A A + -

Fiskus, czyli jak złamać prawo i człowieka

10 czerwca 2014 Publicystyka

Zagłębiając się w historię „tanich papierosów z Górniaka”, aż chce się sparafrazować Kapitana Barbossę z filmu „Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły” – prawo dotyczy tylko szaraków i zawiera jedynie wytyczne, a nie żelazne reguły.

Z roku na rok ceny papierosów są coraz wyższe, a wszystko za sprawą naszych umiłowanych rządzących, którzy podnosząc akcyzę, chcą podreperować nadszarpnięty przez ich rozrzutność budżet. Stymuluje to rozwój szarej strefy, która przeżywa niesamowity rozkwit. Pchnęło również odważnych i pomysłowych przedsiębiorców do znalezienia w pełni legalnego sposobu na uniknięcie płacenia państwu haraczu, na czym zyskują i oni, i konsumenci.

Swego czasu głośno było o panu Jarosławie Meli, który na targowisku Górniak w Łodzi otworzył punkt, gdzie klient mógł sam wyprodukować sobie papierosy. Wystarczyło kupić gilzy i tytoń, wrzucić je do maszynki i czekać na wynik pracy urządzenia. Fakt, że sprzedawane były nie gotowe papierosy, a możliwość skorzystania z maszyny, która je produkuje, pozwalał osiągnąć cenę paczki niższą o połowę w stosunku do tej „sklepowej”.

Rozwiązanie to było w świetle prawa zupełnie legalne, ponieważ specjalnym opodatkowaniem objęta jest jedynie sprzedaż papierosów, a nie ich wytwarzanie. Nie różniło się ono niczym od samodzielnego skręcania w domowym zaciszu – oprócz szybkości i łatwości.

Zapytani o zdanie celnicy również nie dopatrzyli się tu żadnych uchybień – do czasu. Kiedy sprawą zainteresowały się media, nagle pojawiły się problemy ze strony zaborczego Wielkiego Brata. Pan Jarosław Mela i jego kolega, Pan Waldemar Ozimek, zostali odwiedzeni, każdy w swoim punkcie, tego samego dnia, o tej samej godzinie, przez funkcjonariuszy CBŚ, Urzędu Skarbowego i Urzędu Celnego, z których żaden – przypadku wizyty w punkcie na Teofilowie – nie raczył się nawet wylegitymować. Zakazali kontaktowania się z adwokatem, który mógłby reprezentować przedsiębiorców w czasie interwencji, i zabrali się do roboty: ich zdaniem była to zwykła – trwająca kilka godzin – „kontrola”.

W obu przypadkach zarekwirowane zostały gilzy, wysoko wilgotny tytoń oraz maszynki. Głównym zarzutem wysuwanym przez „funkcjonariuszy” było obracanie nielegalnym tytoniem. Jego rzekoma nielegalność polegała po prostu na tym, że nie miał akcyzy – a mieć jej nie musiał, ponieważ ustawa mówiła jedynie o suszu tytoniowym, więc momencie kontroli obydwaj przedsiębiorcy działali w pełni legalnie. Dopiero 1 stycznia 2014 ustawa objęła również tytoń o wysokiej wilgotności.

Oczywiście panowie postanowili dociekać swoich praw w sądzie. Błędy funkcjonariuszy w trakcie przeprowadzania akcji były tak rażące, że sąd nie mógł nie przyznać racji poszkodowanym. Zadecydował jednak, że maszynki mają zostać zatrzymane przez urząd celny do czasu wyjaśnienia sprawy, która – jak się okazało – ciągnie się miesiącami.

Jeżeli do tego momentu działania urzędników wydawały się być mocno naciągane i zupełnie niezasadne, to kulminacja nastąpiła w momencie, gdy panom zostały przedstawione różne zarzuty, mimo tej samej historii obydwu z nich. Jeden rzekomo parał się paserstwem, a drugi był oskarżony o poplecznictwo. Wynikałoby z tego, że każdy, kto robił papierosy na własny użytek, w świetle prawa działając legalnie, jest uważany przez Urząd Celny za przestępcę.

Trudno znaleźć inne racjonalne wytłumaczenie tej sytuacji niż kierowanie się przez urzędników zwykłą złośliwością i chęcią zniszczenia ludzi prowadzących taką działalność. Od początku było wiadomo, że prawo stoi po stronie Pana Waldemara i Pana Jarosława, a przedłużające się postępowanie ma ich doprowadzić do ekonomicznej klęski, choć po drodze tracą też zdrowie i czas.

Cena jednej maszynki do produkcji papierosów jest bardzo wysoka, dlatego rozsądną opcją jest skorzystanie z leasingu, co też obydwaj Panowie uczynili. Jednak raty leasingowe muszą płacić również wtedy, gdy maszynka znajduje się w rękach celników, czyli nie zarabia na siebie. Pan Jarosław zatrudniał kiedyś w swoim punkcie pracownika, ale musiał go zwolnić, ponieważ po zabraniu sprzętu nie poddał się i postawił drugą maszynkę, a żeby zarobić na dwie niemałe raty – po 3700 złotych każda – konieczne były oszczędności.

Nawet kiedy maszynki zostaną zwrócone, przedsiębiorcy mogą już nie zdołać utrzymać się na rynku, ponieważ będą tkwili w długach po uszy.

I to jest właśnie nasze kochane państwo, które – jak się okazuje – ma uczucia. Czuje gniew, gdy ktoś okaże się sprytniejszy. Rozkoszuje się swoją siłą, kiedy bezlitośnie niszczy Bogu ducha winnych ludzi. Nie ma za to wstydu, bo w biały dzień łamie prawa, na których straży stoi.

Już po napisaniu tekstu dostałem informację od Pana Waldemara, że po dziewięciu miesiącach prokuratura i Urząd Celny umorzyły postępowanie i wycofały zarzuty. Wydawałoby się, że to happy end, ale niestety Pan Waldemar został po uszy w długach, które są wynikiem działań tych instytucji.

Autor: Wojciech Walczak

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress