A A + -

Praktyka agoryzmu cz.II

14 stycznia 2016 Artykuły, Libertarianizm

Autor: Karol Sobiecki

Poprzedni swój tekst poświęciłem kontrekonomii.[1] Wspomniałem w nim jednak, że agoryzm to nie tylko prowadzenie biznesu na szarym czy czarnym rynku. To również obywatelskie nieposłuszeństwo czy nierejestrowana działalność społeczna. Te aktywności nie muszą się koniecznie wiązać z osiągnięciem materialnego, pieniężnego zysku. W tym artykule opiszę praktyczny aspekt agoryzmu właśnie w tym obszarze.

Większość znanych mi publikacji libertarian dotyczy spraw gospodarki. Program pozytywny wolnościowców najczęściej sprowadza się do wskazania szerokiego wachlarza towarów i usług dostępnych na rynku, dzięki przedsiębiorcom nastawionym na zysk. Niewiele niestety mówi się o olbrzymiej sferze działalności ludzkiej, w której cena nie jest podstawowym wyznacznikiem i nie gra aż tak dużej roli. Powoduje to częste oskarżenia o „brak serca” u libertarian. O tym problemie pisze Gene Callahan w swoim doskonałym tekście „Jak wolne społeczeństwo mogłoby rozwiązać problem globalnego ocieplenia?”:

„Krytycy libertarianizmu często sprowadzają tę doktrynę do politycznego programu „rynkowego fundamentalizmu”, który w praktyce zredukowałby wszystkie ludzkie wartości do ceny, które mogą osiągnąć na rynku jako towary. Jest to karykatura społecznych rozwiązań proponowanych przez każdego rozsądnego libertarianina. Wielcy przedstawiciele klasycznego liberalizmu i libertarianizmu doceniali znaczenie instytucji pozarynkowych – takich jak kościoły, rodziny, organizacje charytatywne, kluby społeczne, stowarzyszenia naukowe i studenckie, fundacje na rzecz sztuki, organizacje zajmujące się ochroną środowiska, stowarzyszenia sąsiedzkie oraz młodzieżowe kluby sportowe – dla zdrowego funkcjonowania wolnego społeczeństwa. Libertarianizm, jako alternatywę dla państwa, proponuje nie porządek społeczny, który ocenia każde działanie człowieka w kategoriach zysków i strat, ale społeczeństwo, gdzie wszelka dobrowolna działalność kwitnie niekrępowana państwowym przymusem”.[2]

Antypolityka

Wydawałoby się, że w tym przypadku agoryzm nie różni się specjalnie od tego, co proponują inne odłamy libertarianizmu. Myliłby się jednak ten, kto by tak twierdził. Jest wiele różnic, w tym jedna podstawowa i rzucająca się w oczy: agoryści trzymają się z dala od polityki. Konsekwentny uczeń Konkina nigdy nie wystartuje w wyborach ani nawet nie odda w nich swojego głosu na jakiegokolwiek polityka, nawet tego, który obiecuje program wolnościowych reform.[3]

Krytycy tego nurtu libertarianizmu błędnie jednak sądzą, że skoro agoryści nie biorą udziału w życiu politycznym, to znaczy, że potulnie zgadzają się na polityczne status quo, jak barany pędzone na rzeź, żyjąc w zaciszu swoich biznesów prowadzonych w szarej strefie. Nic bardziej mylnego. Agoryzm wymaga od swoich zwolenników postawy aktywnej, a nie biernej.

Agoryzm to antypolityka. Politycy najczęściej uaktywniają się w trakcie kampanii wyborczej. To jest dobry moment na kontrkampanie antyfrekwencyjne i antywyborcze. Po wyborach większość polityków przestaje przejmować się wyborcami. Polityka jest zjawiskiem sezonowym. Właściwa działalność antypolityczna trwa bez przerwy. Kiedy to tylko możliwe, agorysta powinien krytykować rząd i przeciwstawiać się jego rozporządzeniom.

Kluczowym pojęciem dla antypolitycznego aspektu agoryzmu jest obywatelskie nieposłuszeństwo. Jest to celowe, ostentacyjne łamanie określonych przepisów: masowe akcje odmowy płacenia podatków, podejmowania służby wojskowej, wykonywania zarządzeń, poddania się kontroli, wagary, publiczne palenie marihuany, publikowanie zakazanych treści (np. znieważających prezydenta) lub „pirackich” kopii, zajmowanie „własności publicznej”, organizowanie niezarejestrowanych zgromadzeń i zbiórek publicznych, palenie państwowych dokumentów, sprzeciwianie się niesłusznym wyrokom sądowym, blokady urzędów itp.

Nieodzownym elementem działalności antypolitycznej są alternatywne media. Zaciekła krytyka poczynań państwowego aparatu przymusu, dokonywana przez niezależnych dziennikarzy, jest warunkiem koniecznym sukcesu obywatelskiego nieposłuszeństwa i, w konsekwencji, poszerzania zakresu wolności.

Oczywiście podstawowym problemem, z jakim muszą zmierzyć się agoryści, są wysokie koszty działalności antypolitycznej. Każdy akt obywatelskiego nieposłuszeństwa to złamanie przepisów, które tylko w rzadkich przypadkach nie kończy się sankcjami karnymi. W tym miejscu istotna okazuje się liczebność protestujących. Im więcej osób stawi opór, tym po pierwsze: większy rozgłos, a po drugie: mniejsza szansa na to, że rząd będzie w stanie powstrzymać akcję i ukarać uczestników. Przykłady udanych aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa to np. protesty anty-ACTA czy masowa odmowa płacenia podatków w Irlandii w 2012 roku.[4]

Indywidualne protesty są zazwyczaj dużo bardziej ryzykowne i mniej skuteczne. Pojedyncza osoba może zostać łatwo pojmana i skazana praktycznie bez rozgłosu. Oczywiście zdarzają się również przypadki obywatelskiego nieposłuszeństwa dokonywanego przez jednego człowieka, które przedostawały się nawet do mediów głównego nurtu, wywołując ogólnokrajową debatę. Często taka osoba zostaje męczennikiem idei, bohaterem, na którego mniej odważne jednostki mogą się powoływać. Za przykład może posłużyć Irwing Schiff, skazany w USA za niepłacenie podatków.[5] Nie każdy jednak chciałby obrać taką drogę.

Oddolna inicjatywa społeczna

Życie nie kończy się na zarabianiu pieniędzy i polityce. Literatura wolnościowa pomija lub jedynie cząstkowo wspomina temat szeroko rozumianej działalności społecznej. Można tutaj wymienić takie dziedziny codziennego życia jak: religia, sport, akcje charytatywne, hobby, kultura i sztuka, badania naukowe nienastawione na zysk, ochrona środowiska, integracja społeczna czy zwykłe relacje rodzinne, romantyczne i towarzyskie. Brak zainteresowania tymi rozległymi obszarami ludzkiej działalności lub jedynie pobieżne ich omówienie wynika prawdopodobnie z aspołeczności większości libertarian.[6]

Nawet jeśli takie tematy w ogóle są poruszane, to najczęściej są ekonomizowane. Oczywiście libertarianie z bagażem wiedzy, zdobytej dzięki Austriackiej Szkole Ekonomii, wiedzą, że takie wartości jak przyjaźń, wiara w Boga, empatia czy piękno, to również sfery ludzkiego działania, czyli coś, co da się badać za pomocą prakseologii. Porównywanie jednak np. posługi duszpasterskiej do usług świadczonych przez prywatne przedsiębiorstwa na rynku, jest nie na miejscu i może tylko zrazić osobę, która o czymś takim czyta. Nie ma wątpliwości, że duchowe uniesienie można uznać za zysk, który parafianin otrzymuje w wyniku wymiany z księdzem za np. poczucie dobrze spełnionego obowiązku odczuwane przez duchownego, któremu udało się zebrać wiernych na mszy (pominiemy tu pieniądze wrzucone na tacę). Jednak to, co może przystoi albo wręcz jest wskazane w pracy naukowej ekonomisty, nie przystoi publicyście i powinno się tego wystrzegać, jeśli chce się osiągnąć efekt w postaci wywołania pozytywnych odczuć u czytelnika. Często libertarianie o tym zapominają. Nie o tym jednak miał być ten tekst, więc wróćmy do sedna sprawy.[7]

Agoryzm proponuje ciekawą alternatywę dla oficjalnego obiegu. Tą alternatywą jest nierejestrowany aktywizm społeczny. Spora część, jeśli nie większość, osób podejmujących inicjatywy grupowe powiadamia organy państwowego aparatu przymusu o swojej działalności oraz poddaje się ich kontroli. Niepokojącym jest fakt, że nawet libertarianie przyjęli taki paradygmat funkcjonowania. Prawie cały ruch wolnościowy w Polsce ogniskuje się wokół organizacji, które, nawet jeśli prywatne, podlegają pod państwowe urzędy i są śledzone, zewidencjonowane, zarchiwizowane, skatalogowane i kontrolowane przez państwo.

Podmioty prawne, takie jak stowarzyszenia, fundacje, kluby, związki wyznaniowe czy szczególnie partie polityczne, są niemal całkowicie widoczne i poddane klasie politycznej. Wystarczy, że władzę zdobędzie osoba, która zadecyduje, że wszystkie organizacje z „libertarianizmem” i „wolnością” w nazwie zostaną zamknięte, zakazane, a ich członkowie osadzeni w więzieniu lub straceni, a cały ruch wolnościowy zniknie w tydzień.

Libertarianie, skupiając całą swoją aktywność wokół legalnych, zarejestrowanych zrzeszeń, w ten sposób sami się podkładają pod jadący w ich kierunku walec przymusu. Oczywiście niekiedy nie ma innego wyjścia, jak właśnie takie, jeśli chce się dotrzeć z wolnościowym przekazem do ludzi, którzy w tym systemie żyją i siedzą po uszy. Nikt nie da głosu w gazecie czy telewizji komuś z ulicy. Ekspert z zatwierdzonego przez urząd think tanku taką szansę już ma. Nie ma sensu umniejszać wagi działalności tych organizacji.[8] Warto jednak zwrócić uwagę na to, by nie ograniczać się wyłącznie do działań w świetle kamer, które w każdej chwili mogą się zamienić w reflektor w pokoju przesłuchań lub lufę karabinu przystawionego do skroni.

Agoryzm postuluje rozwiązywanie problemów i realizowanie potrzeb za pomocą nieformalnych i dobrowolnych relacji międzyludzkich. Bez powiadamiania żadnego urzędu. Bez przekazywania list członków i uczestników wprost w ręce agresorów. Oddolnie, w podziemnej sieci społecznej. Tylko budując alternatywne struktury, możemy zastąpić państwowy aparat przymusu. Bez rejestracji, bez kontroli można zorganizować wszystko: klub dyskusyjny, koło miłośników literatury, filmu, sztuki, drużynę sportową, kościół, grupę samopomocową, akcję ratowania drzew przed wycinką, zespół zajmujący się badaniami socjologicznymi czy sąsiedzką spółdzielnię. Trzeba tylko chcieć.

Możliwości i problemy

Podejście agorystyczne ma swoje wady i zalety. Podobnie jak działanie w szarej strefie, również nierejestrowany aktywizm społeczny jest w dużym stopniu nielegalny, więc agoryści są narażeni na sankcje. Przepisy wymagają rejestracji zgromadzeń, stowarzyszeń czy zbiórek publicznych. Niezgłoszenie manifestacji, utajnienie listy członków organizacji czy niekontrolowane przyjmowanie datków grozi poważnymi konsekwencjami karnymi.

Drugim problemem jest konieczność przynajmniej częściowego utajnienia struktur. Państwo nie może się dowiedzieć o nielegalnych działaniach, jeśli uczestnicy akcji chcą odnieść sukces. Funkcjonowanie w głębokiej konspiracji jednak skazuje agorystów na zapomnienie. Nikt nie dołączy do grupy, o której nie ma się nawet jak dowiedzieć. Agorysta staje więc przed trudnym zadaniem pogodzenia jawności i ukrycia. Rozwiązaniem problemu może być po prostu unikanie spotkania z urzędami. Żeby państwo mogło kogoś ukarać, musiałoby najpierw coś o tym kimś wiedzieć, a nie będzie wiedzieć, jeśli ta osoba sama nigdy się z funkcjonariuszami państwa nie kontaktuje. Konsekwentny agorysta nie potrzebuje podawać swoich danych osobowych w żadnym urzędzie.

Właściwie są to jedyne wady nieoficjalnej działalności społecznej. Znacznie więcej jest możliwości. Agorystyczny aktywista nie musi poddawać się kontroli, spełniać wielu obowiązków informacyjnych, ponosić kosztów biurokracji i dostosowywania się do przepisów, ubiegać się o pozwolenia, pisać statutów zgodnych z wymaganiami urzędów, czekać na rejestrację w sądzie, zbierać podpisów, zatrudniać prawników, księgowych i lobbystów. Wszelkie środki w postaci czasu, pieniędzy, wiedzy i energii ludzkiej może przekazać na właściwy, obrany przez siebie cel, czyli np. na wydrukowanie i rozdanie ulotek, rozklejenie plakatów, promocję w mediach społecznościowych, napisanie felietonu do gazety, przeprowadzenie ankiety, zorganizowanie wykładu, rozmowę z nieprzekonanymi, spotkanie z innymi aktywistami itd.

Istotną zaletą agoryzmu jest elastyczność struktur. Nie trzeba przeprowadzać walnych zebrań, głosować nad zmianami w statucie, ewidencjonować członków itp. Wystarczy grupa na facebooku czy spotkanie w prywatnym lokalu jednego z aktywistów. Pieniądze na wyznaczone cele można zbierać bez urzędniczej kontroli i wydawać w jakikolwiek ustalony wcześniej sposób. Łatwo zmienić lidera, jeśli dotychczasowy zawiedzie.

Podobnie jak w przypadku nieopodatkowanej działalności gospodarczej na szarym czy czarnym rynku, również tutaj bardzo pomocna okazuje się technologia. W dzisiejszej dobie Internetu zorganizowanie grupy o podobnych poglądach czy celach jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Anonimowość ułatwiana jest przez zdecentralizowane systemy TORa czy bitcoina.

Agoryzm to nie tylko unikanie podatków. To szeroka oferta dla każdego, kto chce zrobić cokolwiek. Aż dziw bierze, że tak mało osób, nawet w środowisku wolnościowym, docenia tę metodę dojścia do planowanych celów. Być może winę za to ponoszą sami agoryści, zaniedbując promocję własnych idei?

Przypisy:
1. http://libertarianin.org/sobiecki-praktyka-agoryzmu-cz-i/
2. http://mises.pl/blog/2008/02/01/gene-callahan-jak-wolne-spoleczenstwo-mogloby-rozwiazac-problem-globalnego-ocieplenia/
3. Więcej o bojkocie wyborów i o tym, dlaczego jest to słuszne postępowanie, pisałem tutaj: http://libertarianin.org/nietypowy-komentarz-powyborczy/
4. http://podatki.ie/2012/03/bojkot-household-charge-w-irlandii.html
5. http://www.forbes.com/sites/peterjreilly/2015/10/17/irwin-schiff-famed-tax-protester-dies-in-prison/
6. Zaobserwowana w pewnym badaniu na populacji amerykańskich libertarian: https://www.youtube.com/watch?v=iX1ujqivzsU&list=PLDw1TL5fdm7kXuliamTBrs_KOw4NcOX2i&index=22
7. Zainteresowanych tematem marketingu idei wolności zapraszam do przeczytania innych moich tekstów zamieszczonych na tym portalu.
8. Sam zresztą szczerze je popieram i jestem członkiem jednej z nich – Stowarzyszenia Libertariańskiego.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress