A A + -

Mit państwowych inwestycji

9 września 2014 Ekonomia

Było niedawno o inwestycjach i o tym, dlaczego warto inwestować, dzisiaj poruszę temat tzw. inwestycji państwowych. Każdy z nas często słyszy o tym, że dzięki państwowym inwestycjom w infrastrukturę nasza gospodarka może się rozwijać albo podobne wypowiedzi. Problem polega na tym, że są to niemające pokrycia w rzeczywistości bzdury.

MIT ZBITEJ SZYBY

Pierwszy błąd w stwierdzeniach takich, jak zacytowane polega na przeświadczeniu, że można przez proste przesunięcie kapitału z jednego miejsca na drugie pomnożyć go. Równie dobrze można by było uznać, że dzięki temu, że zabierzemy naszemu sąsiadowi 100zł, które miał zamiar wydać na buty i sami kupimy za te pieniądze buty, to nasz sąsiad z jakiegoś powodu wyjdzie na tym lepiej.
Ktoś mógłby zarzucić nam (na tym etapie rozumowania całkiem słusznie zresztą), iż przedstawiona sytuacja może i nie przemawia na korzyść państwowych wydatków, ale jednocześnie nie może być argumentem za inwestycjami prywatnymi. Byłaby to prawda, gdyby nie to, że:

1. Zarządzanie cudzymi pieniędzmi nie wymusza takiej dyscypliny, jak zarządzanie własnymi środkami, więc należy się spodziewać, że przy inwestycjach publicznych będzie więcej pośredników, a co za tym idzie więcej kapitału zostanie zmarnowane na przekazywanie go między instytucjami.
2. W przypadku centralnego planowania wydatków nie ma możliwości dokonania rzetelnej kalkulacji ekonomicznej, więc na inwestycję, która na wolnym rynku kosztowałaby powiedzmy 1000zł, może zostać przydzielonych 10 000zł, 100 000zł albo i 100zł, czy 10zł (co też jest problematyczne, bo oznacza, że ktoś dostaje mniej wynagrodzenia, niż by otrzymał normalnie). Problem ten zostanie przeze mnie szerzej omówiony wkrótce. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematem, to polecam zapoznać się z „Kalkulacją ekonomiczną w socjalizmie” autorstwa L. von Misesa, oraz z „Kapitalizmem, socjalizmem i prawami własności” autorstwa M. Machaja.

INWESTYCJE CZY KONSUMPCJA?

Zanim przejdziemy dalej, zastanówmy się chwilę, czym są inwestycje. W Austriackiej Szkole Ekonomii mianem inwestycji określa się wydatki na dobra wyższych rzędów, wydłużające strukturę produkcji. Przekładając to na język polski, możemy powiedzieć, że są to wydatki, które pozwolą nam w przyszłości więcej produkować. W ostatnim artykule był to zakup ciągnika, pola, bądź nawozu, które pozwalały rolnikowi zwiększyć dochodowość swojej działalności, co było niezbędne do zwiększenia dobrobytu. Jak widać, decyzja o zakupie owego sprzętu nie przyczyniła się do zaspokojenia potrzeb pana Zbysia, ale spowodowała, że w efekcie końcowym pani Grażynka mogła taniej nabyć chleb i warzywa pochodzące z jego uprawy.
W przypadku wydatków publicznych nie mamy do czynienia z sytuacją omówioną powyżej. Urzędnicy państwowi odbierają siłą innym osobom pieniądze i dysponują nimi wedle własnego uznania, zatem nie po to, żeby zaspokoić potrzeby końcowych konsumentów, jak pani Grażynka, tylko swoje własne.
Murray Rothbard w książce „Wielki kryzys w Ameryce” (dostępnej za darmo w pdf tutaj) pisał w ten sposób:

Ostatnio, zwłaszcza w literaturze poświęconej „krajom zacofanym gospodarczo”, coraz częściej mówi się o „inwestycjach” rządowych. Takie inwestycje jednak nie istnieją. „Inwestycje” definiuje się jako wydatki poczynione nie w celu bezpośredniego zaspokojenia potrzeb tych, którzy te inwestycje realizują, lecz potrzeb innych osób, mianowicie końcowych konsumentów. Maszyny produkuje się nie po to, aby służyły przedsiębiorcom, lecz po to, żeby służyły końcowym konsumentom, którzy z kolei wynagradzają przedsiębiorców za poczynione przez nich inwestycje. Rząd zdobywa fundusze, konfiskując je osobom prywatnym. Wydając te fundusze, urzędnicy rządowi zaspokajają własne potrzeby. Urzędnicy państwowi, używając do tego celu siły, dokonują zmian w strukturze produkcji po to, aby zostały zaspokajane ich potrzeby, a nie prywatnych konsumentów. Wydatki dokonywane przez urzędników mają więc czysto konsumpcyjny charakter. W związku z tym nie można ich nazwać „inwestycjami” bez względu na to, jak bardzo byśmy rozszerzyli znaczenie tego terminu (jeśli urzędnicy rządowi wydają pieniądze na inne cele niż ich konsumpcja, to oczywiście nie można mówić o „konsumpcji”, lecz o wyrzucaniu pieniędzy w błoto).

NO I CO Z TEGO?

No właśnie – nasze rozważania moglibyśmy potraktować jako ciekawostkę, spór o definicje niemający przełożenia na rzeczywiste problemy. Otóż, nie można mówić o rozwoju spowodowanym przez inwestycje rządowe – nawet, jeśli gdzieś powstanie np. droga sfinansowana ze środków publicznych, to nie przynosi ona zysków (dochodzi do tego problem kalkulacji ekonomicznej, ale jest to materiał na inny artykuł, jak nie książkę). Dodatkowo w trakcie kryzysów, prace publiczne w postaci np. tworzenia dróg i autostrad nie pozwalają wyjść z nich, a wręcz je pogłębiają (o tym też będzie szerzej).

Zachęcam do polubienia naszego profilu na facebooku, na którym zawsze będą się pojawiały informacje o nowych wpisach.

Autor: Wiktor Gonczaronek
Korekta: Renata Dębska

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress