A A + -

Libertariańskie argumenty za Unią Europejską

10 sierpnia 2016 Artykuły, Ekonomia

Autor: Dalibor Rohac
Źródło: reason.com
Tłumaczenie: Kamil Strumidło
Korekta: Adrian Łazarski

Rozpad UE przyniósłby więcej nacjonalizmu i protekcjonizmu

Wolnorynkowcy żywią dobrze uzasadnioną niechęć do Unii Europejskiej (UE). Ja na przykład spędziłem dużo czasu, krytykując związane z nią populistyczne przeregulowanie, korupcję, straty spowodowane wspólną walutą europejską, unijne fundusze strukturalne, czy Wspólną Politykę Rolną. Tak jak wielu innych jestem przekonany, że UE jako organizacja jest pełna wad i zasługuje na większość z krytyki, wychodzącej z kół prorynkowych. Myślę również, że sprawy bardziej podstawowe, takie jak konkurencja instytucjonalna czy „głosowanie nogami“ są ważne i postrzegam bezmyślną „harmonizację“ ustrojów prawnych oraz regulacyjnych na całym kontynencie jako niezwykle szkodliwą.

Nie sądzę jednak, tak jak kiedyś, że UE stanowi największe zagrożenie dla wolności i dobrobytu w Europie. Nie wierzę również, że opuszczenie UE przez Wielką Brytanię, czy któreś z mniejszych państw Środkowej Europy, takich jak moja ojczyzna, Słowacja, uczyni go lub cały kontynent bardziej libertariańskim. Rozpad prawdopodobnie popchnąłby Europę w kierunku nacjonalizmu i protekcjonizmu oraz zaprzepaścił niektóre z rzeczywistych dobrodziejstw integracji europejskiej.

Po pierwsze, co by o niej nie myśleć, czasami Unia stanowiła motor napędowy dobrych zmian. Każdy głupi wie, że nie od zawsze panował w Europie wolny przepływ dóbr, kapitału, ludzi, a również i usług do pewnego stopnia. Normy nie stanowił wolny handel, lecz zjadliwy protekcjonizm. Często cytowanym kontrprzykładem jest druga połowa XIX wieku, uwieńczona „pierwszą epoką globalizacji”. Nie wolno jednak popaść w retrospektywny optymizm, ponieważ z powodu takich rozwiązań jak niemiecka unia „żyta i żelaza” z 1879 roku, czy francuska taryfa Méline’a z 1982 roku, Europa nie była strefą wolnego handlu. Pomyśl również o transformacjach gospodarczych dokonanych w Środkowej i Wschodniej Europie. Bez względu na stosunek do UE trzeba przyznać, że perspektywa członkostwa stanowiła jeden z motorów napędowych reform politycznych i ekonomicznych, które byłyby arcytrudne, gdyby tylko tej perspektywy zabrakło.

Po drugie pomocnym będzie skupienie się na skali problemu. Roczny budżet UE wynosi jeden procent jej PKB. Niedawno obwiniłem fundusze strukturalne o szerzenie korupcji w niektórych krajach Europy Środkowo-wschodniej po przystąpieniu do Unii, ale nawet fundusze strukturalne są stosunkowo skromne, wynosząc łącznie około 4 procent PKB tych państw.

Tym, co słusznie trapi krytyków UE, nie jest absolutny wymiar wydatków, a raczej właściwe im marnotrawstwo. W okresie 2014-2020 UE planuje wydać 312 miliardów euro na subsydia rolnicze. O wiele większym problemem jest pozafiskalna strona Unii, mianowicie zbędna biurokracja i regulacje tworzone każdego roku. Wynika to rzecz jasna z braku odpowiedzialności brukselskich mandarynów oraz z ich wiary w istnienie uniwersalnego rozwiązania dla każdego europejskiego problemu.

Są to uprawnione zarzuty, niemniej jednak dziwnym wydaje się myślenie o Unii jak o zewnętrznej, egzogennej sile, zwalającej szkodliwą legislację na niczego się niespodziewające państwa członkowskie. Przecież złożona z reprezentantów rządów krajowych Rada Europejska stanowi integralną część procesu legislacyjnego. Tylko w nielicznych, określonych przez Radę przypadkach Komisja Europejska (to szare, anonimowe, wyłączone z odpowiedzialności ciało biurokratyczne) może działać na własną rękę.

Rację mają eurosceptycy, zwracając uwagę na to, że duża część prawodawstwa przyjętego w krajach Unii pochodzi z Brukseli, tak samo jak przeważająca część ciężaru regulacyjnego, napotykanego przez europejskie przedsiębiorstwa. Jest to jednak odbicie zarówno struktur instytucjonalnych, ułatwiających przyjęcie złego ustawodawstwa w całej Unii, jak i również niezwiązanego z tymi strukturami klimatu intelektualnego, który widzi wszystkie ludzkie problemy jako możliwe do naprawienia na drodze działania legislacyjnego, nie analizując kosztów i zysków. Wydaje się prawdopodobne, że szkodliwe prawo europejskie po części zastępuje szkodliwe prawo lokalne. Oczywiście to nie czyni go ani trochę lepszym, ale powinno rzucić cień wątpliwości na pogląd, mówiący że gdyby nie Unia, krajowi decydenci ustalaliby zdecydowanie lepsze prawo.

Unia często działa w sposób nieprzyjazny wolności i dobrobytowi, ale przecież tak samo jest z innymi politycznymi organizacjami, grupami i ruchami, dlatego potrzebujemy wyczucia perspektywy, aby zidentyfikować naszych głównych wrogów. Ja zdecydowanie bardziej obawiam się rosnącej w siłę neoreakcji w Europie, ambicji imperialnych Władimira Putina w bezpośrednim sąsiedztwie Unii, związków kremlowskiego reżimu z populistycznymi nacjonalistami wewnątrz Unii oraz szkód mogących powstać w razie ich dojścia do władzy. To nie są jedynie abstrakcyjne zagrożenia. Na Węgrzech inspirowany przez Rosję i Chiny, chcący stworzyć węgierską alternatywę  dla liberalnej demokracji Viktor Orban, zdołał znacjonalizować system emerytalny, obsadzić zarząd  banku centralnego politycznymi poplecznikami i pomóc w wyborze byłego skinheada na wicemarszałka parlamentu węgierskiego.

Ktoś mógłby rzec, że wybór pomiędzy Orbanem lub Putinem z jednej strony, a Jean-Claude Junckerem z drugiej jest fałszywym wyborem. W rzeczy samej, twierdzę, że obecny antyunijny populizm jest w dużej mierze odpowiedzią na zamordystyczną politykę oraz katastrofalną odpowiedź przywódców europejskich na kryzys finansowy w 2008 roku, która doprowadziła do sześcioletniej recesji w Grecji. Kontynent potrzebuje przekonującej intelektualnej alternatywy wobec sposobu, w jaki obecnie rządzi się Unią Europejską. Alternatywa ta musi wziąć pod uwagę znaczenie konkurencji instytucjonalnej oraz ograniczyć arbitralne uprawnienia posiadane przez niewybieralnych biurokratów (bądź pseudoparlamentarne organy). Niemniej taka alternatywa nie wyjdzie z populistycznej prawicy europejskiej, a w międzyczasie, jeżeli przeważający dzisiaj klimat intelektualny się utrzyma, wciąż możemy stać przed nieprzyjemnym wyborem pomiędzy agresywnym nacjonalizmem, a wadliwą Unią Europejską.

Jedna z przyczyn trudności określenia faktycznej alternatywy dla członkostwa w Unii została opisana w znanym, opublikowanym w 1956 roku w Review of Economic Studies, artykule naukowym Richarda Lipseya i Kevina Lancastera, prezentującym koncepcję „drugiego najlepszego rozwiązania“. Mówiąc prostymi słowami, polega ona na tym, że w świecie wypełnionym licznymi zaburzeniami, wcale nie jest oczywistością, że usunięcie jednego z zaburzeń w izolacji (powiedzmy członkostwa w Unii) przybliży nas do oczekiwanego stanu rzeczy, ponieważ inne zaburzenia (np. lokalny nacjonalizm) mogłyby stać się „wiążące'”.

Jeśli brzmi to zbyt ogólnikowo, to zastanów się jak prawdopodobnie przebiegałby rozpad UE. Po pierwsze wydaje się dosyć nieprawdopodobne, że przeważającą siłą sprawczą rozłamu, byliby prorynkowi krytycy Unii, tacy jak Richard Sulik ze Słowacji, czy Alternatywa dla Niemiec, którzy nawet nie optują za opuszczeniem Unii. Rozpad nastąpi raczej rękami polityków takich jak Marine Le Pen, Geert Wilders czy Orban, którzy zręcznie łączą retorykę eurosceptyczną (która może, acz nie musi brzmieć libertariańsko) z nacjonalizmem oraz wzbudzaniem antyimigracyjnej paniki.

Biorąc pod uwagę znaczenie imigracji, trudno sobie wyobrazić, że po rozpadzie Unii zachowany zostanie swobodny przepływ osób w całej Europie. Z dużym prawdopodobieństwem także rozpad przyniesie falę protekcjonizmu i przeszkód dla wewnątrzeuropejskiego handlu. Możliwość nagłego demontażu unijnych praw i regulacji, stanowiłaby wyśmienitą okazję lobbystów i aktywnych poszukiwaczy renty w państwach europejskich, by domagać się specjalnych przywilejów, subsydiów, ceł, czy kwot chroniących ich od konkurencji europejskiej.

Zgadzam się, że to jedynie spekulacja. Być może rozpad okazałby się zupełnie przyjazny, tak jak w przypadku Czechosłowacji w roku 1992 i przyniósłby wolny, zintegrowany gospodarczo kontynent, uwolniony po prostu od ciężaru brukselskiej biurokracji. Być może poszczególne kraje porzucą euro, nie powodując przy tym wielkiego kryzysu finansowego. Ale niekoniecznie. Pamiętajmy, że prorynkowi eurosceptycy nie będą mogli po prostu wybrać typu rozpadu, który im się podoba. Skoro więc istnieje znaczne ryzyko, że sprawy przybiorą paskudny obrót, jak bardzo rozsądne jest dopingowanie rozpadu Unii?

Gospodarcze i polityczne problemy Europy oraz wywołana przez nie niebezpieczna odpowiedź populistów, w dużej mierze wynikają z jej własnej winy. Z pozostawieniem stanu rzeczy takim, jaki jest, wiąże się również ryzyko spadku, ale zamiast karmić się fikcją lepszego życia poza Unią, bardziej praktyczne byłoby przekonać Europejczyków, że UE potrzebuje skupić się na zapewnianiu dóbr publicznych rzeczywiście potrzebnych na terenie całej Europy, takich jak wspólny rynek, swobodny przepływ ludzi, dóbr, kapitału i prawdziwy rynek usług, zamiast na rozrzutnym rozdawnictwie i przeregulowaniu. Aby wyjść z obecnego kryzysu i zapobiec nowym, Unia musi nauczyć się gospodarować wspólną walutą i nie pozwalać na chroniczną nieodpowiedzialność fiskalną swoich państw członkowskich. W związku z wojną rosyjsko-ukraińską wynikła również duża potrzeba wspólnej europejskiej polityki zagranicznej i obronnej, w miejsce zwykłego polegania na gotowości Ameryki do patrolu sąsiedztwa europejskiego.

Kontynent wyraźnie potrzebuje zdecydowanej regulacji, jak ta z lat siedemdziesiątych, a również i silniejszej ochrony instytucjonalnej wobec niepohamowanego namnożenia się szkodliwych dla gospodarki rozwiązań prawnych w przyszłości. W poczet środków ochronnych wchodzić mogłoby wzmocnienie roli Rady Europejskiej i powrót do jednomyślności w głosowaniu nad poważnymi kwestiami polityki gospodarczej.

Dopóki więcej Europejczyków nie przekona się do zalet wolnego rynku i małego rządu, dopóty ruch Unii w tym kierunku będzie daleki od oczywistości. Jednakże w tym wypadku równie nieprawdopodobne jest, że efekt rozpadu Unii spodoba się libertarianom. Jakkolwiek by nie było, warto pamiętać, że pomimo wszystkich wad w projekcie europejskim i jego wykonaniu, Europejczycy cieszą się bezprecedensowym okresem pokoju, pomyślności i wolności. Byłoby szkoda, gdyby ten okres dobiegł końca.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress