A A + -

Droga do wyzwolenia? – replika

31 marca 2016 Felieton, Publicystyka

Autor: Rafał Trąbski
Celem tego tekstu jest odniesienie sie do felietonu autorstwa Wiktora Gonczaronka zatytułowanego „Droga do wyzwolenia”, w którym podjął sie on próby wykazania, że libertarianizm nie jest równoznaczny z absolutną wolnością do czynienia co sie komu podoba. Zdaniem autora słowa „róbta co chceta” nie są synonimem dla libertarianizmu. W tekście tym mam zamiar odnieść się do głównej jego tezy, oraz pochylić także nad konkretnymi przykładami krytykowanych przez niego zachowań, które jego zdaniem nie znajdują moralnego uzasadnienia na gruncie libertarianizmu i tym samym zasługują na potępienie ze strony libertarian.
W pierwszej kolejności należy udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie stawiane przez Pana Gonczaronka już w samym wstępie, gdzie zastanawia się on, czy faktycznie libertarianizm przyzwala na wszelkie ludzkie zachowania nie naruszające wprost wolności innych osób? I chociaż autor sam nie odpowiada wprost na tak postawione pytanie, to z wniosków z dalszej części jego tekstu można wyciągnąć odmienne przeświadczenie, jakoby sugerował, że w gruncie rzeczy pewne zachowania nieagresywne, mogą być niepożądane przez społeczeństwo a tym samym zasługują na przynajmniej potępienie, choć Pan Gonczaronek sugeruje wprost także takie środki jak „wykluczenie ze społeczności” osób hołdujących „pasożytniczym, destruktywnym postawom”.
Musimy jednak już na wstępie wyraźnie zwrócić uwagę, że libertariańska filozofia polityczna traktuje wszystkie prawa jednostkowe (osobiste) człowieka jako prawa własności wywodzące się z zasady samoposiadania, która ma charakter absolutny. Na gruncie filozofii prawa libertarianizm zajmuje się więc określaniem jakie są sprawiedliwe zasady rozstrzygania sporów dotyczących własności oraz jej użytkowania przez ludzi. Encyclopedia Britannica definiuje libertarianizm jako

„Filozofię polityczną zajmującą się zdefiniowaniem i usprawiedliwieniem uprawnień rządu w kontekście indywidualnych praw naturalnych lub boskich. Do praw tych należą prawo do życia, swobody osobistej, własności prywatnej, wolności słowa i stowarzyszania się, tworzenia dobrowolnych form rządu, równości wobec prawa wszystkich ludzi oraz autonomii moralnej (wolności do poszukiwania swojej własnej koncepcji szczęścia)”.

W dalszej części tych rozważań szczególnie interesujący będzie dla nas ostatni składnik tej definicji, przy czym nawet jego totalne pominięcie nie zmieniłoby wniosków płynących z uczciwej interpretacji libertariańskiej koncepcji sprawiedliwości. W gruncie rzeczy wszystkie elementy składowe wolności indywidualnej wymienione w powyższym wyliczeniu praw naturalnych, dają się sprowadzić do wspólnego mianownika, jakim jest prawo własności sprowadzone do wartości absolutnej z samoposiadaniem jako jej nienaruszalnym fundamentem. Zarówno wolność zgromadzeń, czy wolność słowa, jak i wszystkie pozostałe wymagają wolności do dysponowania nie tylko swoją własnością prywatną, ale i własnym ciałem w sposób swobodny, niezależny od woli innych osób. Tak więc słusznie definiuje go Jacek Bartyzel pisząc:

„Libertarianizm to ultraliberalna ideologia społeczno-polityczna (…) głosząca, że każdy człowiek winien mieć nieograniczoną swobodę dysponowania swoją osobą i własnością (…), o ile tylko nie ogranicza analogicznej swobody innych jednostek”.

Drugim trzonem ideologii libertariańskiej jest zasada nieagresji, określana niejednokrotnie aksjomatem nieagresji. Jak podaje Encyclopedia Britannica:

„Według zasady określanej przez libertarian mianem aksjomatu nieagresji, wszelkie akty agresji przeciwko prawo innych, zarówno popełnione przez jednostki jak i przez rządy, są niesprawiedliwe. Libertarianie wierzą, że celem istnienia rządu jest ochrona obywateli przed bezprawnym użyciem przemocy”.

Pomijając fakt, że autorzy powyższej charakterystyki (jak i przytaczanej wcześniej definicji libertarianizmu) rozpoznają, jak się zdaje istnienie jedynie jednego z nurtów libertarianizmu, a mianowicie minarchizmu, który zakłada istnienie rządu, można po prostu uogólnić powyższe do określenia, w jakich sytuacjach, w zgodzie z libertarianizmem, wolno zastosować przemoc. Jeśli zastąpimy słowo „rząd” terminem „organizacja zajmująca się dostarczaniem usług z zakresu bezpieczeństwa i sprawiedliwości”, okazuje się, że libertarianie akceptują stosowanie przemocy jedynie w odpowiedzi na bezprawną agresję, co określają mianem przemocy odwetowej. Skoro więc libertariańską myśl społeczno-polityczna zajmuje się w gruncie rzeczy relacjami własności w społeczeństwie poprzez własność prywatną definiując wolność jednostki, a jednocześnie zaś jej głównym celem jest ustalenie, kiedy jednostce lub organizacji wolno użyć przemocy, dochodzimy do oczywistej konkluzji, że libertarianizm mówi nam, że:
Jedyną sytuacją, gdy jednostka, lub grupa jednostek czy organizacja przez nie powołana, mogą użyć przemocy, jest odpowiedź na bezprawne naruszenie praw własności mająca na celu powstrzymanie agresora oraz wyegzekwowanie zadośćuczynienia dla ofiar jego bezprawnej agresji.

Jak wiemy, większość libertarian uważa państwo za organizację, która najczęściej i na największą skalę narusza prawa własności podlegających mu, a także innych, suwerennych podmiotów tak będących indywidualnymi jednostkami, jak i organizacjami prywatnymi i państwowymi. Dlatego jednym z głównych postulatów libertarian, przynajmniej tych uważających się za zwolenników myśli Murraya N. Rothbarda i nazywających siebie „anarchokapitalistami”, jest likwidacja państwa, jako głównego agresora. Inni – minarchiści – chcą jedynie ograniczyć jego funkcje do roli obrońcy przed agresorami prywatnymi i obcymi agresorami państwowymi [autor używa dwóch odmiennych definicji terminu „państwo” – tzw. państwo minarchistyczne musi być dobrowolne, więc nie jest tym, co libertarianie nazywają państwem, czyli nie jest organizacją stosującą bezprawną przemoc wobec ludzi – przyp. red.].

Już na tym etapie widzimy więc, że można udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie zadane przez Pana Gonczaronka. Mianowicie: libertarianizm nie zajmuje się w ogóle rozpatrywaniem sytuacji, w których nikt nie narusza cudzych praw własności. Sytuacje takie nie leżą w polu zainteresowania doktryny libertariańskiej, a tym samym żadne z zachowań, jakie autor „Drogi do…” poddaje krytyce, nie mogą zostać potępione na gruncie myśli libertariańskiej. Jeżeli ktoś je krytykuje, tak, jak robi to Pan Gonczaronek, czyni to na gruncie innej teorii moralnej, niż ta proponowana przez filozofię libertariańską. Stwierdzamy zatem, że jest to krytyka nielibertariańska. Rzecz jasna stwierdzić także musimy, że sam podejmując taką krytykę, nie narusza niczyich praw własności, a więc ma do niej pełne prawo. Libertarianizm, jak ustaliliśmy, dopuszcza, a nawet zakłada osobistą „autonomię moralną”, tak więc Pan Gonczaronek może przyjąć dowolne zasady moralne niesprzeczne z aksjomatem nieagresji i trzymać się ich w swoim prywatnym życiu.

Podobnie jednak, w zgodzie z ideą libertariańską, może uczynić dowolna inna osoba, pod warunkiem, że przyjęty przez nią system moralny nie będzie sprzeczny z aksjomatem nieagresji. Dotyczy to także jak najbardziej tych, którzy chcą, posługując się jego językiem „zanegować dorobek cywilizacji”, dokonać „buntu przeciwko rodzicom” a nawet dążyć do „realizacji swoich hedonistycznych i destruktywnych zachcianek”. Wbrew temu, co sugeruje autor, libertarianizm nie jest „filozoficznym usprawiedliwieniem” dla niczyich potrzeb, a wolność jest po prostu takim stanem rzeczy, w którym każdy ma swobodę swoje zachcianki realizować – usprawiedliwień musi szukać gdzieś indziej, tak samo, jak Pan Gonczaronek dla własnej krytyki tych zachcianek. Wolność sama w sobie zaś nie ma nic wspólnego z osobistą kondycją moralną samej jednostki i nic, co pojedyncza osoba czyni z własnym życiem nie wpływając na życie innych ludzi, nie może być rozpatrywane w kontekście oceny korzystania z jego wolności. Jak bowiem tłumaczy Ludwig von Mises:

„Nie ma w naturze niczego, co można by nazwać wolnością. Pojęcie wolności zawsze odnosi się do stosunków między ludźmi”.

Ponownie widzimy, że tak długo, jak długo nie dochodzi do naruszenia praw jednej osoby przez inną osobę, niczyja wolność nie odnosi szkody, ani nie zostaje „źle” czy „błędnie” wykorzystana. Ten, kto sugeruje coś innego, musi odwołać się do innej, niż libertariańska, czy nawet klasycznie liberalna, filozofia.

Mimo powyższej, zdaje się nie pozostawiającej pola do dalszych rozważań nad tezą Pana Gnoczaronka, odpowiedzi na jego zasadnicze pytanie, warto pochylić się nad rozważanymi przez niego przykładami zachowań, które – jego zdaniem – stanowić mogą działania szkodliwe dla społeczeństwa i jego dobrobytu i rozwoju, a zatem wymagać mają reakcji ze strony innych członków libertariańskiej wspólnoty – autor do takich reakcji wlicza również postępowanie tak radykalne, jak „wykluczenie ze społeczności” jednostek dopuszczających się tych „niepożądanych” zachowań. Wiemy bowiem, że libertariańskie społeczeństwo – a może rozsądniej jest mówić o różnych, libertariańskich społecznościach wspólnotach, często o charakterze zamkniętym, ekskluzywnym i dyskryminującym – posiada liczne środki, które pozwalają jego członkom w sposób nieagresywny i nienaruszający niczyich praw własności ani niczyjej wolności, rugować spośród „swoich” osoby niepożądane i zjawiska przez nie wywoływane.

Najpierw więc przyjrzymy się przykładom podanym przez Pana Gonczaronka oraz zarzutom przez niego formułowanym, a następnie spróbujemy zaproponować zgodne z libertarianizmem rozwiązanie dla problemu, jaki widzi autor.

Najpierw musimy jednak zgodzić się z proponowanym przez Pana Gonczaronka, a właściwie przytaczanym przez niego konceptem autorstwa Hansa Hermana Hoppego, ładu naturalnego, który w oparciu o tradycyjne więzi międzyludzkie, poczucie wzajemnej odpowiedzialności wspólnotowej powstałej na drodze dobrowolnych, powszechnie akceptowanych i korzystnych dla wszystkich stron oddolnie kreowanych instytucji społecznych, pozwala na skuteczniejszą (a przynajmniej równie skuteczną) realizację ważkich zadań, które obecnie spełnia aparat państwa za pomocą organizowanych przymusem formalnych instytucji odgórnych i dekretowego prawa stanowionego. Zgadzamy się, że relacje i instytucje oddolne, dobrowolne, oparte na wzajemnym zaufaniu i zrozumieniu dla wzajemnych korzyści stanowią rozwiązanie problemów społęczno-gospodarczych o wiele bardziej akceptowalne moralnie, od przymusu państwowego, gdyż pozwala zachować poszanowanie praw własności i uniknąć inicjowania przemocy przeciwko niewinnym ludziom.

Nie możemy się jednak zgodzić z twierdzeniem autora, że do powstania i utrzymania stabilności takich struktur niezbędne jest coś, co jak nam się zdaje, można by określić mianem „nienagannego prowadzenia się” i „purytańskiej moralności” wykluczającej cały szereg indywidualnych, nieagresywnych, dobrowolnych zachowań w obrębie czyjejś prywatnej własności. A takimi zachowaniami są zarówno rozwiązłość (błędnie nazywana przez autora „poliamorią”) , jak i zażywanie narkotyków albo imprezowanie, co z kolei autor znowu określa pejoratywnie mianem „ucieczki” i „sposobem radzenia sobie z problemami” jakby odgórnie zakładając, że zarówno udział w imprezach towarzyskich, jak i zażywanie pewnych substancji o działaniu narkotycznym z definicji nie mogło stanowić dla nikogo zwyczajnej rozrywki i formy spędzania wolnego czasu. Po pierwsze: stabilne funkcjonowanie społeczności (jakiejkolwiek, nie tylko libertariańskiej) wymaga nie tyle nienagannego życia intymnego jej członków, lecz stabilności instytucji formalnych bądź nieformalnych i przestrzegania praw własności, co umożliwia trwanie i rozwój korzystnych stosunków wymiany handlowej, kulturalnej i ideowej – wszystkich rodzajów wymiany sprzyjających rozwojowi cywilizacji i bogaceniu się społeczeństwa tak w wymiarze materialnym, jak i duchowym. Można rzecz jasna próbować sugerować, że naganny styl prowadzenia się poszczególnych członków wspólnoty może w skrajnych przypadkach prowadzić do naruszeń praw własności i wolności osobistej innych osób, co zaburza naturalny ład i szkodzi dobrobytowi i rozwojowi społeczeństwa a nade wszystko ogranicza, miast poszerzać zakres wolności jednostek w takiej społeczności. Jest to jednak powód, dla którego właśnie libertariańskie zasady skupiają się na bezwzględnej i absolutnej ochronie praw własności i wolności osobistej (zasada samoposiadania) każdego członka wspólnoty.

Dopuszczalne jest, jak już ustaliliśmy na początku, stosowanie wszelkich środków, z przemocą w obronie i odwetową włącznie, aby uchronić dobro osób narażonych na agresję przeciwko ich mieniu i wolności. Nie jest jednak dopuszczalne podejmowanie wszelkich środków (a zwłaszcza nie można użyć przemocy) wobec żadnych aktywności nie będących tymi naruszeniami – stanowiłoby to niedopuszczalną zdaniem libertarian przemoc prewencyjną.

Mimo to, społeczność libertariańska funkcjonująca w oparciu o bezwzględne egzekwowanie tytułów własności nadal posiada pewne instrumenty zabezpieczenia się przed niepożądanymi zachowaniami ze strony swoich członków. Jako że do realizacji swoich „hedonistycznych i destruktywnych zachcianek” , każda osoba, lub grupa osób (wyobraźmy sobie kilkoro takich hippisów lubiących imprezować z narkotykami i jednocześnie oddawać się podczas tych spotkań rozwiązłym kontaktom seksualnym), potrzebuje dysponować własnością prywatną. Niezbędna jest bowiem przestrzeń oraz inne dobra (np. dobra konsumpcyjne w postaci narkotyków), umożliwiające im spełnianie swoich zachcianek. Jeżeli żaden z rzeczonych hipisów nie posiada na własność niezbędnego lokalu ani środków pozwalających zapewnić potrzebne używki, muzykę, środki antykoncepcyjne itp. to najprostszym sposobem, w jaki niechętni odbywaniu się takiej aktywności sąsiedzi mogą im zapobiec jest powstrzymanie sie od udostępniania własnych zasobów źle prowadzącym sie osobnikom. Bez konieczności „wykluczania ze społeczności” mogą wówczas uchronić się od kontaktu z niepożądanymi zjawiskami.

O wiele bardziej problematyczna jest sytuacja, gdy osobnicy tacy – lub przynajmniej jeden z nich – dysponują środkami niezbędnymi, aby mogli sami zapewnić sobie zarówno lokal jak i zaopatrzenie zaspokajające ich hedonistyczne pragnienia. W społeczeństwie prawa prywatnego rzecz jasna właściciel terenu, na którym odbywają się takie ekscesy, jeśli jest temu niechętny, albo jeżeli inni jego klienci i kontrahenci są im niechętni a jemu zależy na ich opinii i umowach z nimi zawartych, może ustanowić prywatny zakaz dla niepożądanych praktyk. Musi jednakże pamiętać, że jednostronna zmiana zapisów w umowie zawartej ze swoimi klientami wiąże sie dla niego z dodatkowymi kosztami. Klienci tacy (np. jeśli wynajmują na jego terenie mieszkania), mogą zazwyczaj wypowiedzieć umowę bez ponoszenia żadnych konsekwencji normalnie przewidzianych gdyby to oni ją zerwali jednostronnie. Mało tego, można sobie wyobrazić, że wiele umów dzierżawy czy wynajmu może być obwarowana wręcz dodatkowymi odszkodowaniami dla drugiej strony w razie takich jednostronnych zmian czy wypowiedzeń. Jest to właśnie element tej stabilności prawnej i gospodarczej, która jest potrzebna dla wzrostu dobrobytu. Zanim jednak nastąpi zerwanie bądź jednostronna zmiana umowy, właściciel (albo inne osoby) mają jeszcze dwa narzędzia nacisku. Pierwszym jest dobrze znany wszystkim libertarianom ostracyzm. Drugim są metody ekonomiczne.

Mogą mianowicie dokonać wyceny wartości monetarnej, jaką miałby dla nich wzrost ich spokoju i poczucia że ludzie w ich otoczeniu prowadzą sie moralnie, gdyby rzeczeni hipisi zmienili swe zachowanie.

Hipisi z kolei mogliby wycenić, jak wiele dla nich warte są ich frywolne obyczaje i za jaką kwotę gotowi byliby powstrzymać sie od ich kontynuowania. Gdyby oferta pierwszych i oczekiwania drugich spotkały się w przedziale akceptowalnym przez obie strony, mogliby zawrzeć dobrowolną transakcję o obustronnie korzystnym charakterze.

W przeciwnym przypadku, właściciel (i/lub inne osoby, którym zależy na utrzymaniu jakichś standardów moralności) mogą pogodzić się z konsekwencjami wypowiedzenia umowy. Pamiętać jednak należy, że w żadnym wypadku „wykluczenie ze społeczności” nawet najbardziej niemoralnego jej członka nie może odbyć sie inaczej, jak w zgodzie z warunkami umowy wstępnej, jaką społeczność zawarła w momencie powstania lub gdy nowy członek do niej przystępował. Czy jednak ludzie będą gotowi zrywać korzystne gospodarczo więzi i pozbawiać się źródeł dochodu (właściciel mieszkań pod wynajem) aby tylko zaspokajać swoje prywatne przekonania moralne względem obcych sobie ludzi dokonujących nieagresywnych działań? Być może tak, jest to jednak kwestia, którą trudno przewidzieć z pozycji piszącego ten artykuł i kwestia ta wymaga empirycznych przykładów funkcjonujących społeczności opartych na prawie prywatnym z poszanowaniem libertariańskiego aksjomatu nieagresji. i praw własności prywatnej.

Wróćmy jeszcze na koniec do przykładu kobiety prowadzącej rozwiązłe życie seksualne, który rozpatrywał Pan Gonczaronek. Czy rzeczywiście można sugerować, że w wyniku częstych zmian partnerów życiowych przez taką kobietę, ktokolwiek ponosi realną krzywdę i daje mu to prawo do jakichkolwiek roszczeń względem jej stylu życia? Wydaje się to wątpliwe. Jeśli nawet kobieta taka wdaje się w krótkotrwałe, niestabilne związki o charakterze intymnym z licznymi mężczyznami i przerywa je w dość nieprzewidywalny sposób, to trudno doszukiwać się tutaj znaczących problemów poszukujących rozwiązania. Autor zwraca uwagę, że ze związków takich mogą narodzić się dzieci, które nie będą miały możliwości poczuć przywiązania do swoich ojców (jednoznacznie przy tym przyjął ukryte założenie, że opiekę nad tymi dziećmi będzie sprawowała owa rozwiązła matka, co samo w sobie nie jest pewne) . Dalej wskazuje on na to, że bez więzi rodzinnych, dziecko może nie znaleźć w sobie chęci do udzielania opieki i pomocy dla swoich rodziców, gdy ci zestarzeją się. W tej sytuacji chaotyczne życie rodzinne takiej kobiety (i jej dzieci) sprzyja sytuacji, gdy liczni, wiążący sie z nią na krótko partnerzy, pozostają na starość bez potencjalnej opieki ze strony swoich dzieci. Interesujące jest to, jak autor skupia się na „odpowiedzialności” rozwiązłej kobiety za smutny, samotny los porzuconych ojców jej dzieci pozbawionych w przyszłości opieki, a jednocześnie kompletnie pomija kwestię odpowiedzialności tychże mężczyzn. Czyż oni sami angażując się w związek z taką rozwiązłą kobieta nie przyjmują na siebie ryzyka z tym się wiążącego? Czyż nie są odpowiedzialnymi za siebie, samodzielnymi, rozumnymi jednostkami ludzkimi, zdolnymi do oceny konsekwencji swoich czynów? Czy jeśli wiążą się z taką kobietą, to czy sami nie prowadzą podobnego do niej, hulaszczego stylu życia? A nawet jeśli nie prowadzą, to nie można traktować ich jak bezbronnych i bezrozumnych „ofiar” jej działań. Związek o charakterze intymnym wymaga odpowiedzialności i woli obu stron. Wydaje się, że w przykładzie Pana Gonczaronka, ta rozpustna kobieta jest jakąś „femme fatale”, która rozgrywa powolnych jej zachciankom niewinnych i bezwolnych mężczyzn, którzy następnie – niczym dzieci – ponoszą niezasłużone konsekwencje jej rozwiązłości.

Tymczasem tak długo, jak długo kobieta ta nie zawiera z nimi wiążących umów dotyczących wspólnego życia zobowiązując sie do przyjęcia na siebie pewnych obowiązków wzajemnych, dopóty i ona, i oni są totalnie wolnymi i niezależnymi jednostkami. Muszą zatem ponieść pełnię konsekwencji swoich działań sami osobiście, bez przerzucania i obwiniania za nie drugiej strony.

Uwagi Pana Gonczaronka dotyczące kwestii rodzenia się uczuć i obdarzania nimi wielu osób, co jego zdaniem jest niemożliwe, pozwolę sobie pozostawić bez komentarza, gdyż jest to temat do rozważenia na gruncie psychologii a nie filozofii politycznej, jaką jest libertarianizm.

Jak więc wykazałem, tak na gruncie zasadniczej tezy, jak i rozpatrując teoretyczne przypadki, Pan Gonczaronek nie uniknął błędów a jego rozważania wymagały tak teoretycznego sprostowania jak i wnikliwszej analizy przykładów. To, co starałem się wykazać, to że libertarianizm ze swej definicji nie zajmuje się ocenianiem problemów przedstawianych przez autora i że na jego gruncie można realizować własne, skrajnie nieraz odmienne modele moralności (także te dyktowane przez proponowany przez autora konserwatyzm) pod warunkiem ich niesprzeczności z aksjomatem nieagresji. Jednocześnie wykazałem, że libertarianin ma pełne prawo angażować się w dowolne aktywności, nawet takie, które konserwatysta określi mianem „libertyńskich” i nie narusza tym samym ani własnej, ani cudzej wolności. Jedyne, co można stwierdzić na gruncie teorii, to to, że podejmowanie pewnych rodzajów aktywności uważanych przez otoczenie za „niemoralne”, może wiązać się z pewnymi konsekwencjami natury społecznej czy ekonomicznej, co jednak jest oczywiste, o ile rozpatrujemy działania jednostek ludzkich jako działania świadomych, odpowiedzialnych za swoje czyny osób rozumnych. Wreszcie, zwróciłem uwagę, że wbrew sugestiom autora, konserwatywny ład naturalny przez niego proponowany, nie wymaga wcale nienagannego prowadzenia się osobistego żyjących w nim jednostek pod warunkiem, że nie podejmują one czynności stanowiących naruszenie umów ani nie naruszają cudzej własności prywatnej.

comments powered by Disqus

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress