamierzonym, celowym działaniem i wymaga wysiłku, jak każde działanie. Istnieją koszty alternatywne. Ten sam wysiłek mógłby zostać włożony celem osiągnięcia innych rezultatów. Istotnie, wiele, jeśli nie większość naszych działań, podejmowanych jest w samotności i w ciszy, bez wchodzenia w bezpośrednią interakcję z innymi, jak ma to miejsce, gdy przygotowujemy swój posiłek, jedziemy naszym samochodem, czytamy coś lub piszemy. Czas przeznaczony na „bycie miłym dla innych” to czas stracony na wykonanie innych, być może bardziej wartościowych rzeczy. Co więcej, bycie miłym musi być uzasadnione. Dlaczego powinienem być miły dla tych, którzy są dla mnie niemili? Na bycie miłym trzeba zasłużyć. Bezmyślne bycie miłym zaciera i ostatecznie zamazuje rozróżnienie na cnotliwe, godne pochwały i błędne postępowanie. Zbyt wiele dobroci zostanie okazane tym, którzy na to nie zasługują, a zbyt mało tym, którzy na to zasłużyli. Ogólny poziom nieuprzejmości będzie stale wzrastał i życie publiczne stanie się coraz bardziej nieprzyjemne.

Co więcej, istnieją również naprawdę źli ludzie, wyrządzający w rzeczywistości wiele zła faktycznym posiadaczom własności prywatnej, w szczególności rządzące elity zarządzające państwowym aparatem, co musi przyznać każdy libertarianin. Z pewnością nikt nie ma żadnego obowiązku bycia dla nich miłym! Jednak, przyznając zdecydowanej większości „ofiar” dodatkową porcję miłości, troski, opieki i uwagi, osiąga się dokładnie to: mniej czasu i wysiłku poświęca się wskazywaniu na parszywe zachowania tych, którzy najbardziej na takie wskazanie zasługują. Siła państwa nie zostanie osłabiona powszechną „dobrocią”, a zostanie wręcz wzmocniona.

Dlaczego zatem w szczególności to niewielka mniejszość białych, heteroseksualnych mężczyzn, przede wszystkim jej odnoszący największe sukcesy członkowie, winna jest jakąś ekstra-życzliwość zdecydowanej większości pozostałych ludzi? Dlaczego nie na odwrót? Bądź co bądź większość, jeśli nie wszystkie, technologicznych wynalazków, maszyn, narzędzi i gadżetów, będących gdziekolwiek w użyciu,  od których zależy nasz poziom życia, w większości i w sposób decydujący zależała od i została zapoczątkowana przez nich. Pozostali, ogólnie rzecz biorąc, jedynie imitowali to, co oni wynaleźli i skonstruowali jako pierwsi. Pozostali odziedziczyli wiedzę zawartą w produktach innowatorów za darmo. Czyż typowa biała, hierarchiczna rodzina, składająca się z ojca, matki, ich dzieci i spodziewanych spadkobierców, z jej „burżuazyjnym” stylem życia i postępowania – tj. wszystkim, co lewica dyskredytuje i oczernia – nie jest tym, co okazało się ekonomicznie najbardziej udanym modelem społecznej organizacji jaki świat kiedykolwiek widział, z największą akumulacją dóbr kapitałowych (bogactwa) i najwyższym średnim standardem życia? Czyż nie jest jedynie dziełem wielkich gospodarczych osiągnięć tej mniejszości „oprawców” to, że stale rosnąca liczba „ofiar” mogła uczestniczyć w i czerpać korzyści z międzynarodowego podziału pracy?  I czyż nie jest jedynie dziełem sukcesu modelu tradycyjnej, białej, burżuazyjnej rodziny również to, że tzw. „alternatywne style życia” mogły w ogóle wyłonić się i z czasem utrzymywać? Czy większość dzisiejszych „ofiar” tym samym nie zawdzięcza swojego życia osiągnięciom i dokonaniom ich domniemanych „oprawców”?

Dlaczego „ofiary” nie miałyby obdarzyć szczególnym szacunkiem swoich „oprawców”? Dlaczego nie uhonorować w sposób szczególny gospodarczych osiągnięć i sukcesów zamiast honorowania porażek, oraz dlaczego szczególnie nie wychwalać tradycyjnych, „normalnych” stylów życia i postępowania zamiast wszelkich nienormalnych, alternatywnych, które wymagają, jako warunku koniecznego ich dalszego istnienia, uprzednio istniejącego, dominującego, otaczającego je społeczeństwa „normalnych” ludzi i „normalnych” stylów życia?

Za chwilę przejdę do oczywistej odpowiedzi na te retoryczne pytania. Wcześniej jednak musi zostać krótko omówiony drugi – strategiczny – błąd w poradach udzielanych przez lewicowych libertarian odnośnie szczególnej dobroci dla „historycznych ofiar”.

Interesującym jest, że grupy „ofiar” identyfikowane zarówno przez lewicowych libertarian, jak i kulturowych marksistów, różnią się nieznacznie, jeśli w ogóle,  od grup zidentyfikowanych jako „nieuprzywilejowane” i wymagające rekompensaty również ze strony państwa. Podczas gdy dla kulturowych marksistów nie stanowi to problemu i może zostać zinterpretowane jako wskaźnik stopnia kontroli, jaką już posiedli nad państwowym aparatem, dla lewicowych libertarian ta zbieżność powinna stanowić powód do intelektualnego niepokoju. Dlaczego państwo miałoby dążyć do tego samego lub podobnego celu, jakim jest „brak dyskryminacji” „ofiar” przez „oprawców”, który również oni chcą osiągnąć, z tym że innymi metodami? Lewicowi libertarianie są zwykle nieświadomi istnienia tej wątpliwości. Dla każdego z odrobiną zdrowego rozsądku odpowiedź winna być oczywista.

By uzyskać absolutną kontrolę nad każdą jednostką, państwo musi zastosować politykę divide et impera. Musi osłabiać, podkopywać i ostatecznie zniszczyć wszystkie pozostałe, konkurujące ośrodki władzy społecznej. Co najistotniejsze, musi osłabić tradycyjne, patriarchalne gospodarstwo domowe, a w szczególności niezależne i bogate gospodarstwa domowe, jako autonomiczne centra podejmowania decyzji, siejąc ziarna konfliktu i wprowadzając przepisy regulujące konflikty między żonami a mężami, dziećmi a ich rodzicami, kobietami a mężczyznami, bogatymi a biednymi. Również wszelkie hierarchiczne struktury i stanowiska we władzy społecznej, wszystkie ekskluzywne stowarzyszenia, oraz wszelkie osobiste przywiązanie i zobowiązania – czy to względem danej rodziny, społeczności, grupy etnicznej, plemienia, narodu, rasy, grupy językowej, religii, zwyczajów i tradycji – z wyjątkiem przywiązania do danego państwa jako mieszkaniec-obywatel i posiadacz paszportu, muszą zostać osłabione i w ostateczności zniszczone.

Nie ma lepszego sposobu, by to zrobić, niż uchwalenie antydyskryminacyjnych przepisów!

W rezultacie, wyjmując sp od prawa wszelką dyskryminację opartą na płci, orientacji seksualnej, wieku, rasie, religii, pochodzeniu, etc., etc., ogromna liczba osób zostaje certyfikowanymi przez państwo „ofiarami”. Antydyskryminacyjne przepisy są tym samym oficjalnym wezwaniem do wszystkich „ofiar”, by stwierdziły winę i zwróciły się do państwa ze skargą na ich „ulubionych” „oprawców”, w szczególności tych bogatszych spośród nich, oraz na ich „opresyjną” krecią robotę, tj. na ich „seksizm”, „homofobię”, „szowinizm”, „natywizm”, „rasizm”, „ksenofobię” czy cokolwiek, i by to państwo odpowiedziało na takie skargi ucierając „oprawcom” nosa, tj. by sukcesywnie pozbawiało ich własności i autorytetu, oraz by towarzyszyło temu poszerzanie i wzmacnianie jego (państwa) monopolistycznej siły vis-a-vis stale słabnącego, rozbijanego, rozczłonkowywanego i dehomogenizowanego społeczeństwa.

Zakrawa na ironię, że tym samym i wbrew głoszonym przez nich celom, jak zmniejszanie a nawet zlikwidowanie państwa, lewicowi libertarianie z ich osobliwą, egalitarną wiktymologią stają się wspólnikami państwa i skutecznie przyczyniają się do wzrostu jego siły. Istotnie, lewicowo-libertariańska wizja pozbawionego dyskryminacji multikulturowego społeczeństwa jest, by posłużyć się sformułowaniem Petera Brimelowa, viagrą dla państwa.

Prowadzi mnie to do ostatniej kwestii.

Rola lewicowego libertarianizmu jako viagry dla państwa staje się jeszcze bardziej oczywista, gdy rozważy się ich stanowisko względem coraz ostrzejszej kwestii migracji. Lewicowi libertarianie są zwykle zagorzałymi zwolennikami w szczególności polityki „wolnej i niedyskryminacyjnej” imigracji. Jeśli krytykują państwową politykę imigracyjną, to nie dlatego, że jej ograniczenia odnośnie dostępu są złymi ograniczeniami, tj. że nie służą one ochronie praw własności mieszkańców, ale za to, że wprowadza jakiekolwiek ograniczenia względem imigracji.

Jednak na jakich podstawach winno opierać się prawo do nieograniczonej, „wolnej” imigracji? Nikt nie ma prawa do przemieszczenia się w miejsce już zajmowane przez kogoś innego, o ile nie został uprzednio zaproszony przez obecnego posiadacza i użytkownika tego miejsca, tej nieruchomości. Jeśli wszystkie miejsca i nieruchomości są już zajęte, wszelka migracja jest migracją jedynie na zaproszenie. Prawo do „wolnej” imigracji istnieje jedynie w przypadku terenów dziewiczych, otwartych rubieży (open frontier).

Istnieją jedynie dwa sposoby dojścia do takiej konkluzji, podtrzymujące pojęcie „wolnej” imigracji. Pierwszym jest poddanie wszystkich obecnych posiadaczy i użytkowników ziemi oraz nieruchomości moralnemu podejrzeniu. W tym celu wiele czerpie się z faktu, że na każde aktualne użytkowanie ziemi wpływ miało wcześniejsze działanie państwa, wojna i podbój. Prawdą jest, że państwowe granice były ustanawiane i zmieniane, że ludzie byli przemieszczani, deportowani, zabijani i przesiedlani, oraz że finansowane przez państwo projekty infrastrukturalne (drogi, możliwość korzystania z transportu publicznego, etc., etc.) miały wpływ na wartość i relatywną cenę niemal wszystkich miejsc oraz zmieniły dystans do pokonania i koszty podróży między nimi. Jednak, jak zostało wyjaśnione w nieco innym kontekście, z tego niezaprzeczalnego faktu nie wynika, że dowolny posiadacz i użytkownik ziemi i nieruchomości ma prawo do migrowania do dowolnego innego miejsca (za wyjątkiem, rzecz jasna, przypadku, kiedy sam posiada tamto miejsce lub ma pozwolenie  od jego aktualnego właściciela). Świat nie należy do wszystkich.

Drugim możliwym wyjściem jest stwierdzenie, że wszelka tzw. własność publiczna – własność kontrolowana przez lokalny, regionalny lub centralny rząd – jest podobna do otwartych rubieży, z wolnym i nieograniczonym dostępem. Jest to jednak z pewnością błędne. Z faktu, że rządowa własność jest bezprawna, ponieważ opiera się na wcześniejszych wywłaszczeniach nie wynika, że jest niczyja i darmowa dla wszystkich. Została bowiem sfinansowana z lokalnych, regionalnych, narodowych czy federalnych płatności podatkowych i to płatnicy tych podatków, oni i tylko oni, są tym samym legalnymi właścicielami całej własności publicznej. Nie mogą efektywnie korzystać z tego prawa własności – z uwagi na to, że państwo rości sobie do niego prawo – jednak to oni są prawowitymi właścicielami.

W świecie, w którym wszystkie tereny są prywatną własnością, problem imigracji znika. Nie istnieje prawo do imigracji. Istnieje jedynie prawo do wymiany, kupna lub wynajęcia różnych miejsc i nieruchomości. Co jednak z imigracją w realnym świecie z administrowaną przez lokalne, regionalne lub centralne rządy własnością publiczną?

Po pierwsze: jakie byłyby polityki imigracyjne, gdyby państwo mogło, jak się to zakłada, działać na zasadzie powiernika posiadanej przez podatników własności prywatnej? Co z imigracją, gdyby państwo działało jak menadżer własności jakiejś wspólnoty, która jest wspólnotowo posiadana i finansowana przez członków spółdzielni mieszkaniowej lub zamkniętej wspólnoty?

Przynajmniej co do zasady odpowiedź jest jasna. Wytyczne działania powiernika odnośnie imigracji oparte byłyby na zasadzie „kosztu całkowitego”. Oznacza to, że imigrant lub zapraszający go rezydent powinien opłacić w całości koszty użytkowania przez imigranta wszystkich publicznych dóbr lub obiektów podczas jego pobytu. Koszt własności wspólnotowej sfinansowanej przez podatników-rezydentów nie powinien wzrosnąć ani jej jakość nie powinna spaść z powodu obecności imigrantów. Przeciwnie, jeśli to możliwe, obecność imigranta winna przynosić rezydentom-właścicielom zysk, czy to w postaci niższych podatków lub opłat wspólnotowych (community-fees), czy to w postaci wyższej jakości własności wspólnotowej (a więc i wyższej wartości okolicznych nieruchomości).

To, co zastosowanie zasady całkowitego kosztu oznaczałoby w szczegółach, zależy  od okoliczności historycznych, tj. w szczególności  od presji imigracyjnej. Jeśli presja ta jest niska, początkowy dostęp do publicznych dróg może być całkowicie nieograniczony dla „obcokrajowców” i wszelkie koszty przypisywane imigrantom są w pełni pokrywane przez rodzimych rezydentów w oczekiwaniu na wewnętrzne zyski. Wszelka dalej idąca dyskryminacja pozostawiona byłaby jednostkowym rezydentom-właścicielom (W znacznym stopniu przypomina to, przypadkiem, stan rzeczy, jaki miał miejsce na Zachodzie przed  I wojną światową). Jednak nawet wówczas ta sama hojność najprawdopodobniej nie zostałaby rozciągnięta na użytkowanie przez imigrantów publicznych szpitali, szkół, uniwersytetów, domów, basenów, parków, etc. Dostęp do takich obiektów nie byłby dla imigrantów „darmowy”. Przeciwnie,  od imigrantów żądano by wyższych opłat za ich użytkowanie niż  od krajowych rezydentów-właścicieli, którzy sfinansowali te obiekty po to, by obniżyć wewnętrzne obciążenia podatkowe. Jeśli tymczasowy gość-imigrant zechciałby zostać stałym rezydentem, oczekiwano by  od niego uiszczenia opłaty za przyjęcie, która zostałaby rozdysponowana (remitted) między obecnych właścicieli jako rekompensata za dodatkowe, nadprogramowe użycie ich wspólnotowej własności.

Z drugiej strony, jeśli presja imigracyjna jest wysoka – jak obecnie w całym Zachodnim, białym, heteroseksualnym, zdominowanym przez mężczyzn świecie – bardziej restrykcyjne środki mogą zostać zastosowane z tego samego powodu – ochrony prywatnej i wspólnotowej własności krajowych rezydentów-właścicieli. Możliwe są kontrole tożsamości nie tylko w punktach dostępu, ale również na szczeblu lokalnym po to, by nie wpuszczać znanych przestępców czy innej niepożądanej hołoty. Poza określonymi ograniczeniami nałożonymi na gości przez indywidualnych rezydentów-właścicieli w odniesieniu do użytkowania ich prywatnej własności, mogą również istnieć bardziej ogólne ograniczenia dostępu na poziomie lokalnym. Pewne szczególnie atrakcyjne społeczności mogą pobierać opłatę za wstęp  od każdego gościa (poza gośćmi zaproszonymi przez rezydentów), która będzie rozdysponowana między rezydentów-właścicieli, lub też mogą wymagać pewnego rodzaju postępowania względem własności wspólnotowej. Również wymagania względem możliwości uzyskania stałej rezydentury w pewnych społecznościach mogą być bardzo restrykcyjne, obejmując szczegółowe sprawdzanie oraz wysokie opłaty za przyjęcie, co ma miejsce dzisiaj w niektórych ze szwajcarskich kantonów.

Jednak, co oczywiste: państwo tak nie działa. Polityki imigracyjne państw, które są konfrontowane z najwyższą presją imigracyjną, zarówno USA, jak i Zachodniej Europy, w bardzo niewielkim stopniu przypominają działania powiernika. Nie stosują zasady kosztu całkowitego. Nie mówią imigrantom, że w zasadzie „albo płacą, albo odchodzą”. Przeciwnie, subsydiują imigrantów – czy raczej: zmuszają krajowych podatników do subsydiowania ich. W szczególności subsydiują oni także krajowych pracodawców, którzy importują tańszych, zagranicznych pracowników, ponieważ tacy pracodawcy mogą eksternalizować, przerzucać część całkowitych kosztów związanych z ich zatrudnieniem – darmowe użytkowanie przez ich pracowników wszelkiej publicznej własności i publicznych obiektów – na pozostałych krajowych podatników. W dalszym ciągu coraz bardziej subsydiują imigrację (wewnętrzną migrację) na koszt rezydentów-podatników, zakazując – poprzez antydyskryminacyjne przepisy – nie tylko wszelkich wewnętrznych, lokalnych ograniczeń dostępu, lecz również wszelkich ograniczeń dotyczących dostępu i korzystania z wszelkiej krajowej własności prywatnej.

W kwestii początkowego dostępu imigrantów, czy to jako gości, czy to jako rezydentów, państwa nie dyskryminują w oparciu o cechy indywidualne, jednostkowe (jak mógłby to robić powiernik, oraz jak mógłby to robić każdy prywatny właściciel nieruchomości w odniesieniu do jego własności), lecz w oparciu o grupy lub klasy ludzi, tj. w oparciu o narodowość, etniczność, etc. Nie stosują jednakowych standardów przyjęcia: sprawdzania tożsamości imigranta, przeprowadzenia rodzaju weryfikacji zdolności kredytowej czy możliwego obciążenia opłatą za wstęp. Zamiast tego wpuszczają pewne klasy obcokrajowców za darmo, bez żadnych wymogów wizowych, jak gdyby byli powracającymi rezydentami. Tym samym, przykładowo, Rumuni i Bułgarzy, bez względu na ich cechy indywidualne, jednostkowe, mogą w sposób wolny migrować do Niemiec lub Holandii i zostać tam, korzystając z wszystkich dóbr publicznych i obiektów, nawet jeśli nie zamierzają za nie płacić, żyjąc na koszt niemieckiego lub holenderskiego podatnika. Podobnie rzecz się ma w przypadku Portorykańczyków vis-à-vis USA i amerykańskich podatników, jak również Meksykanów, którzy faktycznie mogą dostać się do USA nielegalnie, jako osoby nieproszone i niezidentyfikowane, wkraczające na cudzy teren. Z drugiej strony, inne klasy obcokrajowców poddane są skrupulatnym ograniczeniom wizowym. Tym samym, dla przykładu, Turcy, ponownie bez względu na ich cechy indywidualne, jednostkowe, muszą przechodzić budzącą grozę procedurę wizową i mogą być całkowicie pozbawieni możliwości podróżowania do Niemiec lub Holandii, nawet jeśli zostali tam zaproszeni, oraz nawet jeśli dysponują wystarczającymi środkami, by opłacić wszelkie koszty związane z ich pobytem.

Rezydenci właściciele-podatnicy są tym samym krzywdzeni dwukrotnie: raz, przez nieprzemyślane włączanie pewnych klas imigrantów, nawet jeśli nie mogą za to zapłacić, a z drugiej strony przez nieprzemyślane wykluczanie innych klas imigrantów, nawet jeśli zapłacić mogą.

Lewicowi libertarianie nie krytykują takiej polityki imigracyjnej jako przeciwieństwa tej, którą prowadzi powiernik własności publicznej w ostateczności posiadanej przez prywatnych, krajowych podatników-właścicieli, tj. za niestosowanie zasady kosztu całkowitego a więc złej dyskryminacji, lecz krytykują ją za jakąkolwiek dyskryminację. Wolna, niedyskryminacyjna imigracja oznacza dla nich, że bezwizowe i stałe rezydowanie będzie dostępne dla każdego, tj. dla każdego potencjalnego imigranta na takich samych warunkach, niezależnie  od cech indywidualnych, jednostkowych czy  od zdolności do poniesienia całkowitego kosztu pobytu danej osoby. Każdy jest zaproszony i może pozostać, przykładowo, w Niemczech, Holandii, Szwajcarii lub USA i za darmo korzystać z wszelkich krajowych, publicznym obiektów i usług.

Należy jednak docenić, że lewicowi libertarianie dostrzegają pewne konsekwencje, jakie taka polityka miałaby w świecie teraźniejszym. W przypadku braku jakichkolwiek innych, wewnętrznych lub lokalnych ograniczeń dostępu dotyczących użytkowania krajowej własności publicznej i publicznych usług oraz braku wszelkich ograniczeń dostępu związanego z użytkowaniem krajowej własności prywatnej (z powodu niezliczonych antydyskryminacyjnych przepisów), możliwym do przewidzenia skutkiem będzie masowy napływ imigrantów z Trzeciego i Drugiego Świata do USA i Zachodniej Europy oraz szybkie załamanie się istniejących, krajowych systemów „opieki społecznej”. Podatki będą musiały zostać radykalnie podwyższone (powodując dalsze zmniejszenie produktywności gospodarki), a własność publiczna i publiczne usługi znacząco się pogorszą. Rezultatem będzie kryzys finansowy o nieporównywalnej skali.

Dlaczego zatem miałoby to być pożądanym celem kogokolwiek, kto nazywa siebie libertarianinem? To prawda, że finansowany z podatków publiczny system opieki powinien zostać zlikwidowany, wykorzeniony i wykarczowany. Jednak nieunikniony kryzys, który spowoduje polityka „wolnej” imigracji, nie prowadzi do takiego rezultatu. Wręcz przeciwnie: kryzysy, co wie każdy, choćby pobieżnie zaznajomiony z historią świata, zwyczajowo są używane i często świadomie i celowo wywoływane przez państwa po to, by jeszcze bardziej zwiększyć ich [państw] siłę. Z całą pewnością kryzys spowodowany polityką „wolnej” imigracji byłby czymś nadzwyczajnym.

Tym, co zwyczajowo ignorują lewicowi libertarianie w ich nonszalanckiej, a nawet pełnej sympatii pochwale dla przewidywalnych skutków kryzysu, jest fakt, iż imigranci, którzy spowodowali załamanie [gospodarcze], są w dalszym ciągu fizycznie obecni, gdy ma ono miejsce. Dla lewicowych libertarian, oddanych swym egalitarnym uprzedzeniom, fakt ten nie pociąga za sobą żadnego problemu. Dla nich wszyscy ludzie są mniej lub bardziej równi, a więc zwiększenie liczby imigrantów nie ma żadnego innego wpływu niż zwiększenie krajowej populacji via wyższy wskaźnik urodzeń. Jednak dla każdego społecznego realisty, a w zasadzie dla każdego zdroworozsądkowo myślącego człowieka, przesłanka ta jest w sposób oczywisty fałszywa i potencjalnie niebezpieczna. Milion więcej Nigeryjczyków lub Arabów mieszkających w Niemczech bądź milion więcej Meksykanów lub Hutu lub Tutsi przebywających w USA to coś całkiem innego niż milion więcej pochodzących z kraju (home-grown) Niemców czy Amerykanów. Z milionami migrantów z Trzeciego i Drugiego Świata obecnymi w momencie uderzenia kryzysu, w chwili gdy przestają być wypłacane [świadczenia], jest bardzo mało prawdopodobnym, że w rezultacie w sposób pokojowy wyłoni się ład naturalny, oparty na własności prywatnej. Jest raczej znacznie bardziej prawdopodobnym i niemal pewnym, że zamiast tego nastaną wojna domowa, grabież, wandalizm, plemienne lub etniczne walki gangów – i potrzeba silnego państwa (strong-man-State) stanie się coraz łatwiej i coraz bardziej dostrzegalna.

Dlaczego zatem, ktoś mógłby spytać, państwo nie stosuje lewicowo-libertariańskiej polityki „wolnej” imigracji i nie chwyta okazji oferowanych przez możliwy do przewidzenia kryzys, by zwiększyć swoją siłę? Poprzez swoje wewnętrzne niedyskryminacyjne polityki oraz poprzez aktualne polityki imigracyjne, państwo już zrobiło wiele, by podzielić krajową ludność i by zwiększyć swoją siłę. Polityka „wolnej imigracji” dodałaby kolejną, potężną dawkę niedyskryminacyjnego „multikulturalizmu”. Wzmocniłoby to jeszcze bardziej tendencję ku społecznej dehomogenizacji, społecznemu podziałowi i fragmentaryzacji oraz osłabiłoby tradycyjny, biały, heteroseksualny, zdominowany przez mężczyzn, „burżuazyjny” ład społeczny związany i utożsamiany z „Zachodem”.

Odpowiedź na pytanie „dlaczego nie?” wydaje się jednak prosta. W porównaniu z lewicowymi libertarianami, rządzące elity są w dalszym ciągu na tyle realistyczne, by zauważyć, że poza wielkimi możliwościami dla wzrostu państwa, możliwy do przewidzenia kryzys pociągnąłby również za sobą pewne niemożliwe do oszacowania ryzyka i mógłby doprowadzić do społecznych niepokojów na taką skalę, że nawet owe elity mogłyby zostać zmiecione i pozbawione władzy, i że mogłyby zostać zastąpione innymi, „zagranicznymi” elitami. Dlatego też rządzące elity podążają stopniowo, krok po kroku, po ich ścieżce ku „niedyskryminacyjnemu multikulturalizmowi”. Są jednak bardzo zadowolone z lewicowo-libertariańskiej propagandy „wolnej imigracji”, ponieważ pomaga ona państwu nie tylko pozostać na aktualnym kursie divide et impera, lecz również podążać nim coraz szybszym tempem.

W przeciwieństwie do ich antyetatystycznych oświadczeń, osobliwa wiktymologia lewicowych libertarian i jej żądanie niedyskryminacyjnej dobroci, inkluzyjności vis-a-vis długiej i znanej listy historycznych „ofiar”, w tym w szczególności również obcokrajowców jako potencjalnych imigrantów, w rzeczywistości okazuje się przepisem na dalszy wzrost siły państwa. Wiedzą to kulturowi marksiści i właśnie dlatego przyjęli dokładnie tą samą wiktymologię. Lewicowi libertarianie najwidoczniej tego nie wiedzą i są w ten oto sposób użytecznymi idiotami kulturowych marksistów w ich marszu ku totalitarnej, społecznej kontroli.

Przejdę do konkluzji i wrócę do libertarianizmu oraz tematu lewicy i prawicy – i tym samym ostatecznie do odpowiedzi na moje wcześniejsze retoryczne pytania, odnoszące się do osobliwej, lewicowej wiktymologii i jej znaczenia.

Nie można być konsekwentnym lewicowym libertarianinem, ponieważ doktryna lewicowego libertarianizmu, nawet jeśli w sposób niezamierzony, promuje cele etatystyczne, tj. nielibertariańskie. Wielu libertarian wyciągnęło z tego wniosek, że libertarianizm nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, że jest po prostu „wąski” libertarianizm. Nie akceptuję takiego wniosku. Najwyraźniej nie akceptował go również Murray Rothbard, gdy zakończył zaprezentowany na wstępie cytat, mówiąc: „lecz psychologicznie, socjologicznie i w praktyce, to po prostu tak nie działa”. W rzeczy samej, uważam się za prawicowego libertarianina – lub, jeśli zabrzmi to bardziej atrakcyjnie, realistycznego i zdroworozsądkowego libertarianina – i za kogoś konsekwentnego.

To prawda, że libertariańska doktryna jest czysto aprioryczną i dedukcyjną teorią i jako taka nie mówi nic lub nie implikuje niczego o konkurujących ze sobą roszczeniach prawicy i lewicy względem istnienia, zakresu i przyczyn ludzkich nierówności. Jest to bowiem zagadnienie empiryczne. Jednak względem tej kwestii lewica jest bardzo nierealistyczna, jest w błędzie i jest pozbawiona jakiegokolwiek zdrowego rozsądku, podczas gdy prawica ma rację, jest realistyczna i jest zasadniczo rozsądna. W rezultacie nie może być niczego złego w zastosowaniu poprawnej, apriorycznej teorii wyjaśniającej, że pokojowa współpraca międzyludzka jest możliwa, do realistycznego, tj. zasadniczo prawicowego, opisu świata. Jeśli tylko oprzemy się na poprawnych, empirycznych założeniach odnośnie człowieka, możliwym stanie się dojście do poprawnej oceny względem praktycznej implementacji i możliwości utrzymania libertariańskiego ładu społecznego.

Realistycznie rzecz ujmując, prawicowy libertarianin nie tylko dostrzega, że fizyczne i umysłowe zdolności są nierówno rozdystrybuowane pośród różnych jednostek wewnątrz każdej społeczności, oraz że tym samym każda społeczność będzie charakteryzowała się niezliczoną ilością nierówności, jak społeczna stratyfikacja i wielość stopni i stanowisk (rank orders) w zależności  od dokonań czy autorytetu. Dostrzega również, że takie zdolności są nierówno rozdystrybuowane pośród wielu różnych społeczności współistniejących na planecie, oraz że w rezultacie również świat jako całość charakteryzował się będzie regionalnymi i lokalnymi nierównościami, różnicami, stratyfikacją i stopniami. Tak, jak jednostki, również nie wszystkie społeczności są równe i dorównujące sobie nawzajem. Zauważa, że pośród tych nierówno rozdystrybuowanych zdolności, zarówno wewnątrz danej społeczności, jak i pomiędzy różnymi społecznościami, znajduje się również umysłowa zdolność rozpoznawania wymogów i korzyści z pokojowej współpracy. Dostrzega także, że postępowanie różnych regionalnych czy lokalnych [rządów] i ich rządzących elit, które wyłoniły się z różnych społeczeństw, może posłużyć jako dobry wskaźnik rożnych stopni odstępstwa  od uznania libertariańskich zasad w tych społecznościach.

Uściślając, realistycznie dostrzega on, że libertarianizm, jako system intelektualny, został wpierw opracowany i w sposób najpełniej rozwinięty na Zachodzie przez białych mężczyzn, w zdominowanych przez nich społecznościach. To w tych białych, heteroseksualnych, zdominowanych przez mężczyzn społeczeństwach stosowanie i adaptowanie się do libertariańskich zasad jest największe, a odstępstwa  od nich najmniej poważne (wskazywane przez w porównywalnie mniejszym stopniu oparte na wymuszeniach państwowe polityki). To biali, heteroseksualni mężczyźni wykazali się największym poziomem pomysłowości, przedsiębiorczości i umiejętności ekonomicznych. I to właśnie społeczności zdominowane przez białych, heteroseksualnych mężczyzn, przede wszystkim przez tych odnoszących największe sukcesy, wyprodukowały i zakumulowały najwięcej dóbr kapitałowych i osiągnęły najwyższy średni poziom życia.

W świetle tego, jako prawicowy libertarianin, oczywiście powiedziałbym moim dzieciom i studentom po pierwsze: zawsze szanuj innych i nie naruszaj cudzych praw własności prywatnej oraz dostrzeż państwo jako wroga i w istocie jako całkowite zaprzeczenie własności prywatnej. Nie zostawiłbym jednak tego w tym miejscu. Nie powiedziałbym (lub cicho zasugerował), że gdy tylko spełniłeś ten wymóg, „wszystko ujdzie”, co jest w zasadzie tym, co zdają się mówić „wąscy” libertarianie! Nie byłbym kulturowym relatywistą, jakimi są, przynajmniej dyskretnie, w większości „wąscy” libertarianie. Zamiast tego, dodałbym (jako niezbędne minimum): bądź szczęśliwy i rób wszystko, co czyni cię szczęśliwym, zawsze pamiętając o tym, że dopóty jesteś integralną częścią międzynarodowego podziału pracy, dopóki twoje istnienie i twój dobrostan zależą w sposób zdecydowany  od stałej obecności innych, w szczególności  od stałej obecności białych, heteroseksualnych, zdominowanych przez mężczyzn społeczeństw, ich patriarchalnych struktur rodzinnych, ich burżuazyjnego lub arystokratycznego stylu życia i postępowania. Zatem nawet jeśli nie chcesz w tym uczestniczyć, dostrzeż, że niemniej jednak jesteś beneficjantem tego standardowego, „Zachodniego” modelu społecznej organizacji, a więc, dla własnego dobra, nie rób nic, co mogłoby go podminować, lecz wspieraj go jako coś, co winno być szanowane i chronione.

Co do długiej listy „ofiar”, powiedziałbym: rób swoje, żyj własnym życiem dopóty, dopóki robisz to pokojowo i nie naruszasz praw własności prywatnej innych. Jeśli i o ile tylko jesteś włączony w międzynarodowy podział pracy, ani nie jesteś winien nikomu restytucji, ani nikt inny nie jest jej winien tobie. twoje współistnienie z twoimi rzekomymi „oprawcami” jest wzajemnie, obustronnie korzystne. Pamiętaj jednak, że podczas gdy „oprawcy” mogliby żyć i radzić sobie bez ciebie, choć na nieco niższym poziomie, sytuacja odwrotna nie jest możliwa. Zniknięcie „oprawców” naraziłoby na niebezpieczeństwo twoje istnienie. Zatem, nawet jeśli nie zamierzasz dostosować się do modelu i przykładu dostarczonego przez białą, męską kulturę, bądź świadom, że jedynie dzięki stałemu istnieniu tego modelu wszystkie alternatywne kultury mogą być utrzymywane na ich obecnym poziomie, oraz że wraz z zanikiem tego „Zachodniego” modelu jako globalnie efektywnej Leitkultur, istnienie wielu, jeśli nie wszystkich, bliskich ci „ofiar”, byłoby zagrożone.

Nie oznacza to, że powinieneś być bezkrytyczny względem „Zachodu”, białego, zdominowanego przez mężczyzn świata. Bądź co bądź, nawet społeczności najbliższe temu modelowi również mają wiele własnych, różnych państw [rządów], odpowiedzialnych za karygodne akty agresji nie tylko wobec krajowych posiadaczy własności, lecz również wobec obcokrajowców. Jednak ani tam, gdzie mieszkasz, ani gdziekolwiek indziej, państwo nie powinno być mylone z „ludźmi” czy „narodem”. To nie państwa „Zachodnie”, lecz „tradycyjny” (normalny, standardowy, etc.) styl życia i postępowania „ludzi Zachodu”, p od stale zwiększającym się naporem i atakiem ze strony ich „własnych” państwowych władców na ich drodze do totalitarnej, społecznej kontroli, zasługuje na twój szacunek. To dzięki niemu odnosisz korzyści.

[1] M.N. Rothbard, Big Libertarians, [w:] L. Rockwell, ed. The Irrepressible Rothbard, Ludwig von Mises Institute, Auburn, Alabama 2000, s. 101.

[2] M.N. Rothbard, Egalitarianism and the Elites, „Review of Austrian Economics” 1995, Vol. 8, No. 2, s. 45.

[3] Murray Rothbard stworzył ich listę: „pracownicy naukowi, urabiacze opinii, dziennikarze, pisarze, elity medialne, pracownicy społeczni, biurokraci, doradcy, psycholodzy, osobiści doradcy, oraz w szczególności nowy egalitaryzm grupowy, prawdziwa armia »terapeutów« i trenerów wrażliwości. Plus, rzecz jasna, ideolodzy i badacze wymyślający i odkrywający nowe grupy, które potrzebują egalitaryzowania”. Ibidem, s. 51.

[4] By sprawdzić, kogo z obecnych tzw. libertarian można uznać za lewicowca, można przeprowadzić test papierkiem lakmusowym: jakie było jego lub jej stanowisko względem dra Rona Paula podczas niedawnych prawyborów prezydenckich, który jest zdecydowanie najczystszym z libertarian, którzy kiedykolwiek zdobyli krajowe a nawet międzynarodowe uznanie i uwagę. Libertarianie znajdujący się na obwodnicy (beltway libertarians) wokół Cato Institute, George Mason, „Reason” i wielu innych wcieleń „Kochśmiornicy” odrzucili Rona Paula lub nawet atakowali go za jego „rasizm” i brak społecznej „wrażliwości” i „tolerancji”, tj.  w skrócie: za bycie uczciwym „prawicowym burżujem”, prowadzącym przykładne życie osobiste i zawodowe.

[5] Ibidem, s. 102.

[6] Na ten temat zob. Hans-Hermann Hoppe, Of Private, Common and Public Property and the Rationale for Total Privatization, „Libertarian Papers” 2011, Vol. 3, No. 1, http://libertarianpapers.org/articles/2011/lp-3-1.pdf

[7] Co charakterystyczne, ta niewidoczna, niedostrzegalna transformacja libertarianizmu w skrywany w tajemnicy socjalizm via pogmatwane pojęcie „praw obywatelskich”, została zidentyfikowana dekady temu przez Murraya Rothbarda. Cytując go: „W całym Oficjalnym Ruchu Libertariańskim [lewicowych libertarian] »prawa obywatelskie« zostały przyjęte bez pytania, kompletnie ignorując naturalne prawa własności prywatnej. W pewnych przypadkach przyjęcie »prawa do nie bycia dyskryminowanym« było wyraźne. W innych, gdy libertarianie chcieli zrównać ich nowo odkryte zasady ze starszymi, nie mając żadnej awersji do sofistyki a nawet absurdalności, weszli na podstępną ścieżkę, którą utorował Amerykański Związek na rzecz Wolności Obywatelskich (American Civil Liberties Union): że jeśli w grę wchodziłoby skorzystanie z państwowego mienia w choćby minimalny sposób, czy to  z publicznych ulic, czy też z niewielkiej ilości środków pochodzących z podatków, to »prawo« do »równego dostępu« (right of equal access) stoi ponad własnością prywatną, a nawet wszelkim zdrowym rozsądkiem”. Ibidem, s. 102-103.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress