A A + -

Od lipnickich garnuszków po whirlpoolowskie AGD

2 kwietnia 2018 Artykuły, Historia

Autor: Aleksander Serwiński

To, co obecnie dzieje się na skalę ogólnopaństwową, tj. gorączkowa obrona miejsc pracy, kiedyś było plagą jeszcze potężniejszą. Warto przy tym zaznaczyć, że jedne miejsca pracy zawsze chroni się przed innymi miejscami pracy – bardziej opłacalnymi. Nie ma to jednak na dłuższą metę żadnego sensu ekonomicznego. Po co bowiem chronić nieopłacalne miejsca pracy? Jest to jednak świetna „kiełbasa wyborcza”, kusząca w szczególności tych, których miejsce pracy ma zostać w rezultacie procesów gospodarczych zlikwidowane.

Przykładem z kraju mogą być w tym kontekście kopalnie. Nieważne, ile trzeba dopłacić do tony wydobytego tam węgla. Kluczowa jest przecież ochrona miejsc pracy – bardzo ciężkiej i niebezpiecznej w dodatku. Powiedziałbym, że to spadek po babci komunie, ale w krajach Europy Zachodniej wcale nie jest lepiej.

We Francji, przykładowo, bardzo głośnym i medialnym tematem była historia fabryki Whirlpoola. Przedsiębiorstwo to planowało przenieść znaczną część produkcji z Francji do Polski, a konkretnie do Łodzi. We francuskich wyborach prezydenckich kandydaci na urząd prezydenta przekrzykiwali się odnośnie do pomysłów na to, co zrobią, by do tego nie dopuścić.

Obecny prezydent Francji, Emmanuel Macron, stwierdził przykładowo, że Polska łamie zasady uczciwej konkurencji „zbyt niskimi płacami”. Wydaje mi się jednak, że to sankcje bądź bariery prawne, które zgodnie ze swoim programem chciał narzucić, byłyby łamaniem zasad uczciwej konkurencji. Ale co ja mogę o tym wiedzieć?

Wydaje się jednak, że wysiłki Macrona spełzły na niczym, więc jest mniej skuteczny od naszego rządu, który prawdopodobnie byłby w stanie uratować nawet taką kopalnię, w której nie ma już węgla. Mógłby na przykład wymóc zwożenie do niej węgla z innych kopalni, przez co powstałoby jeszcze miejsc pracy: w transporcie czy w zarządzaniu. Dodatkowo, mogłyby powstać nowe związki zawodowe…

Jednakże mój wpis powstał w nawiązaniu do wydarzeń sprzed kilkuset lat, ponieważ już wtedy rajcom miejskim musieli doradzać praprzodkowie Johna Maynarda Keynesa.

Oto krotka historia, jak drzewiej miejsc pracy broniono, za wolność naszą i waszą rzecz jasna:

Niedaleko Krakowa mieściło się miasto Lipnica, posiadające duże złoża bardzo dobrej jakościowo gliny. Logicznym więc wydawało się, że powinny tam powstać różnorakie zakłady z gliną związane.

Pierwszym znanym lipnickim garncarzem był niejaki Bartłomiej. Kroniki wspominają o nim pod koniec XV w., natomiast XVI w. to dynamiczny rozwój miasteczka. W 1578 r. król Stefan Batory zatwierdził przywilej dla cechu garncarskiego. W przywileju tym król obniżył lipnickim garncarzom czynsz roczny płacony na rzecz miasta o połowę: z dotychczasowych 12 groszy, na groszy 6.

Co być może wielu z was zaskoczy, lecz innych bynajmniej nie zdziwi, obniżka podatków dodatkowo przyspieszyła rozwój rzemiosła i lokalnych warsztatów.

Proces intensywnego rozwoju rzemiosła ceramicznego w Lipnicy Murowanej postępował: w połowie XVI w. prosperowały tam aż 22 warsztaty garncarskie, zatrudniające dodatkowo licznych pomocników i czeladników. Piękne ceramiczne wyroby trafiały na lokalne rynki i jarmarki. Wydawałoby się więc, że wszyscy powinni być z tego wszystkiego zadowoleni.

Otóż okazało się, że nie wszyscy. Rzemieślnicy z Krakowa wpłynęli bowiem na rajców miejskich. Ponieważ ich zdaniem wyroby lipnickie zalewały to wielkie już wówczas miasto, zabierając pracę lokalnym mistrzom, należało zgodnie z ich postulatami zakazać handlu nimi.

Zastanawiający przy tym jest fakt, że ludzie już w tamtych czasach bali się zalewu tańszych i lepszych jakościowo towarów. Zawsze mnie to dziwiło i w dalszym ciągu dziwi mnie, dlaczego uznaje się to współcześnie za plagę, choć najwidoczniej jest to element tradycji – lepiej drożej i gorzej, byle od „swojaka”.

lipnica

Gdyby natomiast poszukać logicznego wytłumaczenia opisywanych zjawisk, okazuje się, że zawsze chodzi o ochronę interesów konkretnych biznesów i grup wpływów. Nie bez powodu wszak rzemieślnika spoza cechu cech starał się zwalczać. Partacz – dziś kiepski robotnik, kiedyś rzemieślnik niezrzeszony, choć wcale nie gorszy – konkurował z cechami często lepszą ceną czy jakością. Rzemieślnicy zrzeszeni zaś, cóż – wychodzili z założenia, że konkurować nie muszą.

Gdy największy rynek zbytu jak gdyby wyparował, zaczął się powolny upadek cechu garncarskiego w Lipnicy. Jedne miejsca pracy uratowano, inne upadły, a zyskała jedynie wąska grupa krakowskich rzemieślników. Stracili ci lipniccy, stracili też krakowscy mieszczanie, pozbawieni wyboru i zmuszeni kupować droższe wyroby krakowskich rzemieślników.

W 1806 r. Lipnicę odwiedził profesor botaniki Uniwersytetu Jagiellońskiego, niejaki Schültes. Swoje spostrzeżenia odnośnie do gliny i garncarstwa opisał następującymi słowami:

„(…) W Lipnicy istniały pokłady doskonałej gliny, a jednak w miasteczku pracowało zaledwie trzynastu garncarzy, podczas gdy sto razy tyle ludzi znalazłoby dostateczne zajęcie”.

Niestety, nie było wówczas obok niego nikogo, kto szepnąłby mu na ucho:

„Przynajmniej w Krakowie rzemieślnicy nie stracili pracy”.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress