A A + -

Gromada: Raport mniejszości

Kiedy na początku czerwca media zaczęły donosić o kolejnych przypadkach czasowego odbierania „piratom drogowym” prawa jazdy, przypomniałem sobie film Stevena Spielberga pod tytułem „Raport mniejszości”. Główny bohater, którego gra Tom Cruise, dokonuje zatrzymań osób oskarżonych o popełnienie morderstwa. Jedynym dowodem ich winy była wizja trójki jasnowidzów. Ci cudowni ludzie widzieli w stanie półuśpienia niedaleką przyszłość, a w niej osobę popełniającą zbrodnię, jej ofiarę i bliżej niesprecyzowane miejsce. Dla sądu były to wystarczające dowody winy, aby dokonać zatrzymania i skazania nieszczęśnika na dożywocie, podczas gdy sama zbrodnia jeszcze się nie dokonała. Pikanterii akcji dodaje fakt, że w jednej z wizji pojawia się sam Tom Cruise popełniający od wielu lat niespotykane morderstwo z premedytacją. Nasz bohater powinien się sam aresztować i oddać wymiarowi sprawiedliwości – ale, jak możemy się domyślić, nie godzi się z wyrokiem jasnowidzów i zaczyna działać na własną rękę. Fabuła nie jest jednak w tym miejscu najważniejsza. To, co sprawiło, że w pewnym momencie obraz Spielberga przetoczył się przez moją pamięć to skojarzenie Prawa o ruchu drogowym z systemem sprawiedliwości zaprezentowanym w filmie.

W potocznym rozumieniu przepisy prawa powinny chronić ludzi uczciwych i prawych przed zbrodniarzami. Jeżeli ci ostatni, nie bacząc na konsekwencje, dopuszczą się czynów zabronionych, popełnią przestępstwo wyrządzając komukolwiek krzywdę lub narażając kogokolwiek na stratę, powinni zostać niezwłocznie i nieuchronnie ukarani, w sposób adekwatny do popełnionego czynu. Wysokość kary może wynikać z obowiązujących zwyczajów lub, jeżeli społeczność stoi na wyższym poziomie kulturowym, z obowiązujących przepisów prawnych. Ludzkość kieruje się tymi zasadami od wieków. Tam, gdzie jest pokrzywdzony, należy oddać sprawiedliwość ofierze, jej najbliższym lub społeczności. Winny zbrodni musi być ukarany.

A co w sytuacji kiedy nie ma pokrzywdzonego? Czy prawo powinno być tak skonstruowane, żeby karać prewencyjnie? Takie zasady obowiązują właśnie w Prawie o ruchu drogowym. Zdecydowana większość mandatów wypisywanych przez policję dotyczy spraw, w których nie ma ofiar. Dwa przykłady są rażąco absurdalne. Przechodzenie na czerwonym świetle jest zakazane i podlega karze mandatu. Przepis ten stosuje się niezależnie od okoliczności. Działa zarówno w godzinach szczytu, kiedy ulice miast są zatłoczone, jak również w środku nocy, kiedy ruch samochodowy właściwie zamiera. Przepis stosuje się również do jezdni wyłączonych z ruchu, na których działa sygnalizacja świetlna. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że 100 metrów dalej możemy przejść przez jezdnię niezależnie od wskazań sygnalizacji. Są kraje, np. Wielka Brytania czy Finlandia, gdzie sprawy te zostały uregulowane w sposób o wiele bardziej logiczny niż w Polsce. Czerwone światło jest ostrzeżeniem i przestrogą dla pieszego, a nie podstawą do ukarania. Podobnie ma się rzecz z zapinaniem pasów bezpieczeństwa przez kierowców. Konsekwencje zaniechania spoczywają wyłącznie na kierowcy. Nie stwarza on żadnego zagrożenia dla pozostałych uczestników ruchu drogowego. W razie nieprzewidzianych zdarzeń sam będzie ofiarą własnego postępowania. Czyżby ustawodawca uznawał wszystkich kierowców za osoby nieodpowiedzialne?

To pytanie jest kwintesencją problemu. Jeżeli kończąc 18 lat człowiek staje się w świetle prawa w pełni odpowiedzialny za swoje czyny, to jak można wyjaśnić prewencyjność karania Prawa o ruchu drogowym? Czy powinniśmy być karani za obżarstwo, picie alkoholu, czy palenie tytoniu? Wszak naukowo jest udowodnione, że czynności te szkodzą zdrowiu, a nawet prowadzą do chorób i śmierci. Czy jazda samochodem o godzinie 0.30 po trzypasmowym, pustym wiadukcie z prędkością 110 km musiała skończyć się zatrzymaniem prawa jazdy na trzy miesiące? Kto był poszkodowany? Gdzie jest ofiara? Czy kierowca nie zdaje sobie sprawy, z jaka prędkością jedzie i jakie to niesie konsekwencje? Uważam, że znaki drogowe ograniczające prędkość powinny mieć wyłącznie charakter informacyjny. Powinny stanowić ostrzeżenie dla kierowcy, że zbliża się do miejsca niebezpiecznego, gdzie powinien zwolnić. Jeżeli nie zachowa odpowiedniej ostrożności i spowoduje kolizję, powinien ponieść nieuchronnie adekwatną karę. Nie mam tutaj na myśli mandatu, a wyrok sądu, który wymierzy pokrzywdzonemu sprawiedliwość. Taki system byłby logiczny i zachowywałby zdrowe zasady prawa. Karani byliby wyłącznie sprawcy za wyrządzone krzywdy, a ofiary otrzymywałyby odpowiednie zadośćuczynienie. Dzisiaj w powszechnej opinii każde zaostrzenie przepisów o ruchu drogowym służy wyłącznie interesom budżetu państwa. Czyżby w tajnym gabinecie ministerstwa sprawiedliwości przebywało troje jasnowidzów, wskazujących potencjalnych przestępców? Spielberg pokazał nam w swoim dziele, że nawet oni nie byli zgodni, co było dla dobra sprawy zatajane. Powstawał wówczas raport mniejszości, ignorowany i ukrywany, a domniemany sprawca odsiadywał wyrok dożywocia za niepopełnioną zbrodnię. Czy to jest nasz ideał sprawiedliwości?

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress