A A + -

Płonka: O wolności słowa raz jeszcze – czy uniwersytet, który boi się cesarza, nadal jest uniwersytetem?

Autor: Agnieszka Płonka

Jednym słowem (…), cesarz poprosił czterech doktorów z Bolonii, najsławniejszych uczniów wielkiego Irneriusza, by przedstawili swoje ostateczne doktrynalne zdanie w sprawie jego władzy, i trzej z nich, Bułgar, Jacopus i Hugon z Porta Ravegnana, wypowiedzieli się zgodnie z życzeniami Fryderyka, to znaczy oznajmili, że władza cesarza wynika z prawa rzymskiego. Odmiennego zdania był tylko Martinus.
– Któremu Fryderyk kazał wyłupić oczy – wtrącił swój komentarz Niketas.
– Otóż nie, panie Niketasie – odparł Baudolino. – wy, romaei, wyłupiacie oczy na prawo i lewo i sami nie wiecie już, gdzie jest prawo, zapominając o waszym wielkim Justynianie. Natychmiast potem Fryderyk ogłosił Consitutio Habita, w której uznał niezawisłość bolońskiego studium, a skoro studium jest niezawisłe, Martinus może mówić, co tylko zechce, i nie spadnie mu za to włos z głowy. Gdyby bowiem spadł, doktorzy nie byliby niezawiśli, a jeśliby nie byli niezawiśli, ich wyrok byłby bezwartościowy i Fryderyk mógłby być poczytany za uzurpatora
– Umberto Eco, “Baudolino”

W zacytowanym fragmencie książki Eco można odnaleźć pewne echa teorii cywilizacji profesora Feliksa Konecznego – łaciński Zachód, w którym władza świecka jest niezależna od władzy duchownej, etyka jest nadrzędna względem prawa, a prawda względem ideologii, spotyka się z bizantyjskim Wschodem o silnej świeckiej władzy centralnej dominującej wszystkie aspekty życia, będącej najwyższą instancją i rozbudowywującej wszelkie regulacje prawne. Niektórzy indywidualiści z miejsca sprzeciwiliby się operowaniu samym pojęciem cywilizacji jako kolektywnym, jednak tu używam o wyłącznie jako ciekawą i w przybliżeniu dobrze oddającą rzeczywistość próbę usystematyzowania i opisu pewnych zjawisk. Społeczeństwo składa się, naturalnie, z różnorodnych jednostek, ba, jest po prostu zbiorem jednostek, jednak wspólne prawo, historia i warunki naturalne oddziałują w podobny sposób na każdą z nich. I tak pierwotnie Holender wychowany w tradycji zachodniej, pacyfistycznej i handlowej prawdopodobnie różniłby się od Kirgiza z Wielkiego Stepu bardziej, niż gdyby wychowani byli razem – pierwszy z nich mógłby wręcz agitować za karą finansową za morderstwo, drugi ze znacznie większym prawdopodobieństwem mógłby opowiadać się za rodową zemstą. Nie można zaprzeczać istnienia zjawisk ponadindywidualnych. Ponadto mówienie o cywilizacji łacińskiej, bizantyjskiej czy jakiejkolwiek innej nie odnosi się w kontekście moich rozważań do jednostki, a dotyczy organizacji władzy, jest również narzędziem dobrze ugruntowującym zjawiska, o których chcę pisać, w powszechnej historii.

Kluczowe pytanie, jakie chcę postawić, jest następujące: który z tych sposobów organizacji życia zbiorowego (bo tym właśnie w koneczniańskiej teorii jest cywilizacja)  jest najlepszy dla nauki i wymiany myśli? Jak powinna działać akademia?

Rozwój nauki oparty jest na szukaniu prawdy, kwestionowaniu i otwartej debacie. Każdy pogląd i każde zdanie powinno być w niej głoszone jawnie i głośno, poddawane dyskusji i rozkładane na czynniki pierwsze. Jest to też nauka argumentacji i słuchania siebie nawzajem.

Ponieważ w nauce wartością nadrzędną jest prawda, nie może być ona zależna od jakiejkolwiek władzy. Jeżeli jest, znaczy to, że władza jest zbyt rozbudowana, a naukowcy nie są niezależni i poświęcą prawdę dla posłuszeństwa reżimowi, przestają więc być naukowcami, a stają się agitatorami politycznymi. Droga do niezależnej dyskusji i do prawdy zostaje wtedy zamknięta dla wszystkich członków społeczeństwa, którzy są posłuszni względem prawa stanowionego.

Jasne jest więc, że biorąc pod uwagę wymóg nadrzędności prawdy, nauka i władza powinny funkcjonować obok siebie podobnie jak kościół i władza w zachodniej cywilizacji łacińskiej, a jakikolwiek zwrot w stronę bizantynizmu, czyli podporządkowującej sobie wszystkie aspekty życia władzy, powinien być przez profesorów traktowany jako sygnał alarmowy.

Problem jest duży i przytłaczający – w jakiej cywilizacji żyjemy teraz? Czy jest to cywilizacja bizantyjska, czy niestabilny stan acywilizacyjny?

Skończę z używaniem tych systematyzujących zwrotów przez stwierdzenie, że nie jest to zdecydowanie cywilizacja łacińska, UE zaś niejednokrotnie bywa opisywana jako mocno ciążąca w stronę bizantyjskiego molocha. Natomiast osobiste doświadczenia – a jestem tylko geofizykiem, więc nikt nie próbuje kontrolować wyników mojej pracy! – skłaniają mnie do zdecydowanie pesymistycznego nastawienia względem perspektyw rozwoju nauki.

Należy zaznaczyć wyraźnie, że niezależność nauki względem władzy jest nierozerwalnie związana z wolnością słowa. Wolnością słowa rozumianą bez wyjątku, gdyż każde, nawet najbardziej absurdalne zdanie, można poddać analizie, fakt, że ktoś absurdalne zdania wypowiada – potraktować naukowo jako zjawisko. Natomiast studenci, podobnie jak wszyscy dorośli ludzie, są osobami odpowiedzialnymi I zdolnymi do osądu, co jest słuszne, a co nie jest. Ktoś powie, że ludzie o szalonych poglądach mogliby wprowadzić je w czyn – mogliby, jednak przy rozsądnym raczej założeniu, że większość, kiedy nikt nie narzuca jej stadnego zachowania ani nie narzuca tego, co jest słuszne (czyli kiedy władza jest odpowiednio mała i nie traktuje ludzi jak dzieci), wybierze racjonalnie – takich szalonych ludzi byłoby względnie mało. Ponadto problem zaczyna się wtedy, kiedy ludzie ci staną się agresywni i użyją przemocy, a nie słów, czyli zaczną kraść, bić i zabijać – wówczas każdy powinien mieć szansę skutecznej obrony. Agresorzy powinni się bać i nie powinni mieć wpływu na życie innych osób (niestety, tak również nie działa rzeczywistość, w której żyjemy).

Tu jako dygresję wtrącę pewną rozmowę z koleżanką z Grecji, która jest wyjątkową socjalistką, co w Grecji zdarza się względnie często biorąc pod uwagę historię, jest też osobą bardzo wrażliwą, jedną z tych, którzy jak ezoteryczne zło traktują Hitlera. Jakkolwiek cenię sobię bardzo wysoko jej nienawiść, marzę o tym, aby podparła ją dogłębną rozumową analizą samego zjawiska narodowego socjalizmu oraz rozszerzyła ją na innych kryminalistów. Przy zupełnie zwyczajnej herbacie (nic nie zapowiadało nadchodzącej burzy) rozmawialiśmy o holenderskim systemie edukacji – po usłyszeniu, że szkoła jest zdecentralizowana, nie ma jednego odgórnego programu, a dzieci raz na jakiś czas tylko piszą państwowy test, powiedziałam, że to bardzo dobrze. Na takie dictum M. zaczęła krzyczeć, że nie, że to okropne – bo co się stanie, jeśli w jednej ze szkół zaczną mówić, że Hitler był dobry? Odpowiedziałam, że rodzice nie poślą tam dzieci. I tyle. A nawet, jeśli taka szkoła jakimś cudem utrzymałaby się na rynku, około pięćdziesięciu świrów w całym kraju nikomu krzywdy nie będzie w stanie zrobić, a miałoby na to jeszcze mniejsze szanse, gdyby Holendrzy byli odpowiednio uzbrojeni.

Obawy M. skierowane są tutaj w kierunku dokładnie przeciwnym od tego, w którym powinny się kierować. Wszak jedyne szkoły, które naprawdę miały taki program nauczania, były całkowicie kontrolowane przez państwo. Gdybym nie przejmowała się swoim życiem towarzyskim, spokojnie mogłabym odpowiedzieć:

“Jeżeli tak bardzo nie lubisz Hitlera, to dlaczego podobają Ci pomysły, które pomogły mu w realizacji polityki?”, gdyż Hitler wykorzystał w celach propagandowych scentralizowany system edukacji z czasów pruskich. To nie deregulacja jest przepisem na Hitlera, lecz właśnie regulacja. Najpierw Hitler A ujednolica to, co kładzie się wyjątkowo podatnym młodym ludziom do głowy (jeśli potrzebuje wymówki w oczach ludu, odnosi się zazwyczaj do silnej, powszechnie odczuwanej emocji, jak właśnie nienawiść do Hitlera B), następnie, mając wystarczająco dużą władzę, kładzie dzieciom do głowy dokładnie to, co chce. To centralizacja programu nauczania powinna martwić, gdyż oznacza, że potencjalnie znajdujący się u władzy bandyta zbuduje sobie ogromne poparcie poprzez indoktrynację młodzieży (czego właśnie byliśmy na tym przykładzie świadkiem). Decentralizacja programu szkolnego daje przynajmniej pewną szansę na to, że przemoc (przemoc, a więc nie słowa) zostanie ograniczona do skali o kilka rzędów wielkości mniejszej i będzie można się przed nią skutecznie obronić. Nie muszę udowadniać, że wolność słowa jest (przynajmniej na pierwszy rzut oka) zachowana w przypadku obecnej szkoły holenderskiej, a pogwałcona w przypadku tego, co w Prusach zrobił Bismarck i co chciałaby zrobić M.

 

 

Wróćmy jednak do akademii. Jeśli nie żyjemy w cywilizacji łacińskiej i ciążymy coraz bardziej w stronę struktury przeregulowanej, kontrolującej każdy aspekt życia – na jakim etapie tego procesu się znajdujemy? Jednym ze wskaźników stopnia nasilenia możliwego dążenia do totalitaryzmu jest akcent przeniesiony z myślenia na odczuwanie w publicznej debacie, poprzedzający objęcie uczuć regulacjami prawnymi.

 

 

Jak bowiem skutecznie sprawić, żeby ludzie nie mówili wszystkiego, co myślą? Żeby przedłożyli ponad prawdę jakąś inną wartość? Żeby bali się ze sobą rozmawiać na poważne, trudne tematy albo wyrażać niepopularne opinie? To jest pytanie strategiczne, gdyż jeśli doprowadzi się do takiej sytuacji, przez odpowiednie sterowanie opinią publiczną już bardzo łatwo będzie można sprawić, ludzie że będą mówić wyłącznie to, co jest w interesie władzy.

 

Okazuje się – patrząc na to, co obecnie się dzieje – że sprawa jest prosta, a wręcz juz wygrana.

Wystarczy rozszerzyć pojęcie przemocy o słowa. Rozniecić kult chorobliwej wrażliwości (ile to feministek trzeciej fali wysyła ludzi na “sensitivity trainings”?), sprawić, że w rozmowie nie będziemy zwracać uwagi na to, co według nas wydaje się prawdziwe, co myślimy, o czym naprawdę chcemy rozmawiać – tylko będziemy się bać, żeby kogoś nie urazić, bo urażenie kogoś to już jest przemoc. Jak jednak wiedzieć, kiedy kogoś obrażamy, a kiedy nie? Rozmawiam z nieznanym mi człowiekiem. Nie wiem, co myśli, a jeśli chcę się dowiedzieć, pytam. Jeżeli od początku będę bała się go obrazić, pewne tematy z miejsca staną się tabu. A bandyci u władzy będą zacierać ręce – nikt nie będzie rozmawiał o polityce, nie skomunikują się ze sobą, nie obalą nas, będą się bali! Dokładnie pamiętam jeden z wykładów na temat kwestii obecności kobiet w naukach ścisłych. Byłam wówczas pierwszą osobą, która powiedziała, że profesorowie powinni zatrudniać, kogo chcą, a ewentualne odgórne wymogi o zwracaniu uwagi na płeć należy nazywać seksizmem wyłącznie pogarszającym sytuację, ba, ostatnio znajomy usłyszał wprost, że nie dostanie pracy, bo jest mężczyzną. I że nie rozumiem, dlaczego w świecie, w którym swojego czasu grupa A biła grupę B po głowie panuje przekonanie, że teraz to grupa B powinna bić grupę A po głowie, a nikt nie wstanie i nie powie “hej, bicie się po głowie jest złe”. Dopiero kiedy ja zabrałam głos, zaczęli podnosić się z miejsc wszyscy, którzy myśleli podobnie, po czym dziękowali mi, mówili, że bali się odezwać wcześniej i że myśleli, że tylko oni mają takie poglądy. A gdyby nie było tam nikogo, kto by się nie bał odezwać? Opozycja nie znałaby swojej liczby, nie byłoby komunikacji. Sytuacja idealna dla totalitarnej władzy. Bój się kogoś obrazić, nie odzywaj się. Kiedy kult nieobrażania jest wystarczająco zakorzeniony, można go podeprzeć prawnie. I wtedy pojawiają się uprzywilejowane grupy, którym nie można powiedzieć nic, aby nie zostać – zazwyczaj niesłusznie – oskarżonym o bycie niemiłym człowiekiem. Co gorsze, tworzy się system, w którym bycie niemiłym człowiekiem jest zakazane przez prawo. I tu wracamy do wspomnianych wcześniej wskaźników tego, że ktoś usiłuje zbudować system totalitarny.

 

 

Te zjawiska istnieją naprawdę. I jest to przerażające, a również upokarzające, bo jest to traktowanie dorosłych – mających w końcu robić naukę! – ludzi jak dzieci nieradzące sobie z emocjami i niepotrafiące o siebie zadbać. Jest to wychowywanie ludzi pod kloszem, manipulowanie człowiekiem tak, aby nie wykształcił własnej opinii i nie zadawał pytań, bezsensowna ochrona trzydziestolatków. Jesli nie dorosną, będzie można dalej ich niańczyć, a wiadomo, komu w tej grze na tym zależy.

Nieprzypadkowo dwie pierwsze poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych dotyczą wolności słowa i prawa do posiadania broni. Na pozór niezależne, służą temu samemu celowi. Nie chodzi w nich o to, żebyśmy byli dla siebie mili i poszli razem na polowanie. W niewielkim stopniu chodzi o to, żebyśmy mogli wyrażać swoje poglądy i móc bronić się przed drobnymi złodziejami (przez „drobnych” rozumiem złodziei z sektora prywatnego). Ich głównym celem jest profilaktyka rozrostu rządu, zapewnienie, że rząd nie stanie się poganiaczem niewolników, że pozostanie służącym. I dlatego ludzie, któremu rząd ma służyć, muszą mieć nienaruszalną możliwość jego otwartej krytyki oraz możliwość efektywnej osobistej obrony – zbrojnego przeciwstawienia.

 

Można oczywiście argumentować, że spisanie prawa do wolności słowa i noszenia broni jest już samo w sobie alarmujące, gdyż powinny być one naturalne, nie: dane przez kogokolwiek, a co raz zostało spisane, może zostać w podobny sposób skreślone.

 

Proces skreślania został już, niestety, rozpoczęty – dokumenty te mają wiele wspólnego z dzisiejszym pieniądzem – są kawałkiem papieru.

Traktowanie słów jak przemocy i studentów jak dzieci jest w USA nagminne i alarmujące. Sama żyję w świecie, w którym słyszę od profesora: „masz prawo, żeby nikt Cię nie uraził”. W którym laureat nagrody Nobla traci posadę za coś, co powiedział (na szczęście wtedy nawet grzeczne i poprawne politycznie koleżanki uznały, że to za dużo, ale ktoś miał władzę, by go na tej podstawie zwolnić, a ktoś inny tego chciał). W którym ONZ zajmuje się tym, czy zwyczaj przebierania się na holenderskiego Świętego Mikołaja za pomocnika – Czarnego Piotrusia nie jest przypadkiem rasistowski i czy nie należy go zakazać prawnie (ciekawe, kiedy zaczną palić wiersze Brzechwy i przepisywać podręczniki do historii).

Jesteśmy już na etapie prawnego zniesienia wolności słowa. Trzeba się bać i właśnie dlatego trzeba się nie bać mówić.

 

Ale akademia obecnie czuje zamiast myśleć.

 

Ta kultura przenika nawet do codziennego życia. Mój kolega myślał, że Polska jest bardzo młodym krajem. Poprawiłam go, powiedziałam, że ma 1050 lat. Na co jego znajoma stwierdziła, że to było niemiłe.

Nie powiedziała, że to było głupie, nieprawdziwe, że jest historycznym ignorantem.

 

Nie, to było NIEMIŁE. Mogło mnie obrazić.

 

Nauki ścisłe i techniczne się utrzymają, reszta stanie się agitatorami kolejnego dziwnego totalitaryzmu, bizantyjskiego molocha, dopóki ten nie padnie.

Prawda ma razić. Jesli ma obrażać, niech obraża. Posiadaczowi Pierścienia zbyt łatwo użyć tu czyjegoś uczucia, żeby pozbyć się prawdy, żeby zmusić innych do mówienia tylko tego, czego on chce. A to koniec przynajmniej połowy nauk.

 

 

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress