A A + -

Hankus: Niereformowalni związkowcy

Autor: Przemysław Hankus
Korekta: Agnieszka Płonka

„Jeśli jedynym argumentem na rzecz utrzymywania jakiejś grupy urzędników jest jej siła nabywcza, to znak, że nadszedł czas, aby się ich pozbyć”. – Henry Hazlitt

             Nie opadł jeszcze na dobre kurz po wyborczej zawierusze, nie zdążył zebrać się nowo wybrany parlament, nie powołano nowego rządu ani nie podjęto żadnych formalnych, wiążących ustaleń, niemniej w ciągu ostatnich niemal dwóch tygodni mogliśmy usłyszeć z jednej strony pomysły nowo mianowanych zarządców, a z drugiej ich krytykę oraz ocenę ze strony politycznych przeciwników i ustępujących, odchodzących „opiekunów”.

Jedną z poruszonych kwestii był, ponoć zapisany w programie Prawa i Sprawiedliwości, pomysł tzw. stopniowego wygaszania gimnazjów, który w ostatecznym rozrachunku miałby doprowadzić do anulowania skutków reformy systemu edukacji podstawowej i średniej (obligatoryjnej), wprowadzonej przez rząd Jerzego Buzka w 1999 r. W rezultacie, zgodnie z tym, co postulują pomysłodawcy, niemające dobrej prasy, zbierające wiele negatywnych recenzji gimnazja zostałyby zlikwidowane, a przywrócono by 8-letnie szkoły podstawowe i 4-letnie szkoły średnie. Abstrahując od tego, czy rząd w ogóle powinien zajmować się usługami edukacyjnymi i odgórnie ustalać, ile, jak, w jakiej formie oraz czego powinniśmy się uczyć, czy też co powinno być nauczane (nie jest bowiem, jak sądzę, żadnym zaskoczeniem, że libertarianie są zdecydowanie przeciwni tej formie ingerencji państwa w nasze życie), niemal natychmiastowy klangor podniosła „reprezentacja interesów” nauczycieli, tj. Związek Nauczycielstwa Polskiego. Zdaniem ZNP pomysł likwidacji gimnazjów jest szkodliwy, ponieważ… doprowadziłby do zwolnienia wielu nauczycieli, dyrektorów oraz pracowników administracji zlikwidowanych placówek. Czy jednak jest nad czym załamywać ręce i czy jest o co drzeć szaty?

To, że związkowcy dbają o interesy członków związku, raczej nie dziwi i nie wzbudza większego sprzeciwu. Niemniej to, że interesy związkowców stoją nierzadko w sprzeczności z interesami podatników, jest już zdecydowanie mniej oczywiste. Rozważmy bowiem konsekwencje postulatów ZNP, które, w dużym uproszczeniu, sprowadzają się do konserwowania istniejącego edukacyjnego status quo. Innymi słowy, związkowcy domagają się podtrzymania obecnego systemu, ponieważ dzięki niemu mają pracę i wynagrodzenie z tego tytułu. Słusznie jednak w tym miejscu można by zapytać, czy celem funkcjonowania szkół i systemu edukacji sensu largo jest to, by nauczyciele (dyrektorzy i administracja) mieli pracę, czy też by usługi edukacyjne, możliwość kształcenia dostępne były możliwie największej grupie osób, przynosząc korzyść uczniom? Czy szkoły są dla uczniów, czy dla nauczycieli? Czy ktoś, kto jest lub chce zostać nauczycielem jedynie tytułem swoich preferencji i własnego, subiektywnego poczucia („misji”), że jego życiowe plany muszą zostać czy też w dalszym ciągu mają być finansowane przez innych, ma prawo wymuszać na pozostałych podporządkowanie się takiemu a nie innemu „widzimisię”? Czy po raz kolejny nie mamy do czynienia z walką o własną kieszeń (i kilka stołków), pod przykrywką heroicznego boju o lepsze jutro, świetlaną przyszłość narodu, społeczeństwa, kraju itp.?

Podstawowy błąd w myśleniu związkowców, zarówno tych zrzeszonych w ZNP, jak i w pozostałych związkach zawodowych, polega na tym, iż nie potrafią oni dostrzec tego, co mniej oczywiste, mniej namacalne, bardziej odległe. Słowami Bastiata i Hazlitta można by rzec, że skupiają swoją uwagę na tym, co widać, zapominając o tym, czego prima facie nie można dostrzec. Analizują oni (jeśli w ogóle) krótkoterminowe skutki, jakie dane rozwiązanie przyniesie konkretnej grupie, w tym przypadku nauczycielom i pracownikom zatrudnionym w gimnazjach, kompletnie pomijając średnio- i długookresowe skutki, jakie postulat likwidacji gimnazjów miałby dla ogółu. Cała sztuka polega jednak na tym, „by – jak pisał Hazlitt- spoglądać nie tylko na bezpośrednie, lecz także na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, lecz także te, jakie przynosi wszystkim”[1]. Innymi słowy, aby „widzieć problem w całości, a nie we fragmentach”[2], poszukiwać wszystkich konsekwencji danych działań, a nie tylko zatrzymywać spojrzenie na rzeczach bezpośrednio widocznych[3].

Gdyby twierdzenia związkowców, jakoby likwidacja gimnazjów była szkodliwa, gdyż w rezultacie zlikwidowanych zostałoby wiele miejsc pracy, były prawdziwe, to logiczną konsekwencją takiego postawienia sprawy nolens volens byłby postulat zakazu likwidacji jakiejkolwiek instytucji, jakiegokolwiek podmiotu, który zdążył powstać, albowiem jego zniknięcie ze sfery publicznej przynosiłoby szkodę i stratę w postaci zniknięcia miejsc pracy. Rodzi to dwa skutki: 1) każda firma, nawet, jeśli nie byłoby popytu na jej dobra czy usługi, musiałaby być w jakiś sztuczny sposób „utrzymywana na powierzchni”, dotowana, subsydiowana etc. tylko po to, by bożek stale rosnącej liczby miejsc pracy mógł zostać zaspokojony; 2) każda instytucja publiczna, raz powołana do życia, również nie mogłaby przestać istnieć, albo też nie mogłaby zostać zreformowana tak, by pociągało to za sobą redukcję etatów, albowiem, ponownie, dogmat tworzenia miejsc pracy zostałby narażony na szwank. W obu przypadkach jedna grupa, tj. płatników netto podatków, zostałaby zmuszona do finansowania innej grupy, tj. konsumentów netto podatków oraz beneficjantów redystrybucji podatkowej. Jedni żyliby na koszt drugich tylko dlatego, że dane stanowisko, miejsce pracy już raz zostało utworzone, choćby nie przynosiło żadnych korzyści, choćby na tego typu „pracę” nie było jakiegokolwiek zapotrzebowania, a nawet – co gorsza – owa „praca” prowadziłaby do skutków niepożądanych, słowem – byłaby szkodliwa. Jest to rozwiązanie zarówno niegospodarne i nieefektywne z ekonomicznego punktu widzenia, jak i niemoralne.

Czy związkowcy i nauczyciele, kurczowo starający się utrzymać posadę raz zdobytą, nie oddadzą jej już nigdy? Czy okopią się na swoich pozycjach i miejsc pracy bronić będą, odwołując się chociażby do takich metod jak strajk? Pamiętajmy, że „jeśli konkretny związek zawodowy może drogą przymusu doprowadzić do podwyżki płac swoich członków znacznie powyżej wartości rynkowej ich pracy, przyniesie szkodę wszystkim innym pracownikom, podobnie jak innym członkom społeczeństwa”[4]. Gdyby argumenty związkowców w omawianym przypadku były prawdziwe, to do dziś wszyscy musielibyśmy finansować takie przedsięwzięcia, jak chociażby wysyłanie telegramów.

Proponuję zatem, aby za słowami ZNP poszły i czyny. Oczekuję, że Związek zgłosi pomysł, by zamiast odgórnego decydowania przez urzędników o przyszłości gimnazjów, które zdaniem ZNP sprawdziły się, ergo należy w dalszym ciągu kontynuować ich działalność, pozostawić tę decyzję najbardziej zainteresowanym, mianowicie rodzicom i uczniom. Niech ci, których ta sprawa najbardziej dotyczy, sami zadecydują, czy bardziej korzystna jest nauka w systemie 6+3+3 (lub 6+3+4), czy w systemie 8+4. Niech ludzie, głosując nogami, a najlepiej pieniędzmi (tu pojawia się możliwość sprawdzenia i przetestowania idei bonów edukacyjnych w praktyce), wydadzą werdykt, które rozwiązanie bardziej im odpowiada i tym samym, które miejsca pracy należy utrzymać i finansowo wspierać, a których należy się pozbyć. Obawiam się jednak, że związkowcy, jako niereformowalni ekonomiczni ignoranci, nigdy by na to nie przystali…

[1]H. Hazlitt, Ekonomia w jednej lekcji, Warszawa 2012, s. 4-5.

[2]Ibidem, s. 181.

[3]Ibidem, s. 176.

[4]Ibidem, s. 124.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress