A A + -

Libertarianizm, prawa zwierząt i rechot redaktora Warzechy

12 grudnia 2017 Artykuły, Libertarianizm

Libertarianizm, prawa zwierząt i rechot redaktora Warzechy. Uwagi na marginesie projektu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt

Autor: Włodzimierz Gogłoza

Autor jest prawnikiem i wykładowcą akademickim, mającym na koncie szereg publikacji naukowych poświęconych różnym aspektom myśli wolnościowej, współredaktorem tomu Libertarianizm. Teoria, praktyka, interpretacje, jak również członkiem Stowarzyszenia Otwarte Klatki i koordynatorem kampanii społecznej Jasna Strona Mocy. Prywatnie weganin, adept boksu i Muay Thai. Prowadzi stronę pod adresem wgogloza.com.

I. W ostatnich dniach w szeroko rozumianym środowisku wolnościowym rozgorzała dyskusja sprowokowana wniesionym do Sejmu poselskim projektem nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, przewidującym m.in. wprowadzenie zakazu chowu zwierząt futerkowych. Dyskusja ta dotyczy zarówno kwestii natury ogólnej, głównie tego, na ile pomysł objęcia zwierząt ochroną prawną jest “lewacki”, jak i partykularnych, odnoszących się przede wszystkim do okoliczności powstania tego projektu oraz stojącego za nim rzekomo lobby. Niniejszym tekstem chciałbym odnieść się do kilku wątków podnoszonych w tej dyskusji, z unikalnej pozycji – jako libertarianin, a zarazem aktywista prozwierzęcy, mający wiedzę z pierwszej ręki na temat szeregu towarzyszących wniesieniu tego projektu wydarzeń, z których część, zdaniem jego przeciwników, ma znamiona “afery”.

II. Zanim jednak podejmę najbardziej sensacyjny wątek pojawiający się w debatach nad ustawą (zainteresowani wyłącznie kwestią kasy, utylizatorów i “ekoterrorystów” mogą od razu przejść do punktu trzeciego), pozwolę sobie w kilku zdaniach ustosunkować się do pewnego zagadnienia natury ideowej. W rzeczonej dyskusji pojawiają się bowiem głosy, jakoby teza, iż zwierzęta nie powinny być uznawane przez prawo za rzeczy była ze swej natury lewacka, zaś argumenty przemawiające za poszerzeniem ich prawnej ochrony były z gruntu niepoważne. W kontekście rzeczonej nowelizacji stanowisko to znalazło szczególnie dobitne odzwierciedlenie w rechocie, z jakim w programie “Warto rozmawiać” red. Warzecha skwitował argumenty zwolenników wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt na futra. Czy zatem rzeczywiście prawna ochrona zwierząt jest nie do pogodzenia z wolnorynkowym światopoglądem? Nie.

Początek rozwoju współczesnego ruchu prozwierzęcego tradycyjnie datuje się na rok 1975, kiedy to w Stanach Zjednoczonych ukazało się pierwsze wydanie książki Petera Singera, Animal Liberation: A New Ethics for Our Treatment of Animals[1]. Nie była to jednakże pierwsza szeroko komentowana pozycja, której autor opowiedział się za przyznaniem zwierzętom jakiejś formy ochrony. Wcześniej pogląd tego rodzaju wygłosił m.in. jeden z najbardziej prominentnych przedstawicieli libertarianizmu (a zarazem jeden z najwybitniejszych filozofów politycznych XX wieku), Robert Nozick[2]. W swoim kanonicznym dziele Anarchy, State, and Utopia[3] przekonywał on, że szeroko rozpowszechnione przekonanie, określane przez niego „utylitaryzmem dla zwierząt i kantyzmem dla ludzi”, zgodnie z którym powinno się maksymalizować ogólną szczęśliwość wszystkich istot żywych, ale nakładać zewnętrzne ograniczenia jedynie na to, co można zrobić innemu człowiekowi, nie jest właściwe. Zwierzęta nie są przedmiotami i ich dobrostan winien być brany przez ludzi pod uwagę zawsze, gdy podejmują oni działania mogące powodować ból, cierpienie, a zwłaszcza skutkować śmiercią. W szczególności powinni się oni powstrzymywać od ich krzywdzenia dla osiągnięcia własnej przyjemności. Bilansując koszty moralne i zysk odnoszony przez ludzi z jedzenia mięsa dochodzi on do również wniosku, iż przynajmniej w świecie zachodnim (w oryginale w USA), charakteryzującym się szerokim dostępem do alternatyw dla produktów odzwierzęcych, zwyczaj jego spożywania nie jest usprawiedliwiony (on sam był ścisłym wegetarianinem)[4]. Wprawdzie po Nozicku temat ten już dość rzadko był podejmowany przez libertarian (a jeśli już, to zazwyczaj w tonie polemicznym), nie oznacza to jednak, że w gronie wolnościowców brakowało później osób podzielających jego konkluzje, choć niekoniecznie podawaną przez niego argumentację.

Etycznymi wegetarianami bądź weganami są m.in. Michael Huemer, autor najlepszej jak dotąd pozycji na temat anarcho-kapitalizmu, książki The Problem of Political Authority, niestrudzony popularyzator klasycznego liberalizmu Tom G. Palmer, a nawet felietonistka paleolibertariańskiego serwisu LewRockwell.com Cathy Cuthbert. Także w Polsce od początku krystalizowania się ruchu libertariańskiego (czyli mniej więcej od połowy lat dziewięćdziesiątych) wśród jego uczestników można było spotkać całkiem sporo osób ograniczających korzystanie z produktów pochodzenia zwierzęcego, o czym doskonale wiedzą wszyscy ci, którzy uczestniczyli w jego pierwszych spotkaniach. Co więcej, i co istotniejsze, dla prowadzonych tu rozważań niektórzy polscy libertarianie już wówczas aktywnie angażowali się w akcje prozwierzęce. Dla przykładu, jeden z nestorów polskiego ruchu wolnościowego, Staszek Górka, w 1991 roku z narażeniem własnego zdrowia brał udział w blokadzie chorzowskiego pokazu corridy.

Fakt angażowania się przez libertarian w różne inicjatywy na rzecz zwierząt nie powinien być zaskakujący. Do prozwierzęcych konkluzji dla się bowiem dojść na gruncie niemal wszystkich teorii etycznych, na których wznoszone są różne odłamy libertarianizmu (z wyjątkiem zapewne etyki argumentacji Hansa-Hermanna Hoppego i obiektywizmu, ale one akurat są absurdalne, więc i tak nie ma co sobie nimi zawracać głowy[5]). Stosunkowo niedawno Rafał Trąbski opublikował na temat relacji pomiędzy libertarianizmem a prawami zwierząt bardzo dobry tekst, więc sam tej kwestii nie będę w tym miejscu jakoś szczególnie rozwijał.

Pozwolę sobie wszelako zauważyć, iż wbrew temu co utrzymuje wielu polemistów, do tego aby uznać, iż zwierzęta powinny podlegać jakiejś formie ochrony nie trzeba wcale przyznawać im żadnych praw (nie bez powodu książka Singera nosi tytuł Wyzwolenie zwierząt, a nie Prawa zwierząt). Wystarczy by uznać, iż zwierzęta, a w każdym bądź razie kręgowce, są istotami zdolnymi do odczuwania cierpienia, a do tego współczesna nauka już od dawna nie ma wątpliwości.

Nie znam żadnego poważnego libertarianina, który uważałby, że osoba mająca np. psa czy kota mogłaby z nim robić co jej się żywnie podoba, np. podpalić go, wielokrotnie uderzyć w głowę kijem bejsbolowym czy wyrzucić przez okno z wysokiego piętra[6] i nie spotkać się z żadną sankcją ze strony osób trzecich[7]. Kwestią sporną pozostaje wszelako wśród wolnościowców, czy sankcje te powinny mieć charakter prawny (zorganizowany), czy jedynie społeczny (ostracyzm, perswazja oraz inne formy rozproszonej presji z wyłączeniem fizycznej agresji).

Osobiście jestem zwolennikiem pierwszego z tych rozwiązań, jak również objęcia ochroną przed okrucieństwem (tj. działaniami lub zaniechaniami prowadzącymi w sposób oczywisty do zmian patologicznych w organizmie zwierzęcia) wszystkich zwierząt trzymanych przez ludzi, a więc zarówno tych towarzyszących, jak i gospodarskich, te ostatnie mają bowiem taką samą zdolność do odczuwania cierpienia jak psy, koty i inne zwierzęta domowe. I nie widzę w tym nic inherentnie nielibertariańskiego. Chyba że uznamy, iż wolność, o jaką zabiegają libertarianie obejmuje również możliwość nieograniczonego dręczenia innych niż ludzie istot, no ale na taki libertarianizm się nie piszę i mam nadzieję, że ty również[8].

Poważne potraktowanie postulatu objęcia ochroną przed okrucieństwem także zwierząt gospodarskich miałoby oczywiście bardzo daleko idące konsekwencje dla rolnictwa, musiałoby bowiem prowadzić do wyeliminowania całego szeregu praktyk powszechnie stosowanych w ramach ich przemysłowej hodowli i chowu[9]. Produkcja zwierzęca prowadzona z wykorzystaniem ciasnych drucianych klatek, kojców, boksów, przymusowego tuczu, utrzymywania sztucznie wyhodowanych ras o możliwie najszybszym przyroście masy, której nie wytrzymują kości, etc. nieuchronnie powoduje bowiem olbrzymie cierpienie (pdf). Ich konsekwencjami są liczne choroby, okaleczenia, zaburzenia psychiczne, wewnątrzgatunkowa agresja, kanibalizm i przedwczesne zgony. Zjawiska te sa dobrze udokumentowane nie tylko materiałami ze śledztw organizacji prozwierzęcych, ale także w treści podręczników dla hodowców, w których np. standardowym zabiegiem jest podawanie skali tzw. upadku stada (liczby zwierząt, które z powodu intensywności ich eksploatacji nie dożyją końca cyklu produkcyjnego).

Postulat prawnego zakazu stosowania okrutnych metod chowu i hodowli zwierząt gospodarskich, nie musi przy tym wcale oznaczać, jak często utrzymują z odwołaniem do reductio ad absurdum jego prawicowi/wolnościowi przeciwnicy, delegalizacji mięsa, jajek, mleka czy noszenia skór. Pozyskiwanie tych produktów poza chowem przemysłowym nie jest nierozerwalnie związane z okrucieństwem, a przez to nie musi budzić etycznych wątpliwości, ani tym bardziej pociągać za sobą ingerencji prawnych. I jakkolwiek nie jest to może szczególnie popularny pogląd w środowisku prozwierzęcym, nie jest on też zupełnie odosobniony, o czym świadczy choćby treść najszerzej rozpowszechnionej ulotki największej polskiej organizacji działającej na rzecz zwierząt gospodarskich Otwarte Klatki „Nawet jeśli lubisz mięso, możesz powstrzymać ich cierpienie”.

A że prawny zakaz stosowania okrutnych praktyk w hodowli i chowie stanowiłby ograniczenie wolności gospodarczej? Libertariański pogląd w tym zakresie da się streścić w bardzo prosty sposób. Każda aktywność, która nie jest z gruntu zła, może być podejmowana także dla pieniędzy (jak to ładnie ujmują Jason Brennan i Peter Jaworskiif you may do it for free, then you may do it for money). Jeśli jednak jakąś aktywność uznajemy za złą na tyle, by zabraniać angażowania się z nią w sposób niekomercyjny (a tak zdecydowana większość z nas traktuje zadawanie intensywnego bólu bez ważnej potrzeby, której nie da się zaspokoić w inny sposób), to tym bardziej nie powinno się dopuszczać do jej podejmowania dla zarobku. I nie powinno mieć w tym względzie znaczenia jakie osiąga się na tym zyski i ile osób z tego się utrzymuje[10].

III. Głównym powodem do napisania tego artykułu nie jest jednak przekonywanie czytelników, iż męczenie zwierząt (w tym ich przemysłowy chów) jest złe i że nie powinniśmy wyrażać na nie zgody[11]. Nie jest nim też dowodzenie, że opowiadanie się za prawną ochroną zwierząt (łącznie z całkowitym zakazem stosowania wobec nich pewnych okrutnych praktyk) nie musi mieć nic wspólnego z jakimś bliżej niesprecyzowanym lewactwem (zob. np. tu i tu). Powodem dla napisania tego tekstu jest chęć ustosunkowania się do zatrważająco szybko rozpowszechniającej się w środowisku wolnościowym tezy, jakoby za głośną ostatnio próbą wprowadzenia zakazu chowu zwierząt futerkowych, stała nie chęć poprawienia ich losu, lecz zagraniczna firma utylizacyjna, która, jak twierdzi jeden z wolnorynkowych autorów, „najęła lobbystów-obszczymurków od mokrej roboty (uczciwy lobbysta nie weźmie roboty przeciw własnemu krajowi), parę infantylnych panienek i organizacji <<ekologicznych>> oraz, zapewne w przytłaczającej większości nie wiedzących w czym uczestniczą, polityków”.

Koronnym dowodem w tej sprawie ma być materiał nakręcony ukrytą kamerą, na którym prezeska prozwierzęcego Stowarzyszenia Otwarte Klatki ma rzekomo przyznawać się do otrzymywania pieniędzy na kampanię antyfutrzarską od firm utylizacyjnych. Film ten rozpowszechniany jest za pomocą różnych serwisów i prędzej czy później linkowany pod każdą internetową dyskusją dotyczącą projektu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt.

Problem z tym materiałem polega wszelako na tym, iż nie jest on wynikiem śledztwa dziennikarskiego, lecz manipulacją dokonaną w interesie futrzarzy przez ich medialnych klakierów. Osobą odpowiedzialną za jego przygotowanie i rozpowszechnienie w sieci jest były dziennikarz, który po zwolnieniu go z jego poprzedniej redakcji za pisanie stronniczych tekstów w interesie producentów futerprzeszedł do polskiego portalu informacyjnego”, założonego i finansowanego przez jednego z większych polskich hodowców norek. Samo zaś nagranie zostało zmontowane w taki sposób, by sprawiać wrażenie, że Otwarte Klatki pozostają w bliskich relacjach z utylizatorami i przynajmniej częściowo są przez tych ostatnich finansowane.

Teza ta jest całkowicie nieprawdziwa. Pojawiające się na nagraniach wypowiedzi o osobie przelewającej regularnie na konto stowarzyszenia pieniądze dotyczą kogoś, kto nie ma i nigdy nie miał czegokolwiek wspólnego z utylizatorami (jest specjalistą z branży IT). Owe rzekome bliskie kontakty z utylizatorami sprowadzają się zaś do raptem dwóch spotkań w całej pięcioletniej historii stowarzyszenia, w ramach których Otwarte Klatki starały się pozyskać wiedzę na temat funkcjonowania ferm futrzarskich w kontekście utylizacji odpadów. Z informacji, jakie stowarzyszenie otrzymało od pracowników tego przemysłu wynikało bowiem, iż na przynajmniej niektórych z nich dochodzi do mielenia zwłok oskórowanych norek i wylewania ich na okoliczne pola, jak również skarmiania powstałą w ten sposób masą innych zwierząt. Jest o tym wprost mowa zarówno na opublikowanym przez wspomniany „portal informacyjny” materiale filmowym, jak i załączonym do niego stenogramie nagrania[12].

Skąd to wiem? Bo uczestniczyłem w rozmowach uwiecznionych na tych nagraniach, widać mnie na tych filmach i mam wiedzę z pierwszej ręki na temat ich przebiegu (disclaimer: prezeska Otwartych Klatek jest moją żoną, ja zaś jestem członkiem zwyczajnym tego stowarzyszenia). Nie musisz mi jednak wierzyć na słowo. „Dziennikarz”, który sklecił ten materiał tak się śpieszył z podzieleniem się wynikami swojego „śledztwa” z odbiorcami, że zapomniał usunąć z publikowanego filmu znaczniki czasu. Dzięki temu każdy zainteresowany może samodzielnie sprawdzić, iż wypowiedzi mające rzekomo stanowić jeden ciąg, dzieli od siebie nawet po kilkanaście minut i że nie są one ze sobą w żaden sposób powiązane. Obecnie futrzarze rozpowszechniają w sieci zmodyfikowane wersje tego filmu, w których nie ma już wspomnianych znaczników, starą wciąż jednak można jeszcze znaleźć na serwisie YouTube pod znamiennym tytułem “Afera: przychodzi utylizator do ekologa” (sorry, ale nie chcę linkować tego chłamu).

I choć cała ta „afera” jest szyta bardzo grubymi nićmi, szybko rozeszła się po prawicowej i wolnościowej stronie sieci. Dlaczego? Zwykły efekt potwierdzenia (confirmation bias). Przecież wszyscy na Najwyższym czasie wychowywani “wiedzą”, że lewacy są hipokrytami, a większość protestów ekologów ustaje jak tylko dostaną oni od blokowanego przez nich przedsiębiorcy kasę. To zaś, że ruch prozwierzęcy nie jest tożsamy ani z ruchem lewicowym, ani z ekologicznym (nie jesteśmy ekologami do cholery!) specjalnie nikogo nie wzrusza. Podobnie jak to, że wyciąganie z faktu, iż ktoś kiedyś wziął za odstąpienie od pikiety kasę wniosku, że wszyscy protestujący tak robią, ma tyle samo sensu, co twierdzenie, że wszyscy uczestnicy Marszu Niepodległości to neonaziści, bo co roku pojawia się na nim kilkusetosobowa grupa narodowych socjalistów. Polityka zaiste zabija rozum.

Ba, są nawet tacy, którzy najwyraźniej chcąc dołożyć swoją cegiełkę do „obrony polskich przedsiębiorców”, nie tylko rozpowszechniają te bzdury, ale i wzbogacają je o własne rewelacje. I tak np. cytowany na wstępie tego punktu autor ogłosił niedawno, że utylizatorzy stojący za projektem ustawy delegalizującej chów zwierząt futerkowych mogli wydać na jego spopularyzowanie nawet 10 milionów złotych. Niestety nie udało się mu ustalić, ile z tych pieniędzy trafiło do „ekologów”, ale tym już mają zająć się „służby” (futrzarze i ich sejmowi klakierzy złożyli w tej sprawie zawiadomienia do prokuratury, CBA, ABW i… Agencji Wywiadu).

Kłamstwo o utylizatorach finansujących działania Otwartych Klatek jest najbardziej jaskrawym, ale nie jedynym przykładem manipulacji jakich dopuszczają się futrzarze i ich medialne tuby. Niemal cały przekaz informacyjny hodowców oparty jest na przeszacowaniach, niedomówieniach i danych wyssanych z palca. I znowuż, nie musisz mi wierzyć na słowo. Wystarczy sięgnąć do szeregu publikacji Wojciecha Muchy i Jacka Lizniewicza (dziennikarzy Gazety Polskiej i serwisu Niezalezna.pl), obnażających przekłamania hodowców (zobacz zwłaszcza tu i tu, jak również obserwuj ich konta na Twitterze: @WojciechMucha i @Liziniewicz).

Wersja TL:DR – dane którymi posługują się przeciwnicy zakazu są bądź nieweryfikowalne, bądź też wielokrotnie zawyżone, wewnętrznie sprzeczne i zmieniane pod publikę (dotyczy to zwłaszcza informacji o zatrudnieniu, liczby osób utrzymujących się z hodowli oraz wartości polskiego rynku futer i odpadów rzeźnych). Do ich uwierzytelniania wykorzystuje się specjalistów z podmiotów finansowanych przez samych hodowców i ekspertyzy publikowane przez instytuty-krzaki, wbrew nazwom nie mające nic wspólnego z działalnością naukowo-badawczą. Tych zaś, którzy te „dane” podważają próbuje się ośmieszać, dyskredytować, zachęcać na różne sposoby do porzucenia tematu, czy po prostu zastraszać (dla przykładu wspomnianemu wcześniej W. Musze jeden z hodowców biorących udział w programie „Warto rozmawiać” poza wizją groził „kolegami z miasta”).

Doskonałym przykładem tego, jak tworzy się „argumenty” przeciwko wprowadzeniu rzeczonego zakazu jest niedawny wywiad przywoływanego już kilkukrotniepolskiego portalu informacyjnegozespecjalistą do spraw bezpieczeństwa, mający wykazać zasadność podjęcia przez ABW czynności operacyjno-rozpoznawczych w stosunku do Otwartych Klatek. Ów ekspert, były oficer Służby Bezpieczeństwa, najwyraźniej jednak nie zadał sobie nawet trudu, by przyswoić dane upowszechniane przez futrzarzy i zmyśla je w najlepsze na poczekaniu, czego zupełnie nie kryje. Z kolei jego interlokutorka, „dziennikarka” pracująca dla serwisu futrzarskiego bonza, która gdzie tylko może podkreśla, że zależy jej wyłącznie na prawdzie, zachęca jeszcze „eksperta” do brnięcia w meandry swej fantazji, co chwilę sprowadzając rozmowę na temat tych obłudnych i finansowanych przez utylizatorów aktywistów organizacji prozwierzęcych. I tak beztrosko suną sobie we dwójkę w oparach absurdu, a „polubienia” się sypią. Tylko wiedzy w tym za grosz…

IV. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie wszystkich wolnościowców przekona pierwsza (doktrynalna) część mojego wywodu. Jestem wręcz pewny, że część czytelników nie doczytawszy artykułu do końca zacznie już pisać polemikę do niego, „bo Rothbard, w Etyce wolności...”. Cóż, nie ma chyba doktryny bardziej predysponowanej do tego, by jej zwolennicy toczyli między sobą wewnętrzne spory niż libertarianizm (jak to ładnie ujął David Friedman, „być może są gdzieś na świecie dwaj libertarianie, którzy zgadzają się ze sobą we wszystkim, ale ja nie jestem jednym z nich”). OK, rozumiem, masz na tę sprawę inny pogląd. Opublikuj polemikę i zakwestionuj moje libertariańskie bona fides[13]. Ale proszę, zanim na froncie walki z lewactwem bezrefleksyjnie udostępnisz w sieci jakiś kolejny materiał futrzarzy i ich PR-owców, zatrzymaj się na moment i zastanów, czy ktoś przypadkiem nie wykorzystuje ciebie jako darmowego bota do rozpowszechniania fake news’ów, tworzonych w interesie garstki „przedsiębiorców”, wśród których są i tacy, którzy nie stronią od gangsterskich metod.

Znajdą się też pewnie w gronie czytelników osoby, które są przekonane, że w całej tej sprawie to ja i inni prozwierzęcy aktywiści robią za „pożytecznych idiotów”. Że choć nasze intencje są czyste i że nie płynie do nas szerokim nurtem rzeka ojro, jak insynuują hodowcy, to i tak działamy w interesie zagranicznych utylizatorów. No więc, jeśli ktoś z was myśli, że wprowadzenie zakazu chowu zwierząt futerkowych otworzy sposobność do podziału między nowe podmioty rynku odpadów przejadanych do tej pory przez norki, których wartość ma wynosić bądź to 500 milionów, bądź też miliard złotych (w zależności co tam akurat ślinaekspertowina język przyniesie), to niech czym prędzej w niego inwestuje. Niechybnie zarobicie na tym krocie. Ale w takim wypadku mam dla was lepszą propozycję. Jest most do kupienia w dobrej lokalizacji. Tanio go puszczę, a niezłe myto można za przejazd nim ściągać[14].

[1] Polskie wydanie, Wyzwolenie zwierząt, Warszawa: PIW 2004.

[2] Sięgając jeszcze dalej wstecz można wskazać, że za prawną ochroną zwierząt opowiadało się też wielu amerykańskich radykalnych abolicjonistów powiązanych z Williamem Lloydem Garrisonem i jego pismem The Liberator. Sam Garrison był też wegetarianinem.

[3] Polskie wydanie, Anarchia, państwo, utopia, Warszawa: Aletheia 2010.

[4] Tamże, s. 53-61. Autor ASU nie rozstrzyga co prawda w sposób jednoznaczny, czy a jeśli tak, to w jakim stopniu prawo powinno regulować nasz stosunek wobec zwierząt, wyraźnie jednak skłania się ku tezie, przynajmniej okrucieństwo powinno podlegać karom.

[5] Odnośnie do tej pierwszej zob. np. R.P. Murphy, G. Callahan, Hans-Hermann Hoppes Argumentation Ethics: A Critique oraz D.D. Friedman, The Trouble with Hoppe, co do drugiej np. M. Huemer, Why I Am Not an Objectivist i Critique ofThe Objectivist Ethics tego samego autora.

[6] Niestety nie są to hipotetyczne sprawy lecz autentyczne kazusy.

[7] Ostrzegam, że osoby powołujące się w tym względzie na B. Tuckera, zacznę publicznie przepytywać z jego poglądów i ze znajomości jego wpływu na historyczny rozwój libertarianizmu.

[8] Część czytelników może podnieść zarzut, iż choć akty okrucieństwa wobec zwierząt są moralnie odpychające, powstrzymywanie jednostek przed ich dokonywaniem stanowiłoby naruszenie zasady nieagresji (takie stanowisko zajmują m.in. Walter Block i Steven Craig). Cóż, osobiście nie sądzę by zasada ta była właściwym fundamentem dla libertarianizmu (zob. teksty zebrane tu i tu oraz rzecz jasna The Machinery of Freedom, D. Friedmana), ale nawet jeśli w tej sprawie się mylę, to i tak nie jest to dobry argument przeciwko ochronie zwierząt. Zob. D. Graham, A Libertarian Replies to Tibor MachansWhy Animal Rights Dont Exist. W sprawie alternatyw dla non-aggression principle zob. teksty zebrane w A.R. Powell, G. Babcock, Arguments for Liberty (wersja pdf, epub), mi najbliżej jest do stanowisk przedstawionych w tej pracy przez M. Huemera i J. Brennana. Co zaś się tyczy uznania społecznej presji za niewystarczającą – przy pomocy sankcji rozproszonych można skutecznie zwalczać jedynie te zachowania, które mają marginalny charakter, nie zaś takie, które stanowią normę. Okrucieństwo wobec zwierząt należy niestety do drugiej z tych kategorii (piszę o tym w dalszej części tekstu).

[9] W pewnym zakresie musiałoby ono mieć wpływ także na wykorzystywanie zwierząt w rozrywce oraz dla celów badań naukowych, nie musiałoby to jednak wiązać się z ich całkowitym zakazem, czego jednak nie mam czasu w tym momencie rozwijać.

[10] W odniesieniu do postulowanego zakazu hodowli zwierząt na futro może jednak zostać podniesiony słuszny skądinąd argument, iż nawet jeśli rzeczywiście okrutne praktyki powinny być eliminowane na drodze prawnej, to wszelkie ingerencje w gospodarkę powinny mieć zawsze możliwie najwęższy charakter. Ergo swoboda prowadzenia działalności gospodarczej powinna być ograniczona jedynie w takim zakresie, jaki jest niezbędny dla realizacji zamierzonego celu. Stąd też jeśli celem ograniczenia miałoby być eliminowanie cierpienia zwierząt, zamiast zakazywać ich chowu na futra powinno się podwyższyć obowiązujące w tym względzie standardy do tych odpowiadających ich potrzebom gatunkowym. Zgoda, jak pisałem wcześniej delegalizacja pewnych praktyk w chowie nie musi oznaczać końca możliwości pozyskiwania produktów odzwierzęcych (wolnowybiegowy system produkcji nie ma inherentnie okrutnego charakteru). Z tymże w przypadku futer tego rodzaju regulacja odniosłaby de facto taki sam efekt, jak całkowity zakaz ich produkcji, tj. doprowadziłaby do likwidacji branży. Dowodem w tym względzie są kazusy Szwajcarii i Niemiec, gdzie po podniesieniu wymogów dobrostanu do poziomu odpowiadającemu behawiorowi zwierząt futerkowych hodowle zaczęły się zwijać z powodu nieopłacalności ich prowadzenia.

[11] Nieprzekonanych odsyłam do świetnego cyklu artykułów jednego z bardziej szanowanych współczesnych libertariańskich filozofów M. Huemera, pt. Dialogues on Ethical Vegetarianism,

Część 1: https://philpapers.org/archive/HUEDOE.pdf

Część 2: https://philpapers.org/archive/HUEDOE-2.pdf

Część 3: https://philpapers.org/archive/HUEDOE-3.pdf

Część 4: https://philpapers.org/archive/HUEDOE-4.pdf

[12] Notabene w obu tych źródłach pojawiają się interesujące “luki w transkrypcji”, będące rzekomo wynikiem niemożności odczytania dźwięku z taśmy. Dzieje się tak np. gdy rozmowa schodzi na temat wyników śledztwa przeprowadzonego przez Otwarte Klatki na fermie zwierząt futerkowych należących do ówczesnego posła Ruchu Palikota i bliskiego stronnika futrzarzy Andrzeja Piątaka. Ręka rękę myje.

[13]  Tylko nie oczekuj na szybką odpowiedź.

[14] Na temat mitów głoszonych przez futrzarzy odnośnie do wartości polskiego rynku utylizacyjnego zob. artykuł W. Muchy i J. Liziniewicza, Wykiwać wszystkich. Hodowcy norek atakują, “Gazeta Polska”, Nr 49 z 6 XII 2017.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress