A A + -

Jak pachnie strach?

27 maja 2015 Felieton, Publicystyka

Autor: Sławomir Drelich

Jak zwykle z ogromną przyjemnością, choć tym razem również z szeregiem wątpliwości, przeczytałem felieton Grzegorza Gromady pt. Strach z dn. 2 maja 2015 r. opublikowany na niniejszym portalu. Przyjemność intelektualna jest niewątpliwie zasługą niezwykle ciekawej interpretacji polskiej bieżącej polityki w dobie prezydenckiej kampanii wyborczej, jakiej dokonuje Gromada. Wątpliwości jednak, jakie się pojawiają, skłoniły mnie do głębszego przemyślenia tez tego tekstu i zaproponowania nieco innej interpretacji zachowania polskich przywódców partyjnych w kontekście wyborów Prezydenta RP w 2015 r.

Właściwie w pełni jestem w stanie zgodzić się wyłącznie z wstępnym założeniem postawionym przez Gromadę, wedle którego polska polityka przechodzi kryzys, a konkretnie – kryzys zaufania. Potwierdzają to z pewnością wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich. Mniej wyborców niż pięć lat temu w pierwszej turze postanowiło zaufać Bronisławowi Komorowskiemu. Również na Andrzeja Dudę – choć wygrał pierwsze starcie – nie zagłosowało tylu wyborców, co na Jarosława Kaczyńskiego w 2010 r. w pierwszej turze. Ponadto kandydaci wystawieni przez obie główne partie stracili łącznie – jeśli porównać stan posiadania z prezydencką elekcją 2010 r. – prawie 3 miliony wyborców! Na tym wyrosło poparcie kontestatorów bieżącego porządku politycznego, jak Paweł Kukiz czy Janusz Korwin-Mikke, choć w przypadku tego drugiego jednak poniżej jego oczekiwań. Polacy wystawili żółtą kartkę PO-PiS-owi i zarazem powiedzieli nie wprost, że taki sposób uprawiania polityki, jaki obserwujemy od 2005 r., nie odpowiada coraz większej rzeszy Polaków.

Trudniej jednak zgodzić się z Gromadą w jego tezie zasadniczej, którą buduje na powyższym założeniu. Twierdzi on bowiem, że dominującym motywem i pobudką działań kandydatów głównych ugrupowań politycznych był strach, strach miał stanowić wspólny mianownik bohaterów minionej niedzieli, reprezentujących – w myśl arytmetyki sejmowej – najważniejsze środowiska polityczne w kraju. Zakładnikami strachu mieliby być liderzy sejmowych ugrupowań: Jarosław Kaczyński, Janusz Piechociński i Leszek Miller, którzy z obawy przed porażką z Bronisławem Komorowskim wystawili kandydatów z politycznego drugiego, trzeciego, a może i czwartego szeregu. Ich dublerzy mieli zagwarantować liderom utrzymanie władzy w partiach, w których po spodziewanych nędznych wynikach mogłoby dojść do wewnętrznych irredent. Jeszcze większą porcją strachu zdawał się być – według Gromady – motywowany Janusz Palikot, walczący (niczym karp w woreczku foliowym przed wigilijną rzezią), aby nie zniknąć ze sceny politycznej, a ostatnim wiernym przybocznym zamknąć oczy na ostateczny krach przedsięwzięcia o nazwie Twój Ruch.

Nie chciałbym tutaj forsować tezy, że żaden z powyżej wymienionych politycznych graczy na pewno się nie bał i nie dał zapanować nad sobą strachowi. Nie mogę tego wykluczyć. Sądzę jednak, że kluczowe znaczenie miało kilka innych czynników, które sprawiły, że układ figur na szachownicy przed 10 czerwca 2015 r. został ukształtowany tak, jak to widzieliśmy na kartach do głosowania.

W pierwszej kolejności stawiałbym raczej na polityczny realizm Kaczyńskiego, Piechocińskiego, Millera i Palikota, którzy nie jedno (polityczne) piwo już wypili i niejednego dawnego przyjaciela politycznego wystawili już do wiatru. Przedwyborcze sondaże dawały Komorowskiemu poparcie społeczne przekraczające niejednokrotnie 65%, co na pewno nie motywowało do jakiegokolwiek wysiłku. Kampania wyborcza zaś to wysiłek organizacyjny, fizyczny i psychiczny. Kaczyński i Miller nie należą ponadto do polityków budzących pozytywne emocje w większości społeczeństwa i ich potencjalna zdolność do mobilizowania elektoratu labilnego jest niewielka. Wybory prezydenckie – choćby przegrane – są również szansą na wypromowanie kilku nowych twarzy, które przecież z konieczności będą musiały być później wdzięczne takiemu prezesowi czy przewodniczącemu za postawienie właśnie na niego. Nie można było postawić na żadną mocną politycznie postać, bo przecież gra toczy się o władzę i wpływ, a władzy i wpływu wygodniej nie dzielić.

Oprócz realizmu politycznego dostrzec jednak można w decyzjach liderów partyjnych przejawy – tak popularnej w naszym kraju – politycznej arogancji. Przejawiała się ona w mistycznym przekonaniu naszych polityków, że karty zostały już rozdane (krzyżyki postawione), że kości zostały rzucone, że wszystko pozamiatane. Napatrzyli się starsi panowie na przedwyborcze sondaże poparcia i uwierzyli, że Polacy zrobią tak, jak sondaże im każą (całkowicie abstrahuję w tym miejscu od rzeczywistego wpływu sondaży na zachowania wyborcze). Tak, jak Komorowski uwierzył, że nie ma z kim przegrać – tak też uwierzyli Kaczyński, Miller i Piechociński. Można zatem powiedzieć, że zaślepieni arogancją pokazali Polakom gest Kozakiewicza i od razu wycofali się z jakiejkolwiek walki. Doszli do wniosku, że nie warto zaoferować nam żadnej nowej, ciekawej wizji lepszej Polski. Zupełnie jakby nie o to chodziło w wyborach! Zdumiewające!

Wreszcie dostrzegam jeszcze jedną przyczynę podjęcia przez partyjnych liderów takich decyzji: zgnuśnienie. To „piękne” pojęcie, które zawdzięczam chyba najlepszemu specjaliście od gnuśności w Polsce – prof. Marcinowi Zdrence z UMK – w pełnej rozciągłości oddaje charakter polskich elit politycznych ostatniego piętnastolecia. Brak pomysłu na pozytywne zmiany w Polsce, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Brak odniesienia do potrzeb młodych Polaków, jakby miały im wystarczyć otwarte granice w ramach Unii Europejskiej. Brak wizji polityki europejskiej i zagranicznej, jakby sama przynależność do UE i NATO załatwiała wszystko. Bierność, lenistwo, apatia, otępienie – to cechy polskich przywódców politycznych. I właśnie w tym miejscu należałoby zacząć szukać przyczyn sukcesu największego zwycięzcy pierwszej tury, czyli Pawła Kukiza – nie w JOW-ach, jak uważają Komorowski, Duda i niektórzy komentatorzy, ale właśnie w „niebyciu zgnuśniałym”.

To zatem nie strach, ale właśnie brak owego strachu, jest efektem tego niebezpiecznego połączenia realizmu politycznego, arogancji politycznej i zgnuśnienia elit. Do pierwszej tury nasi przywódcy polityczni niczego się nie bali – wydawało im się, że wszystkie role w tym politycznym spektaklu zostały już napisane. Tymczasem dopiero po oficjalnych wynikach pierwszej tury wyborów zaczęło pachnieć strachem. Oj, pachnie strachem niesamowicie!

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress