A A + -

Przybylski: Co to będzie z tymi dziećmi? Reforma Gowina

2 kwietnia 2017 Felieton, Publicystyka

Autor: Aleksy Przybylski

Minister Jarosław Gowin chce poprawić sytuację polskiej edukacji wyższej. Jego cel jest z pewnością słuszny, jednak martwię się o metody. Czy faktycznie dadzą oczekiwane rezultaty?

Na razie niewiele wiadomo o ostatecznym kształcie zmian. Mówi się m.in. o zmianie w algorytmie dot. dotacji dla uczelni, wg którego pełna dotacja będzie przysługiwać  uczelniom, które mają 11-13 studentów na wykładowcę. Czy to dużo? Uniwersytet Gdański ma 17 studentów na wykładowcę i żeby zmniejszyć ten wskaźnik do 12 studentów, trzeba pozbyć się 8000 studentów.

Obecnie, jak mówią urzędnicy, algorytm promuje masówki, a dzięki zmianom uczelnie mają postawić na jakość. Oczywiście uniwersyteccy urzędnicy czy z ministerstwa zapewniają nas: „To się nie odbije na studentach! Naszym celem jest nauczanie młodych ludzi!”. Nie wiem jak Wy, ale ja odczuwam delikatny dysonans poznawczy.

Z jednej strony mamy te zapewnienia, a z drugiej mamy np. zamykanie studiów zaocznych na Politechnice Wrocławskiej. Czy PWr postanowiło nagle walczyć z zaocznymi studentami? Strzelam, że ma to jednak związek z nową ustawą. Co gorsza, jakoś nie widzę dużego pożytku w zmniejszaniu liczby studentów np. elektroniki.

Na jednej z górnośląskich uczelni od przyszłego roku nie będzie poprawkowych terminów na 1. roku, a sama rekrutacja ma być trudniejsza. Czy nagle ta uczelnia postanowiła zatroszczyć się o swój poziom? Nie wiem, więc, zgodnie z powiedzeniem, chodzi o pieniądze.

Szczerze mówiąc mam mieszane uczucia. Z jednej strony chcę, by pieniądze przeznaczane na uczelnie były wydawane jak najlepiej (a najlepiej, gdyby były finansowane z prywatnych pieniędzy!), ale z drugiej strony czuję, że ta reforma idzie w złą stronę. Jednak mimo wszystko martwię się o dziatwę i mam wrażenie, że ktoś próbuje, mówiąc brzydko, wydymać młodych, a to jest chyba karalne.

A co gorsza, nie daje im się alternatywy. Polskie szkolnictwo zawodowe szoruje brzuchem po dnie i zaraz się utopi w mule. Co zresztą jest całkiem zabawne, bo rządzący mówią: chcesz mieć pracę? Idź do zawodówki czy technikum! Wtórują im starsi koledzy obecnych gimnazjalistów, którzy sami są po liceum i łudzą się, że po technikum czy zawodówce ich życie byłoby łatwiejsze. Nie byłoby.

Obawiam się, że osoby, które to mówią albo nie były w szkole zawodowej, albo miały trochę szczęścia. Choć w głębi serca mam nadzieję, że przykłady, które mam w głowie są tylko dowodami anegdotycznymi bez odzwierciedlenia w statystykach, ale coś mi podpowiada, że nie. Znam wiele osób po technikum czy zawodówce, które pracy nie znalazły dzięki tej szkole.

No właśnie, „dzięki tej szkole”. Może czas uczyć młodych, że jeśli chcą mieć w miarę fajną pracę po szkole średniej, to nieważne jest do jakiej szkoły pójdą, tylko powiedzieć im otwarcie „zawodówka, technikum czy liceum – to jest nieważne, ważne jest to, co ze sobą zrobisz”? Tymczasem młodzież zachowuje się jak niewidomy i błądzi po omacku – jedni idą do liceum i zaczynają narzekać, że trzeba było iść jednak do technikum czy zawodówki, a drudzy żałują, że spędzili ten jeden rok więcej i mogli jednak iść do liceum. Natomiast trzecia grupa to bohaterzy dowcipów dot. młodocianych przestępców.

Wracając do tematu, uważam, że takie de facto ograniczenie możliwości młodych bez dania im sensownej alternatywy jest ogromnym błędem. To tylko zwiększy ich frustrację i szansę na bezrobocie, co przełoży się na ich radykalizację i – na nieszczęście PiSu – zwrócą się przeciwko partii rządzącej. Lub, co gorsza, przeciwko kapitalizmowi. Ale może nie wszystko stracone i jest to szansa na wprowadzenie rewolucji w szkolnictwie zawodowym? Tylko warto byłoby mieć jakiś pomysł…

Choć z drugiej strony może to jakaś ukryta opcja rynkowa? Jeśli zmniejszy się liczba studentów na publicznych uczelniach, to może znacząco wzrośnie liczba studentów na prywatnych uczelniach i będą one miały większe budżety, żeby konkurować z państwowymi? Tylko mam trzy zastrzeżenia:

1) dlaczego dostaną tych mniej uzdolnionych?

2) dlaczego przy okazji państwowe zostaną wzmocnione?

3) dlaczego pewnie najbiedniejsi znowu dostaną po tyłku? Co do pkt. 3.: dostaną podwójnie – nie tylko będą musieli płacić za uniwersytety dwukrotnie, ale w lepszej sytuacji będą bogate uczelnie, np. Uniwersytet Warszawski.

W sumie to rozwiązanie nie byłoby aż tak złe, gdyby prywatne uczelnie oferowały takie kierunki jak choćby mechatronika. Tymczasem z kierunków inżynieryjnych oferują zazwyczaj tylko informatykę i logistykę. Tak nagłe wprowadzenie tych przepisów nawet nie da im możliwości dostosowania się do potrzeb rynku, bo tworzenie odpowiednich laboratoriów czy zebranie kadry to proces trwający, jak zgaduję, przynajmniej parę lat. O ile ma się odpowiednio dużo pieniędzy.

Dlatego prywatne szkoły zapewne wypuszczą absolwentów ekonomii (których już jest bardzo dużo), filologii, zarządzania czy socjologii. I, broń Boże, nie chcę umniejszać wartości tym kierunkom czy ich studentom, ale czy są oni potrzebni w aż tak dużej liczbie?

Poza tym wcale nie jest pewne, że uczelnie będą chętniej przyjmować na kierunki trudniejsze. Dlaczego miałyby to robić? Nie ma ku temu bodźca. Jest student? Jest, więc dawać pieniądze!

Jeszcze zrozumiałbym to, gdyby wprowadzono długie vacatio legis, aby dać licealistom (i uczelniom!) możliwość dostosowania swoich planów do zmian. Jednakże te zmiany dotkną osoby, które będą już za miesiąc pisać maturę, mimo że przepisy mamy poznać we wrześniu (!). Czy to jest sprawiedliwe? Nie wiem, ale na pewno nie jest to rozsądne. I na ten problem wskazują też władze części uczelni – cały proces należy rozłożyć na kilka lat.

Jeszcze jedna myśl mi się snuje w głowie od dłuższego czasu. Co, jeśli postęp techniczny sprawił, że uczelnie nie mogą już być miejscem, gdzie dąży się do prawdy itd., tylko kolejną szkołą zawodową? Co, jeśli za myśleniem o uniwersytecie jako miejscu, gdzie ma się rozwijać umysł i duch, stoi już tylko i wyłącznie romantyzm, tęsknota za dawnymi czasami?

Na zakończenie krótka oraz gorzka refleksja dot. działań rządu PiS-u. Może Orwell naprawdę przewidział naszą przyszłość? Tylko nie (tylko) w zakresie inwigilacji, ale dwumyślenia: Wojna to Pokój, Kłamstwo to Prawda, Ograniczanie możliwości kształcenia i zatrudnienia młodych osób to Dbanie o młodych?

PS: W trakcie pisania tego felietonu zaglądałem do różnych artykułów prasowych, gdzie były cytowane wypowiedzi przedstawicieli uniwersytetów. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że doszedłem do tych samych wniosków, co oni. Może polskie szkolnictwo zawodowe nie jest jednak takie złe?

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress