A A + -

Płonka: Libertarianin zaproszony jako kuriozum

3 października 2015 Felieton, Okiem libertarianina, Publicystyka

Autor: Agnieszka Płonka
Źródło grafiki: money.pl

Libertarianin zaproszony jako kuriozum – czy istnieje dobra strategia wizerunkowa?

W poprzednim felietonie Jakub Woziński z dużą dozą pozytywnej energii pisał o konferencji naukowej w Toruniu, w której prawdopodobnie po raz pierwszy libertarianie stanowili większość. Trzy dni później, 14 września w Amsterdamie, miało miejsce wydarzenie może mniej dla libertarianina radosne, ale równie godne odnotowania – prawdopodobnie pierwszy raz prawdziwy pasjonat – woluntarysta został zaproszony przez koło studentów nauk politycznych Universiteit van Amsterdam do zabrania głosu w dyskusji. Oczywiście, samo wypowiedzenie na głos „nauki polityczne w Amsterdamie” brzmi podejrzanie, więc dokładnie sprawdziłam pozostałych prelegentów – była to szefowa organizacji Tax Justice, która zajmuje się badaniem negatywnych wpływów unikania podatków (słowo „negatywne” jest wypisane na pierwszej stronie tej organizacji, z czego wnoszę, że rezultat badań jest zadany jeszcze przed ich przeprowadzeniem), oraz profesor ekonomii z Rotterdamu. Obawiałam się więc, że Toine Manders – prawnik, szef holenderskiej Partii Libertariańskiej – został zaproszony na tej samej zasadzie, na której dwugłowi ludzie występowali niegdyś w cyrkach. Niemniej jednak sam fakt, że dostał – jak każdy z prelegentów – 20 minut na obronę swoich racji, i że studenci chcieli go słuchać pomimo żartów moderatora dyskusji, zasługuje na docenienie. Cieszmy się z małych rzeczy.

Dyskusja dotyczyła bardzo konkretnego wycinka rzeczywistości – tak zwanych mailbox companies (jeśli w ogóle mielibyśmy to przetłumaczyć, byłyby to „firmy – skrzynki pocztowe”). W skrócie – gdyż sam temat nie jest przedmiotem niniejszego rozważania – zacytuję tu opis podobnych struktur naszkicowany mi przez Toine’a:

Holandia ma bardzo rozbudowany system umów międzynarodowych o unikaniu podwójnego opodatkowania. Ułatwia on zagranicznym podmiotom korzystanie z Holandii jako miejsca dla zakładania struktur holdingowych, spółek –właścicieli firm działających w innych krajach, grup kapitałowych itp. Zyski są wypłacane holenderskiej spółce, która przekazuje je dalej do spółki będącej jej właścicielem, a mającej siedzibę w jakimś raju podatkowym. Gdy z kolei to holenderska spółka otrzymuje zyski, kraje z których one pochodzą, nie mają prawa ich opodatkować z uwagi na obowiązywanie umów międzynarodowych o zakazie podwójnego opodatkowania. Po obróceniu pieniędzmi w powyższy sposób, opuszczają one Holandię jako ostatecznie rozliczone pod względem podatkowym, choć w praktyce żaden podatek nie został od nich zapłacony. Jak wynika z powyższego, posiadanie spółki w Holandii, której celem istnienia jest tylko figurowanie jako właściciel innych spółek i pośredniczenie w transferze pieniędzy celem unikania opodatkowania, jest powszechne. Dla przykładu podam, że w Holandii mamy około 200 spółek – właścicieli, kontrolujących 13000 innych spółek. Wartość pieniędzy przepływających przez tę szacowana jest na 10 000 000 000 euro. Tym samym Holandia jest jednym z największych rajów podatkowych na świecie; niemniej przeciętny holenderski przedsiębiorca nie ma z tego żadnego pożytku – korzystanie ze struktur unikania opodatkowania jak opisane wyżej jest opłacalne tylko dla dużych spółek, o złożonej strukturze właścicielskiej, rozsianej po całym świecie.

Nazwa mailbox company, jak łatwo się domyślić, pochodzi stąd, że aby korzystać z podobnego układu, wystarczy niewiele więcej niż zarejestrowany adres. Dyskusja była jasna: czy to dobrze, czy źle? Profesor z Rotterdamu miał być głosem neutralnym (w ostateczności był jednak głosem negatywnym), Toine – pozytywnym, reprezentantka Tax Justice – negatywnym. Każdy miał 20 minut na naszkicowanie sytuacji i obronę swoich poglądów. Toine był drugim prelegentem.

Pytanie padło bardzo konkretne, i było mocno osadzone w obecnych realiach ekonomicznych i politycznych. Miałam cichą nadzieję, że Toine odniesie się do twierdzenia swojego poprzednika, że podobne układy godzą w rozwijające się ekonomie Mongolii czy też Indonezji, gdyż państwa te nie dostają wpływów do budżetu od podobnych firm (bo już widziałam na twarzach otaczających mnie studentów zatroskanie Mongolią), lub że wyrazi się jasno i zrozumiale o popełnianych nagminnie błędach dotyczących przyczyn, skutków i krótko- lub długotrwałości danych rozwiązań (gdyż, jak zwykle, ktoś pytał, czy Szwecja lub Holandia nie są szczęśliwe przez to, co dzieje się w chwili obecnej). Wiem dobrze, że Toine jest osobą o wielkiej pasji, a bycie libertarianinem rozumie jako misję nieomal apostolską – za największy sukces uznaje przekonanie jak największej liczby osób.

Podczas swoich dwudziestu minut mówił o moralnych podstawach woluntaryzmu.

I teraz ja zachęcam do dyskusji i zastanowienia się: czy to jest dobra, czy zła strategia?

Z jednej strony są to podstawy – to właśnie dobrowolność, nic innego, jest wielkoskalową cechą społeczeństwa libertariańskiego. Przypuszczam, że jeszcze nieraz wypowiem zdania: „Kto wmówił Ci, że w woluntaryzmie będziesz musiał żyć w warunkach wolnego rynku? Nie będziesz musiał, po prostu nie zmuszaj innych do życia na swoich warunkach. Znajdź stu socjalistów, złóżcie się na kilka domków, żyj jak chcesz”.

Tak samo to właśnie argumenty moralne stanowią rdzeń, są bardziej wartościowe niż argumenty utylitarystyczne. Mamy to szczęście, że kapitalizm laissez-faire działa – ale gdybyśmy żyli w równoległym wszechświecie, w którym wcale by nie działał, nie popieralibyśmy kradzieży tylko dlatego, że przynosi lepsze efekty.

Jednak czy założenie, że dzięki pięknej i prostej przemowie o tym, że nie wolno kraść, niewolić i zabijać, przekonamy od razu 50 studentów do zostania libertarianami, nie jest założeniem pochodzącym z innego świata – ze świata mojej własnej głowy, w której wszystko, co składa się na libertarianizm, jest już dawno oswojone? Obawiam się, że tak. Argumenty moralne mają wartość największą, ale są też najbardziej szokujące. Pamiętajmy o swoim pierwszym szoku! Większość z nas chodziła do szkół publicznych. Gdyby nagle ktoś zaczepił przypadkowego człowieka, mówiąc mu, że nikt nie ma prawa mu czegokolwiek zabierać – i że ta zasada nie zależy od tego, w co poborca jest ubrany, nawet, jeśli jest to mundur policjanta, ani że nikt nie ma prawa zmusić go do przebywania, gdzie nie chce – nawet, jeśli jest ministrem edukacji albo reprezentuje WKU – w mózgu przechodnia od razu zadziałają mechanizmy obronne! A co z partiotycznym obowiązkiem? Co ze społeczeństwem? Czy zabicie kogoś na wojnie to morderstwo? Przecież wojna to nasz obowiązek względem ojczyzny! Mózg karmiony podobnymi frazesami od maleńkości broni się naturalnie. Jest to wręcz udowodnione biologicznie. Sama kiedyś spróbowałam podobnej dyskusji, co było dużym błędem, i ze wstydem przyznam się, że skończyło się na zerwanym kontakcie i rozbitym kieliszku (tak, pracuję nad dojrzałością, emocjami i rozpoznawaniem, kiedy co warto powiedzieć). Żaby gotują się powoli – mówienie od razu, że wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi, i nie zmienia tu nic czapka, jaką akurat mamy na głowie, może wywołać szok i bunt.

Dlatego nie jestem stuprocentowo przekonana do strategii obranej na tym spotkaniu. Z jednej strony było to piękne… kazanie(?), z drugiej strony – pytanie było bardzo konkretne, dotyczyło pozytywnych i negatywnych skutków unikania podatków poprzez znane struktury. W takim układzie prawdopodobnie lepiej byłoby odnieść się do praktycznych argumentów ekonomicznych i prawnych, pokazać, że rozwiązania wolnościowe sprawdzają się w dłuższej skali czasowej, a jeśli mowa o ujednolicaniu przepisów – zaproponować zrównanie podatków do najniższej stawki i pokazać jasno konsekwencje takiego wyboru. Oczywiście, w późniejszych pytaniach była mowa o przyczynach bogactwa Szwecji czy też wpływach do budżetu za prezydentury Reagana, jednak było to już po zabraniu głosu przez wszystkich prelegentów, wśród żartów moderatora i w pośpiechu. Studenci oczekiwali ekonomicznych konkretów; po pozostałych wystąpieniach byli zasmuceni losem budżetu Indonezji oraz tym, że pani z Tax Justice nigdy nie kupowała w Walmarcie, choć Walmart ma swoje biuro w Amsterdamie, a Toine zaserwował im dziwną nową filozofię, która – gdyż wiemy, jak działa pierwsze wrażenie – prawdopodobnie ich rozśmieszyła, nie miała też nic wspólnego z otaczającą ich rzeczywistością.

Libertarianin zaproszony gdzieś jako cyrkowa małpka musi pamiętać o pierwszym wrażeniu. Jest to irracjonalne, powinny przecież liczyć się kwestie merytoryczne – jednak nasze mózgi działają irracjonalnie. Wystarczy jeden żart o indywidualnej odpowiedzialności po pięciominutowym spóźnieniu, jedno nieodniesienie się do jakiejś kwestii, która wywołała emocje słuchaczy, jedno sformułowanie, które jest zbyt szokujące – i już czyjaś głowa zamyka się w przekonaniu, że chyba nie warto zajmować się tym, co ten człowiek mówi.

Oczywiście, wrażenie mimo wszystko nie było całkowicie negatywne. Trudno mi powiedzieć, co myślał przeciętny student, jednak przynajmniej raz w życiu usłyszał o libertarianizmie, wie, że istnieje coś takiego, zanotował w swoim zeszycie, że kontrakt społeczny nie istnieje. Może skonfrontuje jeszcze kiedyś swoje myśli z rzeczywistością, może wróci do tego tematu. To się liczy, i z tego się cieszę.

Na koniec głosowaliśmy. Na sali było może 40, może 50 osób – 5 osób zgodziło się Toine’m. Hm, czy to było minimum 10%? Niesamowite! Siedziałam tam jednak ja oraz osoby ze Students for Liberty, więc trudno powiedzieć, czy ktokolwiek został przekonany. Jednak przez jedną chwilę w sali wypełnionej przez studiujących nauki polityczne w Amsterdamie stanowiliśmy około 10% – chyba warto to napisać!

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress