A A + -

Libertariańscy utopiści kontra rzeczywistość

5 lipca 2014 Publicystyka

Przyglądając się dyskusjom na internetowych forach można zauważyć w środowisku libertariańskim/wolnościowym pewną niepokojącą tendencję: niektórzy mają skłonność do myślenia utopijnego albo życzeniowego. Snują zawiłe modele typu „co by było gdyby”, tworzą nieistniejące światy, rozważają przypadki totalnie oderwane od rzeczywistości i niemające wiele wspólnego z realnymi problemami większości ludzi. Pół biedy, kiedy dzieje się to w swoim gronie, gdzie każdy rozumie czym jest i na czym polega libertarianizm – właściwie takie teoretyzowanie jest nawet dobre, rozwijające intelektualnie – sam napisałem przynajmniej kilka artykułów w tym klimacie. Gorzej, jeśli tego typu myślenie, w skład którego wchodzą różne skrajne i dziwaczne poglądy, obsesje i urojenia (nie będę może podawać przykładów – wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi), a nawet swego rodzaja utopizacja, wydostaje się do świata zewnętrznego i styka z ludźmi, którzy libertarianami nie są i libertarianizmu nie rozumieją. Kiedy zabierają się za to partie polityczne, ich członkowie, działacze różnych stowarzyszeń, publicyści piszący dla szerszej publiczności – rodzi to wiele niepotrzebnych nieporozumień.

Przykładem może być standardowa dyskusja libertarianina/wolnościowca/korwinisty/etc. z krytykiem kapitalizmu. Antykapitalista wylicza (czasem całkiem merytorycznie) wady i problemy, występujące według niego w kapitalizmie. Co odpowiada wolnościowiec? – „To nie jest kapitalizm. To wina socjalizmu/socjaldemokracji/korporacjonizmu/czegokolwiek innego w czym obecnie żyjemy”. Ok, może i racja. Ale czy to cokolwiek zmienia? Czy rozwiązuje w jakiś sposób realny problem, który ów „lewak” wskazał? Nie bardzo – raczej przeradza się w jałową kłótnię o znaczenie terminów. Jednak dla człowieka, który nie ma co do garnka włożyć, nie robi wielkiej rożnicy, jak się nazywa system, w którym on żyje.

Inny przykład: ktoś twierdzi, że wolny rynek z czymś sobie nie radzi, albo że występują jakieś problemy społeczne. Wolnościowiec odpowiada: „Na prawdziwie wolnym rynku takiego problemu by nie było”, albo: „Prawdziwy wolny rynek by to rozwiązał”. Ok, ale co to jest ten „prawdziwie wolny rynek”? Coś jak yeti – każdy słyszał, nikt nie widział. Dla większości ludzi odpowiedź warta mniej więcej tyle, co twierdzenie komunisty, że prawdziwy komunizm nigdy nie istniał, bo systemy komunistyczne odeszły od jego pierwotnych założeń. Prawda, ale problemy pozostają nierozwiązane.

Kolejny przykład, trochę innego sortu, dość często spotykany u korwinistów. Na zarzut, że „narkomani, ludzi nieudolni, pechowcy, etc. będą cierpieć lub umierać”, odpowiadają oni: „Trudno, niech sobie umierają, kilku darmozjadów mniej”. Ok, sam jestem człowiekiem, który nie ma w sobie zbyt wiele empatii, ale z czysto pijarowych względów, uwierzcie mi, robicie to źle.

Tego typu pogadanek można wymienić jeszcze wiele, ale myślę, że wiadomo o co chodzi.

Problemem jest zderzenie pięknej teorii libertarianizmu z szarą i okrutną rzeczywistością i działaniami praktycznymi, w terenie, mającymi za zadanie pozyskać zwolenników. Problem, przed którym staje każda idea polityczna, którą chce się wprowadzić w życie. A brak pogodzenia z pewnymi okrutnymi faktami skutkuje popadnięciem w utopię, a czasem może być wręcz niebezpieczne dla samego idealisty i jego otoczenia. Poniżej przedstawiam kilka faktów (według mnie prawdziwych), które powinien brać pod uwagę każdy aktywista wychodzący na spotkanie z nielibertariańskim środowiskiem.

I. Istnienie państwa jest naturalnym stanem rzeczy. A w każym razie czymś normalnym i powszechnie spotykanym. Czy Wam się to podoba, czy nie. Państwa pokrywają prawie całą kulę ziemską. Ludzie zawsze je tworzyli – czy to w pokojowy sposób, czy na drodze wojny, czy jakkolwiek inaczej, ale się pojawiały. Anarchia nigdzie nie przetrwała zbyt długo. Łudzenie się, że kiedyś państwa znikną, jest po prostu naiwne – ludzie mają wyraźną tendencję, aby je zakładać i podtrzymywać przy życiu. Możemy się zastanawiam, czy to dobre, czy złe; możemy myśleć, dlaczego tak jest, ale bez względu na przyczyny – tak właśnie jest i należy brać to pod uwagę. Państwo istnieje ze wszystkimi swoimi wadami i przypadłościami (i zaletami też – uproszczeniem byłoby twierdzenie, że państwo to czyste zło). Tworzenie modeli, które nie biorą pod uwagę występowania państwa, podatków, przepisów, regulacji, etc. może i jest ciekawe, ale cholernie niepraktyczne – po co mi model, którego nie da się nigdzie zastosować, może oprócz organizacji życia pingwinów na Antarktydzie? Uwierzcie mi, że przeciętnego Kowalskiego guzik obchodzi, jak będzie wyglądało jego życie w jakimś mitycznym akapie, który nastanie niewiadomo kiedy. On chce wiedzieć, co będzie za 5-10 lat, w świecie, w którym musi płacić podatki, w którym może trafić do więzienia za palenie jointa, w którym rząd może mu zniszczyć firmę. Libertarianin-praktyk musi umieć mu odpowiedzieć, co będzie tu i teraz, i co realnie da się zmienić.

II. Wojny (konflikty) były, są i będą. Jeśli ktoś twierdzi, że zna przepis na świat, w którym wszyscy będą ze sobą współpracować i pokojowo rozwiązywać problemy, to po prostu kłamie. Nikt w historii nie rozpętał takiego piekła jak ci, którzy obiecywali raj na ziemi. Raj na ziemi nie istnieje, koniec i kropka. Również libertarianie muszą się z tym pogodzić. Niektórzy libertarianie zwalają winę za konflikty na istnienie opresyjnych państw. Pomijając punkt poprzedni, zapominają oni, że wojny są rzeczą ludzką i leżą w naszej naturze. Jakiegokolwiek systemu byśmy nie stworzyli, nie można się łudzić, że ludzie porzucą swoje emocje, namiętności i irracjonalne zachowania. Złamać aksjomat o nieagresji jest bardzo łatwo i ludzie robią to często. Obiecując wspaniały świat oszukujemy siebie i innych.

III. Większość ludzi ma w nosie Waszą teorię. Załóżmy, że istnieje wolnościowa społeczność, która do perfekcji opanowała zasady libertarianizmu i żyje w wolności, pokoju oraz poszanowaniu rozumu i godności człowieka. Załóżmy też, że pod jej bramy przybędzie dziesięciokrotnie silniejsza armia, która chce tylko gwałcić, palić i rabować. Co zrobią? Polecą im poczytać Rothbarda? Możecie być najmądrzejsi i przeczytać setki książek, ale dopóki inni nie zaakceptują Waszego systemu wartości, nie będzie on wiele warty. Tym samym stosowanie restrykcyjnych modeli libertariańskich w warunkach, w których nie mają one możliwości zadziałania (wojna, opresyjne państwo, socjalizm) jest zwyczajnie bezsensowne. Tyczy się to głównie idealistów, którzy stawiają sprawę „libertarianizm albo życie” i to życie przy tym tracą. Możecie zarzucać różnym bardziej umiarkowanym i pragmatycznym politykom bądź działaczom, że idą na kompromis z władzą albo nie stosują w pełni libertariańskich rozwiązań, odrzucając przy tym swoje ideały, ale oni przynajmniej coś robią – obniżą podatek o kilka procent, wprowadzą jakąś deregulację, mały kroczek w stronę wolności. Bywa, że jest to jedyne, co da się zrobić i to czasem kosztem czegoś, ale i tak lepsze, niż nierobienie niczego i czyste teoretyzowanie. Partia, która ma 5% procent nie powinna zachowywać się tak, jakby miała władzę absolutną, a kanał na YT z 5 tys. subsrybentów nie ma władzy nad umysłami mas.

Działalność na rzecz wolności to nie tylko przekonanie o własnej racji, ale przede wszystkim dawanie dobrego przykładu, polepszanie obecnego stanu rzeczy i praca u podstaw. Dlatego też…

IV. …podludzie nie istnieją. Wielu szeroko rozumianych wolnościowców wydaje się patrzeć z wyższością na innych ludzi, jakby to tylko oni poznali prawdy objawione, a cała reszta była ignorantami, stojącymi na przeszkodzie w drodze do wolności. To nie jest takie proste. Wbrew pozorom, ludzie to nie debile. Każdy człowiek ma swój światopogląd, ma jakieś doświadczenie życiowe, własne przekonania i zadaniem libertarianina nie jest wyśmiewanie tego, ale zrozumienie, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Nawet jeśli ktoś jest rzeczywiście głupi, to pozostawienie go w takim stanie nie jest sukcesem. Powiedzenie debilowi (czego i tak nie zrozumie), że jest debilem, nie sprawi, że tym debilem być przestanie. Dalej będzie chodził po świecie, głosił swoje poglądy i stanowił problem. A nawet taki Szumlewicz ma swoje racje i swój rozum, po jakkolwiek dziwnych ścieżkach by on nie chadzał – możecie się z niego śmiać, szydzić, kręcić bekę, rwać włosy z głowy zastawiając się, jak można być tak tępym, ale czy cokolwiek Wam to daje? Prawdziwym sukcesem byłoby zrozumienie, skąd tacy Szumlewicze się biorą i jak sprawić, by było ich jak najmniej.

Tym samym należy pamiętać, że człowiek, który przychodzi na libertariańskie forum i zadaje pytanie, powątpiewając przy tym w libertariańskie rozwiązania lub proponując swoje alternatywne, niekoniecznie musi być „lewacką kurwą, która ma już przygotowaną gałąź na Dzień Sznura”. Skoro pyta, oznacza to, że chce wiedzieć, zrozumieć. I Twoim świętym obowiązkiem, jako libertarianina z misją, jest mu to wytłumaczyć. Spokojnie, cierpliwie, bez bluzgów i bez szyderstw. Jeśli trzeba będzie tłumaczyć 7 razy, zrób to 7 razy. Jeśli 77, to 77. Jeśli ten człowiek odejdzie nieprzekonany, albo będzie miał o Tobie złe zdanie, będzie to Twoja porażka.

Należy też pamiętać, że jako libertarianie wciąż jesteśmy ludźmi i możemy się mylić. Czasem taki „lewak” może po prostu mieć rację i należy brać to pod uwagę. Jeśli ktoś słusznie wytyka Ci błąd, powinieneś być za to wdzięczny.

V. Nie ułożysz świata według własnego przepisu. Bycie u władzy i realny wpływ na to co się dzieje jest dobre, ale nie może zastąpić zdrowego rozsądku. Wcale nie musi być tak, że jak odsuniemy obecne elity i zastąpimy je swoimi ludźmi, od razu będzie lepiej lub uda się stworzyć stabilny i idealny system.

Po pierwsze: władza deprawuje. Zasada ograniczonego zaufania powinna obowiązywać wszystkie partie polityczne. Również (a może nawet w szczególności) takie jak KNP i Partia Libertariańska. Nie wiemy, jakie plany kryją się pod siwizną Korwina lub uśmiechem Sierpińskiego. Nie wiemy, jak ci ludzie się zachowają, kiedy już sięgną po władzę. Nie twierdzę, aby na nich nie głosować, albo żeby na każdym kroku węszyć spisek. Broń Boże nie twierdzę, aby pogłębiać wzajemne animozje i podziały, których i tak jest zbyt wiele. Ale uważam, że lepiej nie tworzyć sobie niepodważalnych autorytetów oraz nie popadać w kult w jednostki, co niestety bardzo często ma miejsce wśród wyborców KNP (PL jest na to jeszcze za mała i nie ma charyzmatycznego lidera). Podejrzliwość powinna być szczególnie silna wśród samym członków owych partii, bo to oni są w stanie pierwsi zauważyć i zareagować, kiedy ktoś zacznie działać na szkodę wolności.

Po drugie: nigdy nie będziemy mieli 100% poparcia. Zawsze będą ludzie, którzy będą nas nienawidzić i zawsze będą prądy przeciwne libertarianizmowi. Paradoksalnie, to właśnie libertarianizm, ze swoją wolnością słowa i swobodą organizowania się, jest najkorzystniejszy dla rozkwitu tego typu prądów. Najgłośniejsze ruchy antykapitalistyczne działają w krajach najbardziej kapitalistycznych. Nie uda nam się stworzyć systemu w którym wszystko będzie na swoim miejscu i nie trzeba się już będzie o nic martwić. Zawsze ktoś będzie nam próbował odebrać wolność. Wolność wymaga nieustannej czujności i walki.

VI. „Prawdziwy wolny rynek” nie istnieje. Nie i już. Po pierwsze, patrz punkt pierwszy – istnieje państwo. A nawet jeśli założymy, że państwa nie ma, to patrz punkt drugi, trzeci i piąty – zawsze będą siły – oszuści, mafie, monopoliści, terroryści, szajki, ludzie niestosujący się do żadnych zasad – które będą wolny rynek niszczyć. Co nie zmienia faktu, że warto do niego dążyć. Istniało w historii sporo państw, który mniej lub bardziej zbliżyły się do ideału i je należy sobie brać za wzór. Ale zamiast twierdzić, że „na prawdziwie wolnym rynku będzie tak i tak”, lepiej mówić: „teraz jest tak i tak, ale realnie myśląc, możemy zmienić to i tamto, a wtedy będzie lepiej”.

VII. Podziały szkodzą. Środowisko wolnorynkowo-libertariańsko-prawicowo-demokratyczno-republikańsko-monarchistycznie-etc. jest w Polsce bardzo podzielone i ciągle się dzieli – nie jest to za dobre (wiem, na całym świecie tak jest). Da się zaakceptować, gdyby te podziały były jeszcze jakieś sensowne i mocno uzasadnione, ale można zauważyć, że wiele animozji wynika z drobnych różnic światopoglądowych, a nie z poważnej różnicy interesów. Dochodzi do tak skrajnych przypadków, że ktoś boi się wymienić nazwy drugiego ugrupowania, zareklamować jego akcji, albo znaleźć się z nim na jednym plakacie, żeby nie być posądzonym o sympatyzowanie. Ci nie będą współpracować z tamtymi, bo za bardzo konserwatywni, tamci mają za dużo sympatii do monarchii, inni do demokracji, jedni za bardzo lubią pedalskie flagi, inni trzymają z klerem, kogośtam kręci konfederatka, jeszcze inny wyznaje prawo Thelemy – do diabła z tym. Dla przeciętnego Kowalskiego i tak jesteście jedno i to samo. Nie łudźcie się, że zauważy różnicę, bo jeden uważa się za narodowego libertarianina, drugi za anarchokonserwatystę, a trzeci jest agorystą. Jeden chce akapu, drugi minarchizmu, trzeci państwa minimum, czwarty liquid democracy, a piąty monarchii stanowej. Owszem, pijar możecie sobie budować po swojemu, poglądy możecie mieć jakie chcecie, możecie się wykłócać na forach i polemizować w publikacjach, ale realnie myśląc, w rzeczach, które naprawdę da się zmienić w chwili i stanie obecnym, jeśli tylko uważacie się za wolnościowców, cele macie te same i jesteście na siebie skazani.Nie warto kruszyć kopii i wyższać libertarianizm nad konserwatywnym liberalizmem, czy o to, kto, gdzie i jak powinien mieć prawo wyborcze, albo czy republika jest lepsza od demokracji albo monarchii, skoro wszystkie te rzeczy są równie odległe, gdyż na drodze stoi wspólny wróg w postaci Lewiatana, którego pokonanie zajmie jeszcze wiele czasu.

Każde prowolnościowe działanie przybliża do celu wszystkich. Nie ma znaczenie, kto jest twórcą projektu, jeśli sam projekt jest dobry i może przynieść dobre owoce. A tego życzę Wam i sobie.

Autor: Wojciech Mazurkiewicz
Źródło: libertarianin.org

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress