A A + -

Gonczaronek: Droga do wyzwolenia. Runda 2

Autor: Wiktor Gonczaronek

Minęło trochę czasu od poprzedniego wpisu pt. Droga do wyzwolenia, i odpowiedzi na niego. Miałem umieścić odpowiedź już dawno, ale z różnych przyczyn nie udało mi się tego zrobić. Szczególnie dwa zasługują na uwagę, mianowicie odpowiedź Rafała Trąbskiego oraz Łukasza Frontczaka. Bardzo mnie cieszy fakt, że udało mi się wywołać polemikę, w której padło kilka sensownych i ciekawych uwag (chociaż nie będę ukrywał ze podczas studiowania niektórych kontrargumentów miałem taką refleksje, ze ostatni raz się tak ubawiłem podczas nauki na kolokwium z inżynierii jakości). Postaram się odpowiedzieć na zarzuty oraz wyjaśnić kwestie, które być może nie zostały opisane dostatecznie klarownie.

Czy potępianie libertarian jest libertariańskie?

Pierwszym argumentem przeciw mojej pracy w obu przypadkach było stwierdzenie, że z pozycji libertariańskich nie bardzo można wydedukować konieczność krytyki nieagresywnych postaw. Jest to prawda, ale teraz musi wybrzmieć dość istotne pytanie: i co z tego? Czy jeśli ktoś będzie postulował wprowadzanie libertarianizmu przez nie robienie niczego to niewłaściwym będzie skrytykowanie takiej postawy jako nieefektywnej, czy wręcz kontrskutecznej? Nie wynika to w żaden sposób z przesłanek etycznych, ale chyba każdy zgodzi się ze stwierdzeniem, że powinno się unikać takich działań, jeśli chcemy zmienić rzeczywistość na mniej etatystyczną. Podobnie jest w tym przypadku. Preferowanie takich, a nie innych form odejścia od bardziej etatystycznego świata nie musi wynikać wprost z aksjomatu nieagresji czy samoposiadania. Zupełnie nie rozumiem dlaczego nie miałbym wyprowadzić mojej krytyki z innych przesłanek i stwierdzić, że taka, a nie inna forma będzie szybsza/skuteczniejsza/bardziej bezbolesna albo z jakiegokolwiek innego powodu bardziej preferowana dla środowiska wolnościowego. Zdaję sobie sprawę z tego, że musi się to wiązać ze zrezygnowaniem użycia przemocy podczas wprowadzania zmian, ale przecież werbalna krytyka i ostracyzm jak najbardziej się w tym mieszczą.

Stabilne funkcjonowanie społeczności (…) wymaga nie tyle nienagannego życia intymnego jej członków, lecz stabilności instytucji formalnych bądź nieformalnych i przestrzegania praw własności

Jak najbardziej zgadzam się z drugą częścią tego zdania. Tyle tylko, że mrzonką jest oczekiwanie, że osoba wyzuta ze wszelkich norm moralnych (pomijając brak agresji wobec innych), niebiorąca odpowiedzialności za swoje działania będzie konsekwentnie się do tego stosować. Bezwzględne egzekwowanie prawa własności zdecydowanie jest tym, do czego powinniśmy dążyć, ale żeby nie stało się to pustym sloganem musimy się zastanowić co ma za tym stać. To bardzo ładnie, że konsekwentnie trzymamy się zasady nieagresji, ale nie zapominajmy, że libertarianizm ani nie będzie istniał w próżni, ani nie spowoduje wywrócenia do góry nogami obecnego porządku i nie zastąpi go nowym. Należy go traktować bardziej jako próba konsekwentnego wprowadzenia zasad, które już u nas istnieją. Zaznaczałem to już pisząc, że nie należy traktować konserwatyzmu jako przyzwolenia na zbiorową głupotę, ale sposobu na kultywowanie indywidualnej mądrości, korzystanie z dorobku cywilizacji. Odpowiadając na wątpliwości Łukasza, właśnie z tych powodów uważam, że oparcie ewolucji o te zasady da najlepsze rezultaty. Jest najbardziej naturalne i bliskie kulturze, w jakiej żyjemy.

Prawdą jest, ze te zasady szwankują, nie zawsze są (i będą) stosowane konsekwentnie. Nie jestem w stanie sobie jednak wyobrazić na czym innym miałaby się oprzeć stabilność społeczności libertariańskiej, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że musimy się zmierzyć z tym, że już teraz istnieje jakaś rzeczywistość, która kształtuje i preferuje pewne postawy.

Czy od kogoś, kto ma za nic ten dorobek, a cywilizację zachodnią uważa za apogeum zła, które ma zostać zniszczone może konsekwentnie stosować wspomniane zasady? Teoretycznie tak. Praktycznie? Mam ku temu wątpliwości.

W odpowiedzi Łukasza Frontczaka czytamy pod koniec:

Nic bowiem nie może lepiej przysłużyć się wypracowaniu libertariańskiej strategii niż kreatywna konkurencja na wolnym rynku pomysłów, które mogą się „sprzedawać” i realizować obok siebie, trafiając w gusta różnych „klientów”, niczym jogurty konkurencyjnych mleczarni na sklepowej półce.

Pełna zgoda. Mogło to nie wybrzmieć w poprzednim tekście, ale jest to uwaga godna odnotowania. Nie chcę, żeby raz wypracowane zasady był stosowane do końca świata. One muszą ewoluować, muszą być wzbogacane i muszą być ulepszane. Próba obrony czegokolwiek tylko przez to, że już kiedyś się pojawiło jest według mnie pośrednim przyznaniem tego, że czyjś światopogląd jest tak rachityczny, że nie da się go obronić inaczej, przy użyciu merytorycznych argumentów. To, że preferuję skromność nad hulaszczość, tradycyjne więzi rodzinne nad poliamoryzm, oszczędność i przedsiębiorczość nad rozrzutność nie wynika z tego, że ktoś mi powiedział, że tak powinno być, tylko z tego, że ktoś udowodnił przewagę jednych nad drugimi. Dokonana została iście wolnorynkowa selekcja na rynku postaw życiowych.

Rola rodziny w życiu

Zanim przejdę do meritum muszę zacytować jeden fragment:

Interesujące jest to, jak autor skupia się na „odpowiedzialności” rozwiązłej kobiety za smutny, samotny los porzuconych ojców jej dzieci pozbawionych w przyszłości opieki, a jednocześnie kompletnie pomija kwestię odpowiedzialności tychże mężczyzn.

Ja nie wiem czy mój tekst był aż tak zagmatwany, czy to zła wola Rafała pokierowała go do takich wniosków, czy też to zwykłe chwilowe zamroczenie. Naprawdę muszę dwa razy pisać to samo oddzielnie dla kobiety i mężczyzny? Dla związków homoseksualnych też? No bądźmy poważni.

Dlaczego za tak istotne uważam to, żeby dzieci rozwijały się w rodzinie, gdzie istnieją prawdziwe, a nie powierzchowne uczucia? Wbrew pozorom nie jest to chęć udzielenia lekcji przedmałżeńskich, jak zostało to gdzieś zasugerowane. Oddaję głos autorce książki Kobiety, które kochają za bardzo, pani Robin Norwood:

Gary ze swoim nałogiem, okrucieństwem i zależnością emocjonalną łączył w sobie główne przywary rodziców Lisy. Paradoksalnie to właśnie Lisę do niego przyciągnęło. Jeśli rodzice odnoszą się do nas w dzieciństwie konstruktywnie, z należytą dozą uwagi, ciepła i aprobaty, wówczas jako dorośli dobrze się czujemy w towarzystwie ludzi traktujących nas podobnie. Co więcej, raczej unikamy tych, którzy swymi manipulacjami, czy krytycyzmem podkopują nasze nie najgorsze mniemanie o sobie. Takie zachowanie wzbudza w nas niechęć.

Jeśli zaś rodzice odnoszą się do nas wrogo, karząco, okrutnie; jeżeli usiłują narzucać nam swoją wolę, lub przeciwnie, okręcają się wokół nas niczym powój, jeśli lekceważą nasze potrzeby lub chcą je ukształtować na własną modłę, wówczas jako dorośli czujemy się na właściwym miejscu, gdy ktoś manifestuje tego rodzaju postawy, choćby robił to niesłychanie subtelnie. Odpowiadają nam osoby, z którymi możemy powielać schematy znane z dawnych lat, podczas gdy ludzie sympatyczni wprawiają nas w dziwne zakłopotanie i niepokój.[1]

Szczególnie warto zwrócić tu uwagę na słowo subtelnie w drugim akapicie. Książka jest mocno nasycona przykładami pozornie niegroźnych uzależnień, problemów rodzinnych, które miały destruktywny wpływ na późniejsze życie. Narkotyki, brak zrozumienia, uciekanie od odpowiedzialności – to wszystko prowadzi do toksycznych związków w późniejszych etapach życia i jest przedmiotem mojej krytyki, i nie ma tu znaczenia kwestia dobrowolnych umów między kobietą a mężczyzną.

Inne zarzuty

Podniesionych zostało też kilka innych mniej istotnych obiekcji do mojego tekstu, na które odpowiem pokrótce.

Poliamoryzm to nie rozwiązłość

Teoretycznie nie. Jednakże jak ktoś twierdzi, że jest poliamorystą, bo normalny związek ogranicza taką osobę, albo że przejażdżka rowerowa jest bardziej erotyczna niż seks to ja nie wiem jak inaczej traktować takie wypowiedzi niż jako przejawy jakichś zaburzeń.

Dzięki narkotykom powstało wiele dzieł sztuki

Jeśli ktoś lubi twórczość Ryśka Riedla, to ok, ale jak się to ma do budowania przemyślanych, niosących treść dzieł? To, że ktoś ma wizje jak jest naćpany jeszcze nie oznacza, że tworzy coś, na co warto zwrócić uwagę. Szkoda, że trzeba ludziom takie rzeczy tłumaczyć.

Podsumowanie

Zgadzamy się jako libertarianie na dobrowolność dlatego, że wynika to z etyki, a nie dlatego, że każde działanie dobrowolne jest dobre. Można sobie dobrowolnie zmarnować życie pijąc jabole, ale to nie jest postawa, która powinna zostać bez krytyki z naszej strony. Nie dlatego że jesteśmy libertarianami, tylko dlatego że jesteśmy ludźmi.

[1]Kobiety, które kochają za bardzo Robin Norwood, Rebis, Poznań 2015, s. 72-72.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress